logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Klucz do naprawy sądów

Sobota, 25 listopada 2017 (04:39)

Z ks. prof. Tadeuszem Guzem z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Piotr Falkowski

 

O systemie sądowym mówi się często „wymiar sprawiedliwości”. Obywatel w sądzie, w prokuraturze, na policji oczekuje właśnie sprawiedliwości, czyli obrony w słusznej sprawie.

– Sprawiedliwość to pierwszy skutek prawego, czyli słusznego prawa jako prawa. W klasycznie pojętej filozofii prawa prawo jest przyczyną, a sprawiedliwość jest skutkiem. Tam, gdzie panuje słuszne prawo, tam dzieje się sprawiedliwość.

Czy można też powiedzieć, że sprawiedliwość jest celem prawa?

– Tak, owszem, w tym sensie, że jeśli kształtuje się prawo stanowione, to prawodawca w Polsce czy Unii Europejskiej i w każdym państwie globu tylko wtedy może być uznany za prawego i słusznego, kiedy w ustawach i całych procesach stanowienia prawa jako prawa wiążącego obywateli ma za naczelny cel sprawiedliwość, ponieważ pierwszym skutkiem wiążącego w sumieniu wszystkich obywateli danego państwa prawa jest sprawiedliwość. Czyli innymi słowy, prawo jest po to, żeby każdy człowiek jako człowiek spełniał się we wszystkim, co stanowi jego człowieczeństwo.

Ksiądz Profesor wielokrotnie zwracał uwagę na błędy pozytywizmu prawnego. Czy ta koncepcja nie pozwala, by stosowanie prawa skutkowało nastaniem sprawiedliwości?

– Pozytywizm prawny zrywa z zasadą przyczynowości w myśleniu w ogóle, a zatem zrywa też na płaszczyźnie rozumienia stanowienia czy orzekania o prawie z podstawową kwestią, a mianowicie, że relacja między prawem i sprawiedliwością jest relacją przyczynowo-skutkową. Dlaczego tak się dzieje? Pozytywizm prawny to taka ideologia w świecie prawniczym, która hołduje duchowi czasu, a nie rzeczywistości tak wyjątkowej ze względu na nią samą, jaką jest człowiek jako podmiot prawa. Pozytywizm prawny ze względu na to, że nie wychodzi od człowieka jako osoby rozumnej i wolnej, nie wychodzi od takiego klasycznego pojęcia człowieka, które dla rozumienia prawa i sprawiedliwości jest czymś kluczowym, dlatego że zerwał z transcendentnym, czyli metafizycznym rozumieniem prawa. Pozytywizm prawny jako część ideologii pozytywistycznej zrodzonej we Francji w okresie zdominowanym przez rewolucję francuską odrzucił w ogóle Boga jako Boga. Wtedy okazało się, iż żaden reprezentant tejże ideologii nie mógł uratować człowieka jako osoby o wyjątkowej przecież godności.

Jest to bardzo widoczne właśnie w obszarze prawa, ponieważ nie znam takiego nurtu w pozytywizmie prawnym, który by uznał człowieka jako nietykalny podmiot prawa. Owszem, w sposób nominalny ta sprawa czasem się pojawia, ale jeśli dokładniej się temu przyjrzymy, to okazuje się, że wcale z człowiekiem klasycznie pojętym, już nie mówiąc o chrześcijańskiej koncepcji człowieka, nie mamy do czynienia. Hans Kelsen pisze, że nawet największe zbrodnie III Rzeszy Niemieckiej czy Związku Sowieckiego nie mogą być uznane za bezprawie ze względu na to, że brakuje nam obiektywnych kryteriów do takiej oceny. Kelsen argumentował, że skoro tamte społeczności były państwami, a państwo ma prawo do stanowienia prawa, to my nie możemy zakwestionować legalności zbrodni dokonanych w oparciu o to prawo.

Skąd takie wpływy pozytywizmu prawnego? Kształtuje on m.in. system prawny Unii Europejskiej?

– To świadczy o stopniu zideologizowania współczesnego człowieka, także prawników, i to bardzo wielu. Można powiedzieć, że większość prawników jako prawników jest zarażonych ideologią pozytywizmu prawnego.

John Austin, jeden z twórców pozytywizmu prawnego pisze, że prawo to rozkaz suwerena. Można by pomyśleć, że jest koncepcja prawna najlepiej odpowiadająca demokracji, w której suwerenem jest naród.

– Kelsen jeszcze szerzej niż Austin tłumaczy, że jeżeli ktoś wyda rozkaz albo ustanowi ustawę, jeżeli ma prawo do stanowienia prawa, to nawet jeśli by było to największe bezprawie, pozytywizm prawny jest tutaj bezradny. Nie może stwierdzić, że prawo jest prawem, a bezprawie jest bezprawiem, bo tak można stwierdzić tylko w oparciu o klasyczną zasadę rozumienia rzeczywistości, poznania i myślenia, jaką jest zasada tożsamości, którą gwarantuje wyłącznie prawdziwe pojęcie Boga jako Najwyższego Prawodawcy oraz człowieka jako prawodawcy na wzór właśnie Osobowego Pana Wszechrzeczy, którego ofiarowało Europie i światu chrześcijaństwo katolickie.

Ponieważ w pozytywizmie prawnym wszystkie klasyczne zasady bytu, tożsamości, przyczynowości są zakwestionowane, pozostaje niezwykle wierna artykulacja ducha czasu, a wiemy, że upadły duch czasów jest upadłym deprawatorem, który niszczy w umysłach wielu pokoleń ludzkości zgodne z prawdą rozumienie Boga, człowieka i w konsekwencji prawa. Zatem ta „atrakcyjność” pozytywizmu prawnego bierze się stąd, że on na przestrzeni prawa najwierniej i najskuteczniej realizuje strategię ideologiczną największego deprawatora wszechczasów, czyli upadłego ducha, tzn. de facto niszczyciela prawdy o prawie i o sprawiedliwości, o którego istnieniu mądrzy i sprawiedliwi prawnicy powinni mieć właściwe pojęcie, w przeciwnym razie będą z dziecinną wręcz łatwością zakłamywani i ogrywani przez szydzącego z ich nieroztropności prawnej i prawniczej „ojca kłamstwa”.

Czy nie da się pozytywizmu prawnego oczyścić z tych niebezpiecznych elementów, jak to próbował na przykład Herbert Hart, który uważał, że wystarczy wprowadzić pewne dodatkowe zasady ograniczające absolutyzm legislacyjny?

– Niestety, jeżeli chodzi o te tendencje, które proponuje filozofia analityczna, to są one faktycznie także z ducha pozytywizmu prawnego. Niestety, wszelkiego typu odmiany pozytywizmu prawnego polegają na tym, że z jednej strony ich reprezentanci widzą sprzeczności w takiej koncepcji prawa, ale nie potrafią ich rozwiązać z racji na zbytnią płytkość ich argumentacji. Pozytywizm prawny jako ideologia wymaga istotnych korekt, a tych nie mogę dostrzec w próbie intelektualnej Harta, którą warto docenić, ale nie warto przy niej pozostać.

Czy w Polsce mamy dobre wzory dla budowy wymiaru sprawiedliwości?

– Właśnie my mamy w tym zasadnicze deficyty. To jest zastanawiające, że nawet w okresie PRL pewne resztki rozstrzygnięć uznających prawo naturalne, czyli działania przyczynowo-skutkowego, były pozostawione, chociaż w sensie dialektyki materialistycznej. Dzisiaj jest zaledwie nieduża grupa prawników polskich, która orzeka na fundamencie zasady przyczynowo-skutkowej. To oznacza, że jeżeli sędzia zbada, że ktoś złamał prawo, to wtedy stosownie do naszego kodeksu karnego wymierza mu się adekwatną karę. I teraz proszę zobaczyć, kiedy ta kara będzie sprawiedliwa? Kiedy sędzia uzna, że istnieje relacja pomiędzy prawem jako przyczyną i sprawiedliwością jako skutkiem. Gdybyśmy zakwestionowali całą zasadę przyczynowo-skutkową, to wtedy w karnistyce polskiej nie moglibyśmy wymierzać stosownych kar, bo ktoś by powiedział: na jakiej podstawie ja jestem ukarany.

To jest bardzo ciekawe, że pan prezydent dr Andrzej Duda w uzasadnieniu do nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa dał przykład, że Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń z roku 2007 (czyli daleko po przemianach ustrojowych, kiedy wydawało się, że państwo polskie zmierza ku byciu państwem prawa) rozpoznawał kwestię, czy sędziowie, którzy sprzeciwili się orzekaniu w stanie wojennym według ówczesnych dekretów Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, działali legalnie czy nielegalnie. Zaskakujące jest to orzeczenie, które pan prezydent świetnie wydobył, żeby uzasadnić, że dekomunizacja wymiaru sprawiedliwości jest koniecznością. Otóż orzeczenie Sądu Najwyższego stwierdza, że sprzeciwianie się sędziów PRL, niesądzenie, nieaplikowanie ówczesnych dekretów prawnych było nielegalne. Argumentacja Sądu Najwyższego RP jest typowym relatywizmem prawnym: stwierdzono, że jeżeli PRL i ta cała przestępcza struktura stanu wojennego coś ustanowiła w danym okresie istnienia państwa, to po prostu sędzia mógł legalnie orzekać zgodnie z obowiązującymi wówczas dekretami stanu wojennego. To jest ewidentny przykład na to, jak dalece sądownictwo w Polsce jest zideologizowane i zdeformowane m.in. ideologią pozytywizmu prawnego.

Ta sprawa przypomina, że wymiar sprawiedliwości powinien nie tylko karać występki i rozstrzygać spory, ale też chronić przed nadużyciami władzy.

– Oczywiście, dlatego że prawo, jeżeli jest prawem, jest podstawą do wszystkich aktów działania, zarówno obywateli w państwie, jak i reprezentantów tych obywateli, czyli władzy państwowej i samorządowej. Możemy powiedzieć, że słuszne prawo jest fundamentem dla wszystkich aktów w danym państwie, czy to są akty indywidualne, instytucjonalne, czy to są akty władzy, czy podwładnych. Najważniejsze jest, że prawo jako prawo powinno wiązać każdego obywatela i każdą instytucję w sumieniu wszystkich obywateli, oczywiście pod warunkiem, że prawo jest słuszne i że obywatele mają prawe sumienia.

Jakie są jeszcze największe bolączki polskiego sądownictwa?

– Wydaje mi się, że właśnie brakuje tych podstaw prawdziwie filozoficzno-prawnych. Chodziłoby o to, żeby powrócić do klasycznego rozumienia prawa, czyli takiego prawa, które jest dziełem i skutkiem prawego rozumu. Wydaje mi się, że trudno zreformować system sądownictwa w Polsce, który popada w różne sprzeczności i całego szeregu spraw nie rozstrzyga w sposób sprawiedliwy. Mamy poważne deficyty w naszej racjonalności prawnej i prawniczej, o czym świadczy dyskusja nad takimi kwestiami, jak pełna prawna ochrona życia ludzkiego od momentu poczęcia aż do naturalnej śmierci w państwie polskim czy kwestia wolnej niedzieli. To są dwa aktualne przykłady, które mówią nam o tym, że nasza kultura prawna i prawnicza wykazuje nie drugorzędne, lecz pierwszorzędne deficyty prawnicze, a w tym także jest sądownictwo, bo sądownictwo nie jest wolne od tego typu dylematów i sprzeczności wewnętrznych. Ono jest być może najbardziej narażone na najgłębsze dramaty, ponieważ działa w bezpośredniej relacji względem Polaków, czyli niejako na styku prawa polskiego i obywatela.

To pokazuje, jaka odpowiedzialność spoczywa na prawnikach, zwłaszcza sędziach. Chyba trzeba zacząć od ich kształcenia?

– Ufamy, że wysiłki, które prezydent, Sejm, Senat i rząd naszego państwa podejmują teraz i ta ich wspólna troska przyniosą dobry owoc, że ta reforma będzie gruntowna. Niestety, koncentruje się ona z wiadomych racji na ustroju, zakresach działania, trybie pracy Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego, a także sposobie wyboru członków Rady. To są bardzo ważne akty, tylko że ja osobiście uznaję tę pracę za drugorzędną, a pierwszorzędną pracą w kulturze prawnej i prawniczej jest zawsze praca nad duchem prawa, a o duchu prawa decyduje duch kształcenia prawników czy dokształcania już działających prawników polskich.

Żeby zreformować sądownictwo w Polsce, należy oprzeć kształcenie prawników i całe sądownictwo nie tylko na wierności względem ducha i oczywiście litery naszego porządku prawnego w Polsce, ale trzeba będzie istotowo odnowić je w takim porządku, że każdy kandydat na prawnika w Polsce powinien być najpierw wprowadzony w rozumienie, w poznanie prawa naturalnego, w zrozumienie i właściwą interpretację prawa naturalnego, którego część składową stanowi Dekalog. A oczywiście jeśli chcemy mówić konsekwentnie o prawie naturalnym, to nie możemy mówić o nim w sposób obiektywny, uniwersalny i wiążący absolutnie każdy rozum ludzki jako rozum tak długo, jak długo nie wprowadzimy do dyskursu ściśle prawnego i prawniczego Absolutu, czyli osobowego Boga, który jest ostatecznym Stwórcą prawa naturalnego i ostatecznym Stwórcą każdego człowieka jako człowieka. Bez tego koniecznego zabiegu w formacji intelektualnej prawników w polskiej edukacji będziemy przechodzić od jednej w inną formę zideologizowanego prawa, które trudno będzie w istocie nazywać prawem, lecz co najwyżej jego mniej lub bardziej upozorowaną atrapą. Polacy o ponadtysiącletniej tradycji prawnej państwowej i eklezjalnej zasługują bezsprzecznie na więcej…

Co jeszcze trzeba wyeliminować z programów nauczania prawników?

– Trzeba usunąć z polskiego procesu kształcenia prawnika wszelkie formy ideologizacji, a więc pozytywizm prawny, relatywizm prawny, także pozostałości marksistowsko-leninowskie w rozumieniu, stanowieniu i orzekaniu o prawie. Relatywizm prawny to przekonanie, że prawo jest względną bytowością, czyli zależy od tego, jak my się umówimy. Już w XVI w., potem XVII, a później Napoleon i inni zdefiniowali rozumienie prawa jako umowy. Niestety, takie rozumienie prawa jako umowy międzyludzkiej jest z gruntu niewystarczające. Trzeba będzie reformę nauczania prawa osadzić na klasycznych wzorcach, częściowo ze starożytnej Grecji, częściowo ze starożytnego Rzymu i prawa rzymskiego. Ale to są dla chrześcijańskiego prawa koncepcje niewystarczające i zresztą później najbardziej cywilizowany świat, czyli Europa, wiedział, że co dobrego było do przyjęcia od starożytnych Greków i Rzymian, to prawo europejskie przyjęło, a następnie jeszcze głębiej osadziło się w doktrynie prawnej zainspirowanej i dalece rozwiniętej przez rozum chrześcijański i całą prawną oraz prawniczą racjonalność w jego katolickiej interpretacji.

Ta racjonalność oparta na Boskim Logosie i ludzkim logosie jako pochodnym od tego Pierwszego, której zawdzięczamy najwyższą jakość prawa jako prawa, była przez wieki kluczem dla wielkości polskiego prawa w przeszłości oraz powinna stać się na nowo – po wiekach odrzucenia jej przez zaborców i okupantów z Zachodu i Wschodu – samym rdzeniem nowego prawa w sensie nowej Konstytucji polskiej i nowych rozstrzygnięć prawnych i prawniczych w naszej polskiej przyszłości państwowo-prawnej jako prawej na wzór wiecznie prawego Boskiego Prawodawcy i prawego człowieka.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik