logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Roztocze, moja ojcowizna

Piątek, 5 stycznia 2018 (18:25)

Z ks. prof. Tadeuszem Guzem, rozmawia Ewa Małecka

Jak Ksiądz Profesor spędza czas wolny?

– Do najmilszych zajęć w moim życiu należą spotkania z przyjaciółmi i rodziną, rozmowy i spacery na łonie przyrody. Samotne spacery zazwyczaj łączę z modlitwą: brewiarzową, różańcową czy po prostu kontemplacją świata, dzieła Bożego. Moja ojcowizna znajduje się we wsi Szozdy, na pograniczu Roztocza północno-zachodniego i środkowego. Jesteśmy tutaj w pobliżu przeuroczych zakątków kulturowych i przyrodniczych, takich jak miejsca objawień Matki Najświętszej w Krasnobrodzie, 30 km stąd; św. Marii Magdaleny w Biłgoraju, ok. 25 km stąd. Na północny zachód od nas znajduje się Radecznica, gdzie wielokrotnie objawiał się św. Antoni. Nie objawił się ani w swojej rodzinnej Lizbonie, ani w Padwie, gdzie spoczął po śmierci, ale właśnie w Radecznicy. Są to objawienia uznane przez Kościół. Jeszcze w XIX i początkach XX wieku przybywało do Radecznicy mniej więcej tyle samo pielgrzymów, ile na Jasną Górę. Był tu olbrzymi ruch pielgrzymkowy, bo Naród miał wiarę w świętych obcowanie. Mnóstwo cudów św. Antoni tu dokonał.

Moja ojcowizna położona w wiosce Szozdy to podarunek dziadków na rzecz rodziców i starszego rodzeństwa. Bo oni przez wiele lat nie mieli domu, mieszkali u jednych dziadków, potem u drugich, u kuzynostwa i sąsiadów. Dopiero po około 20 latach małżeństwa, a więc kiedy już i ja przyszedłem na świat, dziadkowie ze strony ojca podarowali im ten skrawek ziemi. W 1964 roku, kiedy materialnie zaczynali stawać na nogi, mając wreszcie własną izbę, 12 września zdarzył się nasz dramat rodzinny: urodziła się moja najmłodsza siostra Marysia, ale mama, śp. Józefa, następnego dnia wykrwawiła się. Ponieważ ojciec został z pięciorgiem dzieci, w tym najmłodszym noworodkiem, nasi krewni postanowili przyjąć nas do siebie. Tylko starsza siostra Krystyna została z tatą, żeby tu skończyć szkołę i pomóc tacie w gospodarstwie, ale potem też została zabrana przez kuzynostwo na Śląsk. Ja natomiast, pięcioletni wówczas, zaraz po pogrzebie mamy trafiłem do wujaszka Michała, jak go nazywałem, rodzonego brata mojej babci ze strony mamy, i jego żony Ewy.

Pamiętam jeszcze, jak wychodząc z cmentarza, oglądałem się na drogę prowadzącą do Szozdów, ale przez wiele lat nie było mi dane tu wrócić. Wujostwo mieszkali niedaleko, w Tereszpolu, który swoją nazwę zawdzięcza św. Teresie Wielkiej, ponieważ te dobra poświęcone były Teresie Zamoyskiej, noszącej jej imię. Jako gmina mamy więc karmelitańskie pochodzenie, dlatego tym bardziej cieszę się, że siostry karmelitanki ze Wzgórza św. Wojciecha w Poznaniu podarowały mojej rodzinie relikwie zarówno św. Teresy z Ávila, jak i św. Jana od Krzyża. Obdarowały też miejscową gminę, która w herbie ma św. Teresę z Ávila.

Perłą Roztocza jest też sanktuarium św. Marii Magdaleny.

– Tak, na początku XVII wieku miały tu miejsce jej objawienia uznane przez Kościół. Ubolewam nad tym, że chyba ostatnio za mało czynimy w celu propagowania kultu świętych. A przecież nawet codzienne doświadczenie wskazuje na szereg przykładów ingerencji niebiańskiej. Oczywiście, jest to ingerencja Pana Boga w Trójcy Świętej Jedynego, ale często uproszona przez świętych. Bo prawda o świętych obcowaniu oznacza, że możemy ich przyzywać, a wydaje mi się, że dziś zbyt mało korzystamy z tych dobrodziejstw.

Kiedy najlepiej odwiedzać te sanktuaria?

– Zawsze na Matki Bożej Jagodnej, 1-2 lipca, są piękne uroczystości w Krasnobrodzie. Pamiętam, że jako chłopiec pielgrzymowałem tam indywidualnie, ale też w ramach pielgrzymek ministrantów, i rowerem, i pieszo. A pamiętam i taką historię, jak ze śp. wujaszkiem Michałem Skurą pojechaliśmy na jakąś uroczystość do Górecka Kościelnego, do sanktuarium św. Stanisława, Biskupa i Męczennika, wozem, parą koni. Jechaliśmy przez wioski, przez las, piękną drogą. Było to dla mnie jako chłopca dużym przeżyciem. Dotąd pamiętam scenki z Górecka Kościelnego z rozmodlonym narodem, końmi, z mnóstwem ludzi. Sanktuarium leżało na uboczu, a parafianie zjeżdżali się z okolicznych wiosek: z Aleksandrowa Pierwszego, Brzezin, Górecka Kościelnego, Górecka Starego, Józefowa Roztoczańskiego, Majdanu Kasztelańskiego, Podlasu Kol., Sigły, Tarnowoli, Trzepietniaka Kol. Są to osady pozakładane chyba w XV-XVI wieku, nierzadko przez protestantów, którzy w większości potem poprzechodzili na wiarę rzymskokatolicką.

Pielgrzymował Ksiądz Profesor do pobliskich sanktuariów z wujkiem, ale też z ministrantami, z parafią, a więc formowało Księdza życie społeczności lokalnej?

– Życie lokalne, rodzina, wszystko to skupione było wokół trzech głównych działów: najważniejszy dla nas był świat wiary. Wokół uroczystości wiary świętej katolickiej organizowało się całe życie mojej rodziny. Pan Bóg był w samym centrum i do Niego odnosiło się wszystko. Pamiętam, że kiedy po kilku latach seminarium odczytywałem z ambonki kościoła parafialnego w Tereszpolu Słowo Boże, bardzo to przeżywałem, aż drżałem. Owszem, miałem tremę, ale drżałem też z uwagi na wielkość tego Słowa. Zawsze wiedziałem, że ono jest tak ważne, tak święte, że trzeba je odczytywać z najwyższą powagą. Wokół niego toczyliśmy z moim śp. ojcem Władysławem mnóstwo dyskusji, a mój ojciec czynił to przez lata także z odwiedzającymi go świadkami Jehowy.

Dwa pozostałe działy, wokół których toczyło się nasze życie, to praca i nauka. Wyrosłem w czasie, kiedy od najwcześniejszych lat dziecko było wprowadzane w rodzinny system pracy. Nigdy nie miałem dzieciństwa bez własnych zadań i obowiązków. Choć z pierwszych pięciu lat życia, przeżytych tu z rodzicami, nic nie pamiętam, pewnie sprawił to szok po śmierci mamy. Mam tylko w pamięci pojedyncze sceny, natomiast żywy film życia – dopiero z okresu późniejszego. Uczyłem się pracy i muszę powiedzieć, że jest to jedna z najwspanialszych szkół, jakie człowiek zdołał stworzyć. Przez pracę można się głęboko wykształcić: uformować charakter, zdobyć wiedzę, co potwierdza Arystoteles, mówiąc o doświadczeniu jako „pierwszym źródle wiedzy”.

Które z zajęć dziecięcych czy młodzieńczych najbardziej wzbogacały?

– Do najwspanialszych należał czas żniw, kiedy wiązało się zboże w snopki, a później snopki w dziesiątki, i ustawiało pionowo, żeby osychały. I zakładanie czapek na tych dziesiątkach. To był moment dotarcia do owocu pracy. Ukoronowanie łaski Bożej i pracy człowieka.

Bardzo lubiłem też orać ziemię koniem. Trzeba to robić właściwie, nie za głęboko, nie za płytko. Chodzi się wiele kilometrów, a przy tym zapach ziemi, cisza, okazja do rozmyślań.

Nigdy nie siałem zboża. To robiła ciocia/babcia. Ale kiedy już zasiała, ja jechałem bronami i zabezpieczałem zasiewy, żeby nie wydziobały ich ptaki.

Bardzo piękne były też prace, które wykonywało się w lesie. Najlepszą jakość drewna uzyskuje się, przygotowując je zimą. Ścina się je i odpowiednio obrabia, a potem wiosną trzeba sprzątać po ścince. Pamiętam, jak jeździłem do lasu – i konno, i wozem. Uwielbiałem tę jazdę. Wiązały się z nią różne widoki, każda pora roku ma w przyrodzie swój urok, swoje piękno, jak np. kołysane powiewem wiatrów łany zbóż, ale chyba najbardziej lubiłem jesień. Jest to jakaś przedziwnie fascynująca granica owocu i zasiewu. Zawsze zdawała mi się porą filozoficzną, przynoszącą głębię refleksji. Ziarno wsiane w glebę musi w niej obumrzeć, żeby na wiosnę wyskoczyło z niego nowe życie. Tak sobie jako chłopak dumałem, a idąc do pobliskiego kościoła parafialnego na Mszę św. i inne nabożeństwa słyszałem Słowo Boże, ciekawe kazania i homilie, właśnie nawiązujące bardzo często do nauczania Jezusa i przywoływania przez Niego scen przyrodniczych. Otwartość i gościnność księży oraz ich anielska cierpliwość na nasze młodzieńcze pytania wraz z wielogodzinnymi dyskusjami sprzyjały głębokiemu rozwojowi ducha z wiary i dla wiary katolickiej pośród mojego pokolenia młodzieży.

Wspomniał Ksiądz Profesor konie. Czy i dziś kontakt ze zwierzętami pozostaje dla Księdza istotny?

– Trudno mi wyobrazić sobie życie bez kontaktu z przyrodą i jej przepiękną fauną. Przecież Pan Bóg pomyślał wszechświat ze względu na człowieka. W tym jest głęboka myśl Boża, żeby człowieka inspirować, wspierać, utrzymywać przy życiu poprzez przyrodę. I świat zwierząt należy do najwspanialszych dzieł Bożych. Są to istoty doskonalsze od roślin, a mniej doskonałe od ludzi, czyli stanowią jakby ogniwo pośrednie w hierarchii doskonałości istot żywych. Zwierzęta zawsze bardzo lubiłem, szczególnie konie.

Ma Ksiądz Profesor okazję jeździć konno?

– Ostatnio chyba kilkanaście lat temu. Ale kiedyś, pamiętam, jakiś dobry człowiek podarował mi jako chłopcu ramy siodła ułańskiego z okresu II wojny światowej. Ja sobie ten szkielet wypełniłem, obszyłem i oczywiście jeździłem w tym siodle. Coś fascynującego! Z wysokości siodła inaczej przeżywa człowiek świat. Inaczej niż z perspektywy roweru, samochodu czy spaceru pieszego.

Jak żył jeszcze śp. tata, Władysław, do końca mieliśmy konia. Był nieduży, ale taki „mądry”, że gdziekolwiek usłyszał głos ojca, biegł za nim. A czasami, gdy tato był wewnątrz domu, podbiegał i lizał okno, za którym słyszał jego głos. Ale ze względu na to, że koń wymaga intensywnej pielęgnacji, po śmierci ojca zamieniłem się z pewnym człowiekiem z Podkarpacia. On wziął naszego konia, ja otrzymałem w zamian trójkę danieli. Z tej trójki mam ich już trzynaście.

Oprócz stadka danieli ma też Ksiądz Profesor psa.

– Tak, to też tradycja śp. ojca, który miał mieszańca o urodzie wilczura i imieniu Puszek. Przesympatyczny pies. Po śmierci ojca nie chciał jeść i padł nam, chyba z tęsknoty za panem. W lipcu tego roku dostałem w podarunku dwa malutkie szczenięta owczarka środkowoazjatyckiego, biało-czarne, jedno z nich nazwałem tym samym imieniem, a drugie o imieniu Hektor podarowaliśmy dalszemu sąsiadowi. Teraz to już duży pies, wspaniałe stworzenie. Z naszej posesji mamy wyjście prosto w las, na spacery. Jest las modrzewiowy u sąsiada, a pozostałe w okolicy przeważnie sosnowe. Chodzimy też na pola i łąki, po pagórkach i wzniesieniach Roztocza.

Czy Puszek nie goni za hodowanymi danielami?

– Owszem, goni, ale tylko na zewnątrz. Natomiast tu, przy domu, jest pełna harmonia świata zwierzęcego. Również trzy kotki, które mamy, bawią się z tym potężnym owczarkiem.

Zajmuje się Ksiądz Profesor prawdami uniwersalnymi, zachowując tak silny związek z konkretną wioską.

– W wiosce, proszę zauważyć, prawie wszystko jest dziełem Bożym: zioła, kwiaty, drzewa, zboża, zwierzęta i ludzie. Świat kultury, a więc dzieł ludzkich, zajmuje tu marginalne miejsce. W mieście natomiast do jego istoty należą dzieła ludzkie, a tylko margines stanowią dzieła Boże. Uważam za błąd, poważny błąd, jeżeli państwo preferuje tylko miasto. Bo najstabilniejszym państwem nie jest to, które ma gigantyczne miasta, ale to, które zachowuje równowagę i z właściwą troską podchodzi do sprawy rolnika jako prawdziwego żywiciela narodu.

Kiedyś na przykład Franz Liszt, wybitny kompozytor i pianista, kształcił dzieci polskiej szlachty tu niedaleko, koło Tomaszowa Lubelskiego. Mieszkał w dworku na Roztoczu. Gdyby dziś zaproponować profesorowi uniwersyteckiemu, żeby zamieszkał z konkretną rodziną na dalekiej prowincji i uczył jej dzieci, uznałby to za degradację. To świadczy o tym, jak bardzo jesteśmy skomunizowani, spłyceni, jak bardzo oddaleni od tego, co powinno być źródłem naszej twórczości.

Gdy mowa o twórczości, chciałabym zapytać, co Ksiądz Profesor ceni w sztuce?

– Jedynym, czego nie cenię, jest świat upadły, diabelski, piekielny.

Właśnie, nasza epoka, ubóstwiająca ludzką kreatywność, coraz bardziej popada w wyjałowienie, w pustkę.

– Bo ubóstwienie ludzkiej kreatywności oznacza detronizację Boskiego Kreatora, prawdziwego Geniuszu, który zdolny jest naprawdę tworzyć, czyli stwarzać z niczego. W klasycznym rozumieniu twórca ludzki jest naśladowcą Boskiego Arcymistrza. I w swoich działaniach twórczych na tyle tylko będzie doskonały, na ile wpisze się w twórczą działalność Ducha Bożego.

Powiedział Ksiądz, że nie ceni tylko sztuki upadłej. Dzieł pięknych, udanych, na szczęście nagromadziło się wiele przez stulecia. Z którymi z nich szczególnie lubi Ksiądz obcować? Jakiej muzyki najchętniej Ksiądz słucha?

– W mojej opinii apogeum w rozwoju sztuki muzycznej stanowi muzyka gregoriańska. I choć w późniejszych epokach było wielu wybitnych kompozytorów, to na mnie, na moją duchowość i moje człowieczeństwo właśnie ona najgłębiej oddziałuje. Dlatego ubolewam, że w Polsce tak rzadko wykorzystujemy to obiektywne bogactwo ducha chrześcijańskiego, w którym muzyka największych kultur rodziny ludzkiej tworzy iście niebiańską harmonię. I mam nadzieję, że Episkopat Polski zatroszczy się, żeby ta szczytowa postać muzyki kościelnej miała w przestrzeni polskich kościołów swój dom.

A z innych dziedzin sztuki?

– Interesuje mnie malarstwo, interesuje mnie teatr, a właściwie każdy gatunek sztuki. Cały nurt myślenia, w który wrastałem jako dziecko, kształtowany przez piękne krajobrazy Roztocza i Puszczy Solskiej, przez tutejsze sanktuaria, kościoły, przepiękne liturgie – to nurt realistycznej filozofii chrześcijańskiej. Nawet jako dziecko, choć wtedy nie umiałem tego wyrazić, zawsze byłem zafascynowany realizmem. Dlatego w sztuce malarskiej dla mnie geniuszami są tacy ludzie jak Rembrandt. On nie idealizuje. To widać najlepiej w „Powrocie syna marnotrawnego”: w widocznych zmarszczkach, w spracowanych dłoniach miłosiernego ojca Rembrandt ukazuje, jak bliski jest nam Pan Bóg.

Jeśli chodzi o poezję, to takim realistą jest oczywiście Norwid. Albo św. Jan od Krzyża. Z jednej strony jest surowym, rygorystycznym realistą, z drugiej potrafi przemieniać ten rygoryzm w czystą poezję, w hymny pochwalne, w poematy. Na tym polega geniusz życia Bożego. Pan Bóg uczy nas przemienienia prozy życia ziemskiego w poezję niebiańskiej wieczności. Bo nawet drobna czynność podania komuś filiżanki herbaty, jeżeli ją wykonam ze względu na miłość Boga, już mnie zbliży i do Niego, i do drugiego człowieka. A bliskość w miłości Boga i człowieka to przecież definicja wieczności.

Owocem życia wiarą jest też Droga Krzyżowa opasująca Szozdy.

– Zauważyliśmy kiedyś z sąsiadami, że nasza wioska ma kształt krzyża. A skoro tak, to co ją lepiej wyrazi niż Droga Krzyżowa? Tym bardziej że do kościoła parafialnego w Tereszpolu mamy w prostej linii 3,5-4 km, ale drogą jakieś 7 km. A przecież wioska chce na co dzień żyć wiarą. Ta Droga Krzyżowa jest więc wyrazem wrażliwości mieszkańców na piękno, a także pragnienia uzewnętrzniania przeżyć religijnych. Nawiązuje przy tym do tradycji miejscowej architektury, chat budowanych z bali, z charakterystycznymi węgłami, bo taką formę nadaliśmy poszczególnym kapliczkom. Również ambona i kolumienki mojej kaplicy prywatnej, nawiązujące do historycznych stylów sztuki greckiej, zostały wyrzeźbione w drewnie lipowym przez miejscowego artystę Jana Sprysaka.

Wrócę jeszcze do trzeciego filaru mojej formacji, którym jest nauka. Wujaszek Michał, widząc, jak przeżywam swoją sytuację, gdy umarła mi mama, że nie mieszkam w domu rodzinnym, posłał mnie do szkoły rok wcześniej, w wieku sześciu lat, w nadziei, że to mnie zajmie, odciągnie od smutnych myśli. Tak we mnie dojrzewała pasja naukowa. Może ze względu na moją biografię była to pasja dociekania ostatecznych racji, a więc filozofia. Gdy wstąpiłem do seminarium, tak byłem zafascynowany filozofią, że gdy profesorowie ją tłumaczyli, czułem, jakbym zawsze tak myślał, tylko teraz zdobywał odpowiednią terminologię i zasób pojęć. Najbardziej fascynował mnie świat metafizyki, bo jest to dyscyplina, która na sposób racjonalny docieka ostatecznych racji całej rzeczywistości. To właśnie te zagadnienia, o których zawsze rozmyślałem. Kiedy jechałem wozem konnym, musiałem trochę uważać, ale koń to „mądre” stworzenie, a na wozie siedzi się godzinami, w ciszy, więc jest czas na rozmyślanie. Chodząc za pługiem też przecież myślało się nie tylko o oraniu ziemi.

Święcenia kapłańskie przyjąłem 15 grudnia 1984 roku, niecałe dwa miesiące po męczeńskiej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Nie mogłem pojechać na jego pogrzeb, ale modliłem się wtedy: „Księże Jerzy, wiesz, że tak pasjonuje mnie nauka; jeśli Pan Bóg kiedyś pozwoli, to chciałbym – nie w praktyce, bo brak mi odwagi, jaką Ty miałeś – ale w dziedzinie myśli, przezwyciężyć komunizm”.

Miałem takie marzenie, taki impuls wewnętrzny. Czy to było moje pragnienie, czy światło Boże, dotąd nie mogę określić, ale w Nowym Roku Pańskim 2018 poświęconym Osobie Ducha Świętego światło Jego Łaski pozwala mi na pewność poznania, że była to Jego Wola.

A inni święci ważni dla Księdza Profesora?

– Moi patroni: św. Juda Tadeusz – nieraz doświadczyłem jego wsparcia, pomocy w sytuacjach najtrudniejszych i dlatego staram się dostrzec ludzi czy instytucje przeżywające swoje graniczne troski i do takich misji sam Bóg posyła mnie nierzadko. Z kolei Józef to święty, który nie mówi, ale żyje i działa dla Boga. Stąd w moim życiu rys ciszy, milczenia i determinacji. Bo cisza jest niezwykle twórcza. Pięknym przykładem jest postać Prymasa Tysiąclecia, dziś już Sługi Bożego, który w zapiskach więziennych wyznał, że potrzebne były lata odosobnienia, żeby wiele rzeczy zrozumiał. W tej ciszy i odosobnieniu powstał program Wielkiej Nowenny, przygotowania Narodu na tysięczną rocznicę Chrztu Polski. Święty Jan Chrzciciel z kolei, mój patron z bierzmowania, przypomina mi, jak ważna jest odwaga. Bez odwagi, bez męstwa nie spełniłby swojej misji.

Do moich ulubionych należą też święci Karmelu: matka Teresa od Jezusa (św. Teresa Wielka), św. Jan od Krzyża, św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Także św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), której bardzo wiele zawdzięczam, jeśli chodzi o moją linię myślenia. „Skończony i Wieczny Byt. Próba wejścia do sensu Bytu” przeczytałem, gdy jeszcze szukałem własnej drogi filozoficznej, i ta lektura wyznaczyła mi kierunek myślenia, niezwykle przydatny w rozprawie z szeroko pojętą filozofią niemiecką. Prócz tego św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Alfons Maria de Liguori. Od młodości też niezwykle cenię św. Tomasza More’a. Miałem zaszczyt już dwukrotnie modlić się przy jego relikwiach w Tower w Londynie. Ostatnio, 9 października, odmówiłem tam cały Różaniec, aby m.in. nawiązać do wspaniałej idei Polaków Różańca do Granic z jej głównym celem uświęcenia Polski i całego stworzenia.

A jeszcze św. Jan Paweł II i Siostra Faustyna, błogosławieni księża: Jerzy Popiełuszko i Michał Sopoćko. Ci współcześni święci mają bardzo duże znaczenie dla naszej duchowości, bo wskazują na najcenniejszy skarb Nieba i Ziemi – osobistą świętość w Wiecznie Świętym świętych, czyli przemienienie ojcowizny ziemskiej w niebiańską. Daj Boże, aby wszystkie pokolenia naszego Narodu Polskiego: Ojców i Praojców, za ich wielki i bardzo często heroiczny wkład w polskość i katolickość zostały świętymi.

Dziękuję za rozmowę.

Ewa M. Małecka

Nasz Dziennik