Z Filipem Frąckowiakiem, autorem książki „Józef Szaniawski – ostatni więzień polityczny PRL”, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Co zainspirowało Pana do napisania biografii swojego ojca?
– Myślę, że czynnikiem decydującym był życiorys mojego ojca, który – można powiedzieć – był niejako soczewką skupiającą życiorysy wielu Polaków. Mam na myśli zarówno tych, którzy zostali wypędzeni z Kresów Wschodnich, bo – przypomnę – ojciec pochodził ze Lwowa, tych, którzy w okresie PRL byli poniżani przez reżim komunistyczny, ale również tych, którzy nie doczekali się sprawiedliwości w III RP. Biografia ta powstała także za namową przyjaciół taty, którzy uznali, że nikt nie wie tyle o Józefie Szaniawskim, co ja.
To bardzo osobiste wspomnienia, trudno było je napisać?
– Muszę powiedzieć, że nie było to łatwe zadanie. Wie to najlepiej każdy, kto podjął trud napisania książki o charakterze biograficznym czy historycznym. Trudności dotyczą m.in. zbierania materiałów, które stanowią podstawę każdego tego typu wydawnictwa. W moim przypadku było to o tyle łatwiejsze, że dotyczyło głównie archiwum rodzinnego. Nie jest to zatem opowieść oparta na materiałach archiwów np. państwowych, ale jest to opowieść o człowieku z krwi i kości, który był zaangażowany w budowę Polski, dla którego rodzina była wartością samą w sobie.
Co stanowiło największą trudność podczas prac nad albumem?
– Opisanie spraw rodzinnych, próba sięgnięcia do pokładów zarezerwowanych dla ludzkiej prywatności. Było to jednak potrzebne, bo od początku założyłem sobie, że taka książka nie może nie poruszać kwestii rodzinnych. Było to szczególnie trudne, bo w dużej mierze pisałem także o sobie.
Kim był i kim wciąż pozostaje dla Pana tata?
– Tata był dla mnie przede wszystkim nauczycielem. Oczywiście nauczycielem nie tylko historii, ale stosunku do historii, do Polski, był wreszcie nauczycielem relacji z innymi ludźmi. Kiedy ojca zamknięto w więzieniu, miałem zaledwie 4 lata, a kiedy go wypuszczono, prawie 10 lat. Tak na dobrą sprawę poznawaliśmy się z ojcem na nowo dopiero wtedy, kiedy wypuszczono go z więzienia. Na to wszystko nałożyło się moje dorastanie, a więc czas młodzieńczego buntu wobec władzy rodzicielskiej. W tym wszystkim tata był dla mnie wspaniałym nauczycielem i wychowawcą.
Czy także przyjacielem?
– Tak. Oczywiście. Często wspominam nasze wspólne wyprawy w góry, nad jeziora mazurskie czy do Stanów Zjednoczonych, gdzie był czas na przyjacielskie rozmowy ojca z synem. Szczególnie w pamięci utkwiły mi nasze wspinaczki górskie. Dokładnie rok wcześniej pokonaliśmy tę trasę, na której 4 września 2012 r. zginął mój tata.
Okoliczności śmierci Pańskiego ojca, wydaje się, do dziś budzą Pana wątpliwości?
– Bardzo chciałbym poprzestać na decyzji prokuratury o umorzeniu śledztwa. Wiadomo, że Józef Szaniawski zginął w wyniku obrażeń wielonarządowych. Sekcja zwłok nie wykazała obecności trucizny ani alkoholu w organizmie, nie stwierdzono też zawału serca ani wylewu i na dobrą sprawę wciąż nie wiadomo, co było przyczyną upadku, który spowodował te obrażenia. Przecież coś musiało spowodować, że ojciec się przewrócił, pytanie tylko: co?… Nie wykluczam, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek. Nie ma też żadnych nowych dowodów, które pozwoliłyby wszcząć śledztwo. O tę śmierć pytam tak samo, jak pyta się o inne zagadkowe zgony w Polsce. To są także pytania Polaków zainteresowanych tym, jak to jest, że kolejne śledztwa nie wykazują, jak zginęła osoba zaangażowana społecznie czy patriotycznie. Wystarczy tylko wspomnieć śmierć gen. Petelickiego, który zginął właściwie w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach dwa miesiące wcześniej niż mój ojciec…
Dlaczego książkę dedykuje Pan synowi?
– Książkę zadedykowałem mojemu synowi Franciszkowi, dlatego że – jak już wspomniałem – bardzo przeżywałem relacje z własnym tatą. W dedykacji, która nie jest dostępna dla czytelników, ale jest adresowana do mojego syna, który ma dzisiaj 5 lat i z czasem będzie się uczył świata i życia, jest zawarta prośba o budowanie wspólnych relacji rodzinnych, które będą procentować w przyszłości. Te relacje ojca z synem na swój sposób budują się przecież w każdym wieku. Bardzo chciałbym, aby mój syn pamiętał o swoim dziadku i uczył się na moich relacjach z ojcem tego, co może być między nami.
Kontynuuje Pan prowadzenie założonej przez ojca Izby Pamięci Pułkownika Kuklińskiego. Jakie plany ma Pan na najbliższy czas?
– W styczniu 2014 r. w Izbie Pamięci Pułkownika Kuklińskiego odbędzie się spotkanie z Witalisem Skorupką, żołnierzem AK, byłym prezesem Związku Więźniów Politycznych Skazanych na Karę Śmierci w Okresie Reżimu Komunistycznego. Również w styczniu planujemy otwarcie wystawy poświęconej wywiadowi polskiemu we Francji w czasie II wojny światowej. O obecnym muzeum, używając przenośni, można powiedzieć, że prezentuje maksimum treści przy minimum słów. Można tu wejść i dowiedzieć się o płk. Kuklińskim i sytuacji Polski, w której wysoki rangą oficer musiał podjąć decyzję o współpracy z obcym wywiadem, aby ratować swoją Ojczyznę. Zależy nam, aby to muzeum rosło, ale są to plany odległe. Bliższe są natomiast plany edukacyjne dotyczące młodzieży: spotkania w muzeum i poza jego siedzibą. Myślimy też o zorganizowaniu dużej wystawy poświęconej płk. Kuklińskiemu, która byłaby prezentowana zarówno w Polsce, jak i za granicą.
Dziękuję za rozmowę.
Książka jest do nabycia w księgarniach „Naszego Dziennika” w Warszawie, al. Solidarności 83/89, i w Krakowie, ul. Starowiślna 49. Można ją też zamówić pod nr. telefonu (12) 431 02 45, (22) 850 60 20 lub drogą e-mailową: zamowienia@naszdziennik.pl.

