logo
logo

Zdjęcie: arch./ Inne

Dzięki ofiarności rodaków wznieśliśmy ten pomnik

Sobota, 2 marca 2013 (19:18)

Aktualizacja: Niedziela, 3 marca 2013 (20:18)

Z profesorem zwyczajnym Lechem Ludorowskim, historykiem literatury polskiej, znawcą Sienkiewicza, założycielem i prezesem Towarzystwa im. Henryka Sienkiewicza, redaktorem naczelnym „Studiów Sienkiewiczowskich”, rozmawia Jacek Dytkowski

 

Za swoje zasługi w popularyzacji i pielęgnowaniu pamięci o Henryku Sienkiewiczu został Pan uhonorowany Nagrodą im. Witolda Hulewicza. Doprowadził Pan do powstania pierwszego religijnego pomnika tego wielkiego pisarza i noblisty. Dlaczego w taki sposób zdecydował się Pan go upamiętnić?

– Oto po czterech trudnych latach zbudowaliśmy nad  odnowioną, uratowaną od zniszczenia mogiłą śp. Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej w Okrzei pierwszy w naszej Ojczyźnie pomnik Sienkiewiczowski ku czci matki autora „Quo vadis?” i jej wielkiego syna. To monumentalne dzieło powstało z mojej inicjatywy i przy mojej konsultacji historyczno-biograficznej. Wzniosło je Ad Maiorem Dei Gloriam „w niemałym trudzie dla pokrzepienia serc” Towarzystwo im. Henryka Sienkiewicza dzięki szlachetnej ofiarności rodaków z kraju i z zagranicy, także przy dobroczynnej pomocy grupy przezacnych kapłanów z różnych diecezji, wspierane aprobatą JE ks. abp. Józefa Kowalczyka, Prymasa Polski, i śp. Eminencji ks. kard. Prymasa seniora Józefa Glempa oraz modlitwą i darami księży biskupów (JE ks. abp. Józefa Michalika oraz JE ks. bp. Kazimierza Górnego) znających naszą inicjatywę. To oryginalne dzieło artysty Witolda Marcewicza należy do najpiękniejszych i największych wśród wzniesionych ku czci autora „Trylogii”. I jest też rzeźbą wyjątkową – pierwszym religijnym monumentem Sienkiewiczowskim. Od samego bowiem początku, od pierwotnego zamysłu to potężne dzieło tworzyliśmy „na większą chwałę Boga”. Zrodziło się ono z naszej postawy religijnej, z ducha żywej wiary, a rosnące w swej formie artystycznej stawało się także swoistą prośbą modlitewną i modlitwą dziękczynną twórców. Jest darem dla Ojczyzny i hołdem złożonym Bogu. Wyraziliśmy go najpełniej  naszą modlitewną aklamacją w akcie erekcyjnym – wmurowanym w fundamencie pomnika: „Wiekuistego Boga wysławiamy, wielbimy i dzięki Mu składamy, że czerpiąc siły z ufnego zawierzenia w moc Jego opieki, nie ulegliśmy zwątpieniu i wypełniając do końca naszą trudną misję, wznieśliśmy ów wyjątkowy monument – pierwszy w naszej Ojczyźnie religijny Pomnik Sienkiewiczowski na cmentarzu w Okrzei”.

Nie miałem dotąd okazji, by publicznie  podziękować wszystkim współtwórcom  zbudowanego  pomnika za ich osobisty udział w tym wielkim dziele narodowej hojności i solidarności. Z całego serca dziękuję więc wszystkim darczyńcom za ich bezinteresowną i szlachetną ofiarność. Dziękuję zwłaszcza tej najliczniejszej, kilkunastotysięcznej rzeszy zbiorowych ofiarodawców anonimowych za każdy ich jałmużniczy grosz (często ów „grosz  wdowi”), zbierany przez  wspólnoty parafialne, szkoły, czasami (nawet) w zakładach pracy. Dziękuję kilkuset indywidualnym darczyńcom za wszelkie dary na miarę ich skromnych zasobów. Dziękuję także nielicznej grupie fundatorów zamożniejszych za ich materialną szczodrość (wśród nich zwłaszcza tym, którzy pragną pozostać ofiarodawcami anonimowymi).

Ale najserdeczniejsze podziękowanie składam „Naszemu Dziennikowi”. To przecież na  łamach tego zasłużonego dla Ojczyzny katolickiego pisma zainicjowaliśmy przed czterema laty nasze ważne, wielkie i trudne przedsięwzięcie: ratowanie niszczejącej mogiły zasłużonej dla Ojczyzny matki Henryka Sienkiewicza w 135. rocznicę jej śmierci (1 IX 2008). Mój apel i kolejne ze mną wywiady w „Naszym Dzienniku” przyjęto życzliwie w całej Polsce. Z różnych stron Ojczyzny odpowiedziało nań szlachetnymi darami dobroci kilkanaście tysięcy ofiarodawców. Dzięki temu zbiorowemu wysiłkowi nasze pożyteczne, potrzebne, patriotyczno-religijne dzieło rozwijało się (mimo „naturalnych trudności”, a później niestety także intryg, knowań i jawnej wrogości pewnego miejscowego malkontenta wobec całej inicjatywy) i zostało urzeczywistnione.

Co wiemy na temat matki naszego wielkiego pisarza i noblisty?

– Prawie nie ma jej w historii. Jej życie utrwalił jedynie krótki biogram cmentarny. Cóż o niej wiemy na pewno? Tylko to, co mówią o jej życiu nieliczne zachowane dokumenty – w pewnych szczególikach troszkę mylące. Stefania z Cieciszowskich Sienkiewiczowa nie była już „młódką”, lecz kobietą dwudziestodziewięcioletnią, gdy przewielebny ksiądz proboszcz Antoni Gutman udzielił jej sakramentu małżeństwa dnia 9 czerwca 1843 r. o godzinie 11.00 w świątyni okrzejskiej. Jak podaje akt ślubu, pan młody, Józef Paweł Ksawery Sienkiewicz (ur. 1813 r.) ma „skończonych lat dwadzieścia dziewięć i pół”. Niestety, nie zachowała się ani jedna fotografia pani Stefanii, nie znamy żadnych szczegółów jej „cielesności”, wyglądu czy urody. Ale poznaliśmy jej duchowość. Z cierpliwie odnajdywanych strzępków informacji w listach, wspomnieniach, zapiskach, lakonicznych dokumentach udało mi się zrekonstruować przekonujący, spójny portret jej osobowości. I rozpoznać w niej „Matkę Rodu” (ostoję rodziny).

Jaka jeszcze była pani Stefania?

– To ona była głową Sienkiewiczów, pan Józef – poczciwy i dobry, ale chyba mało zaradny – z wielkim trudem zdobywał środki na utrzymanie żony i szóstki potomstwa. Pani Stefania zmagała się przez całe lata z niedostatkiem, często z dotkliwą biedą, imając się na przykład różnych zajęć, zarabiając na utrzymanie domu także przepisywaniem artykułów dla warszawskich gazet. Była pierwszą nauczycielką swoich dzieci i zadbała zwłaszcza o ich formację duchowo-religijną, wychowała  je na ludzi głębokiej wiary, zawsze oddanych Bogu i Ojczyźnie. Pamiętajmy, że jej Henryk (noblista) jest przecież jednym z największych pisarzy katolickich (a córka Zofia autorką poezji religijnej). Troszczyła się, aby dzieci wyniosły z domu jakieś przydatne w życiu umiejętności. Dbała zapewne także o ich edukację intelektualną i artystyczną, ucząc (być może) jakiegoś amatorskiego muzykowania, rozbudzając zainteresowania poezją, literaturą, czytaniem, rozwijając upodobania plastyczne, co dotyczy zwłaszcza Henryka. Dopilnowała także, aby jej dzieci nauczyły się języka francuskiego. Henryk, wielokrotnie podróżujący do i po Francji, sprawnie posługiwał się tym językiem w mowie i piśmie, czytał w oryginale autorów francuskich (i tłumaczył ich), a swoją sławną mowę noblowską w Sztokholmie wygłosił też po francusku. Jego siostra, Helenka, również zajmowała się przekładami pisarzy francuskich.

Uzdolniona literacko pani Stefania, autorka dwóch udanych (sto razy lepszych od pierwszych utworów Orzeszkowej) opowiadań (i nieznanych wierszy) sama byłaby dobrą pisarką, gdyby miała czas zajmować się twórczością. Ona przekazała dzieciom uzdolnienia literackie, ów „pociąg do literatury”: córkom Helenie (tłumaczce), Zofii (poetce) i genialnemu Henrykowi. Nobliście. Czworo piszących w jednej rodzinie! To nie zdarza się często. Tę zasługę matki rodu wyrzeźbiliśmy antykwą na naszym pomniku.

Odeszła przedwcześnie. Przeżyła pięćdziesiąt dziewięć lat. Żyła krócej niż jej babka Teresa z Lelewelów (63 lata) i matka Felicjanna z Roztworowskich (66 lat). Nie miała czasu, aby nacieszyć się szczęściem swoich dzieci, towarzyszyć ich losom. Nie dane jej było radować się światowym tryumfem jej syna Henryka. Po śmierci matki rodu – śp. Stefanii – cała rodzina, wiodąca zresztą dotychczas także „koczowniczo-tułacze” życie, rozproszyła się.

Sienkiewiczowski pomnik matki i syna jest także efektem Pańskich badań nad biografią rodziny Henryka Sienkiewicza…

– Otóż, przygotowując się do ważnego i trudnego dzieła ratowania grobu matki Henryka Sienkiewicza – w wielokrotnie szczęśliwie przeprowadzonych kwerendach – odnalazłem nieomal całą dokumentację metrykalną rodziny macierzystej wielkiego Henryka. Niestety, z wyjątkami. Z przykrością muszę stwierdzić, że dostępny niegdyś akt urodzenia jego ojca Józefa Pawła Ksawerego (30 VI 1813, Woźna Wieś, k. Rajgrodu) „zawieruszył się” i zaginął(!?), a metryki matki, mimo poszukiwań, nie udało się dotąd odnaleźć! Nie znaliśmy dotychczas także metryk dwóch najstarszych sióstr: Anieli i Heleny. Zbadałem natomiast akt ślubu rodziców, metryki czworga ochrzczonych w Okrzei ich dzieci, wreszcie świadectwo zgonu śp. Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej.

Jakie jest znaczenie tych materiałów?

– Bardzo duże. Dokumenty te, wnikliwie zanalizowane i zinterpretowane, znacznie wzbogaciły wiedzę o biografiach członków rodziny, ale pozwoliły mi przede wszystkim na rozstrzygające ustalenie miejsca i roku urodzenia matki autora „Trylogii”, a także na sprostowanie wielu niejasności i sprzeczności dotyczących jej osoby, zawartych w metrykach jej synów i córek. Wróciłem również do wnikliwej analizy (czytanych niegdyś impresywnie) opowiadań Sienkiewiczowej z 1864 r., przygotowując ich pierwszą książkową edycję. Otóż, utrwalają  różne  realia miejscowe i bardziej szczegółowy (niż przypuszczałem) obraz ziemi radomskiej! Była to dla mnie spora inspiracja. I prawdziwa poruszająca rewelacja!

Te nowe odkrycia i ustalenia, biograficzne  rewelacje przedstawiłem właśnie podczas pięknej uroczystości 50-lecia Muzeum Henryka Sienkiewicza w  Oblęgorku w 2008 r., prezentując równocześnie pierwsze książkowe bibliofilskie wydanie (w moim opracowaniu) wartościowych literacko „Opowiadań” Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej (2008). Wydobyte po stu pięćdziesięciu latach zapomnienia ze szpalt wspaniałego „Tygodnika Ilustrowanego” z 1864 r. Kilkaset osób obecnych w „Pałacyku” (u Sienkiewicza) przyjęło moją „dawkę nowości” z satysfakcją, uznaniem,  gratulacjami i prawdziwym zaskoczeniem. Nikt bowiem nie wiedział, że matka noblisty ma (poza nagrobną inskrypcją) jakiś własny (choć nadal niepełny, lakoniczny) biogram, że jest pisarką i autorką dobrej prozy.

Jednak nie był to koniec Pańskich badań na temat rodziny wielkiego pisarza…

– Oczywiście, że nie! Są przecież nadal nierozwiązanie zagadki, intrygujące tajemnice biografistyki rodu: fascynująca, nieprzenikniona tajemnica losów starszego brata Henryka – Kazimierza, powstańca styczniowego, poległego pod Orleanem w 1871 r. w obronie Francji; pytanie, kiedy zmarła najmłodsza córka Sienkiewiczów – Maria Felicjanna; gdzie urodziły się Aniela i Helena (właśnie ostatnio wyjaśniona). Jest jeszcze trochę zagadek dotyczących życia i twórczości noblisty. Kilka frapujących tajemnic udało mi się rozwikłać. Akordem  trzecim w tej triadzie „udanych poszukiwań” i „szczęśliwych odkryć” badawczych stały się odnalezione – z mojej inicjatywy i przy moim udziale – przed kilkoma zaledwie miesiącami – akty chrztu św. dwóch najstarszych sióstr Henryka Sienkiewicza: Anieli i Heleny (właściwie: Marii Heleny, która w biografistyce rodowej występuje tylko pod imieniem Heleny). Droga do tych odkryć wiodła poprzez moje studia. Przed kilkoma bowiem laty – nie znalazłszy ich metryk w księgach parafialnych w Okrzei – wysunąłem  hipotezę, że Aniela i Helena prawdopodobnie nie urodziły się w Woli Okrzejskiej – jak Kazimierz (1844) i Henryk (1846) oraz dwie najmłodsze córki Stefanii i Józefa Sienkiewiczów: Zofia (1853) i Maria Felicjanna (1855), lecz gdzie indziej. Ale gdzie? Intuicja podpowiadała mi, że miejscem ich urodzenia mogłyby być podradomskie Grotki, gdzie ich rodzice mieszkali przecież kilka lat po ślubie.

Przypuszczenie moje okazało się częściowo trafne. Obie córki Józefa Sienkiewicza i Stefanii z Cieciszowskich  przyszły na świat nie w Woli Okrzejskiej (pow. łukowski). Urodziły się one nie w Grotkach, lecz w Wygnanowie (Aniela, 1848 r.) i Potkannie (Helena, 1851 r.), a więc w innych miejscowościach na ziemi radomskiej. 

Jakie są konsekwencje z wykrycia tych nowych faktów dotyczących rodzeństwa pisarza?

– Odkrycie – błahe w skali losów indywidualnych sióstr pisarza – tylko w nieznacznym przecież stopniu koryguje ich biografie: wiek i (to szczegół prawie bez znaczenia) miejsce urodzenia, dodając – w porównaniu z dotychczasowymi ustaleniami – dwa  lata  starszej Anieli, a o rok odmładzając Helenę. Ciekawostką  jest  jednak pewne dziwne zamieszanie wokół kolejności jej imion: „Maryi Heleny Emilii”.

Mamy do czynienia z przypadkową zamianą?    

– Powtórzmy starożytną mądrość, wszak „Errare humanum est”! Mogła to przecież być (i chyba raczej była) zwyczajna pomyłka księdza Antoniego Ambroziewicza, proboszcza we Wrzosie, który, sporządzając metrykę, zmienił kolejność imion drugiej Sienkiewiczówny. Miało być: „Helena Marya Emilia”, a ksiądz zapisał: „Marya Helena Emilia”. Ale ojciec tej pomyłki może nie dostrzegł; może uznano ją za mało ważną i nie sprostowano. Rodzice z pewnością nadali jej imię „Helenka”, którego też przez całe życie używała! Więc prawdopodobnie zacny proboszcz parafii we Wrzosie po prostu się pomylił, może trochę nie dosłyszał? Przecież i nazwisko ojca, pana Józefa Pawła Ksawerego, utrwalił (ze zmiękczonym, „świszczącym” „nagłosem” „Ś...”, „Si”), jako „Sinkiewicz”! Bo dokument podpisał: „Józef Sienkiewicz Ojciec”.  I jest w tejże metryce jeszcze jedna drobna pomyłka: przekreślone imię „Józef” przed nazwiskiem pierwszego świadka: „W. Sylwestra Fugielskiego”. Ale mamy także kolejną nieścisłość w tym dokumencie: wiek metrykalny małżonków Józefa Sienkiewicza i Stefanii z Cieciszowskich. Oboje zostali w nim „odmłodzeni” o dwa lata. Zresztą, to „odmładzanie” pani Sienkiewiczowej odnalazłem we wszystkich metrykach w Okrzei. 

Zatem zamieszanie z „Heleną Maryą” nie wygląda na błąd czy jakieś przeoczenie samych rodziców! Czyżby tak bardzo „roztargnieni” Sienkiewiczowie naprawdę mogli zapomnieć – chrzcząc najmłodszą córeczkę ponownie tym samym imieniem: Marya (dodając na drugie Felicjanna – na cześć zmarłej 3 VI 1854 r. babuni, właścicielki Woli Okrzejskiej), że 5 lat wcześniej imię to już nadali „Helenie Marii”/ „Maryi Helenie Emilii”! Przecież nie sposób w taką amnezję obojga rodziców uwierzyć! 

Drugą część wywiadu z prof. Lechem Ludorowskim opublikujemy na portalu jutro.

 

Jacek Dytkowski

NaszDziennik.pl