logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Dla kogo polska ziemia

Sobota, 11 stycznia 2014 (02:14)

Nie ma przeproś. Okazuje się, że chętnych na polską ziemię nie brakuje. Widać to nie tylko na przykładzie wykupu przez cudzoziemców ziemi na tzw. słupa, ale także choćby po krokach podejmowanych przez Komisję Europejską, która nie szczędzi starań, by ograniczyć proces uwłaszczania się polskich rolników na ich ojczystej ziemi.

Dopiero w grudniu 2013 r., po wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, okazało się, że nie poniesiemy kary za próbę poprawienia kondycji polskiego rolnictwa przez sprzedaż rolnikom ziemi po preferencyjnych cenach. Sprawa stała na ostrzu noża przez trzy lata.

Unijni decydenci z Komisji Europejskiej nie tylko konsekwentnie sprzeciwiali się przedłużaniu państwowych dopłat na zakup ziemi, ale – gdy zgodę na takie dopłaty wydała w 2009 r. Rada UE – zaskarżyli jej decyzję w Trybunale UE. Jak wynika z uzasadnienia wyroku Trybunału, uratował nas kryzys z lat 2008-2009, a także uwzględnienie przez Trybunał oczywistej prawdy, że na poprawienie struktury gospodarstw rolnych w Polsce potrzebny jest czas, którego mamy już coraz mniej.

Widmo roku 2016

A wszystko dlatego, że nieubłaganie zbliża się kres 12-letniego okresu przejściowego na zakup gruntów rolnych i leśnych wynegocjowanego przed wejściem Polski do UE. 1 maja 2016 r. wygaśnie swoiste embargo na zakup ziemi przez obcokrajowców spowodowane obowiązywaniem ustawy jeszcze z 1920 r., w myśl której cudzoziemiec noszący się z takim zamiarem musi uzyskać zezwolenie ministra spraw wewnętrznych. A to jest obwarowane szeregiem warunków, takich jak choćby potwierdzenie wcześniejszych więzi, czy to rodzinnych, czy narodowych, ewentualnie gospodarczych, z Polską.

Zabezpieczenia przestaną obowiązywać za dwa i pół roku i wtedy obcokrajowcy będą mogli kupować polską ziemię, ile dusza zapragnie. Zapewne ceny ziemi rolnej w Polsce poszybują w kierunku poziomu krajów Europy Zachodniej, a ziemia stanie się dla większości Polaków dobrem deficytowym.

Nie da się bowiem ukryć, że nawet przy blisko 300-procentowym wzroście cen ziemi rolnej w Polsce od czasu wstąpienia do UE jej obecna wartość na poziomie 6 tys. euro za hektar – dane GUS i ANR trochę się tu różnią – stanowi nieco ponad połowę średniej unijnej. A od takich odczuwających głód ziemi państw, jak Holandia, Belgia czy Dania, dzieli nas prawdziwa przepaść. Cena ziemi w Holandii to 38 tys. euro za hektar, a w Belgii czy Danii – około 23 tys. euro. W Niemczech średnia cena 1 hektara ziemi wynosi 13 493 euro.

Gdy dodamy do tego istniejące w większości krajów Unii bardzo silne ograniczenia w zbywaniu ziemi obcokrajowcom i osobom niezwiązanym z rolnictwem, to staje się oczywiste, że już niedługo ziemia rolna w Polsce stanie się niezwykle atrakcyjnym przedmiotem zagranicznych inwestycji, a polscy rolnicy nie będą mieć najmniejszych szans, stając do przetargu z zagranicznymi podmiotami.

Dobre było, ale się skończyło

Nic dziwnego, że w perspektywie tak zasadniczych zmian na rynku obrotu ziemią w Polsce w ostatnich latach powstało duże zapotrzebowanie na grunty rolne. Rolnicy zapragnęli powiększyć swoje gospodarstwa przede wszystkich z chęci osiągnięcia wyższego poziomu konkurencyjności z rolnictwem w innych krajach UE. Służyła temu celowi głównie ziemia z zasobów Skarbu Państwa. Podobnie jak w większości krajów UE sprzedaż ziemi odbywa się w systemie ratalnym.

Na początku lat 90. zasoby ANR sięgały 4,7 mln hektarów gruntu rolnego. Do połowy 2012 r. pozostało agencji jeszcze niespełna 2 mln hektarów, z czego dzierżawionych jest ok. 1,4 mln hektarów. Mniejsze areały ANR sprzedaje w ramach przetargów ograniczonych. Odbywają się one na wniosek zainteresowanych rolników i służą powiększaniu gospodarstw rodzinnych.

Jak podaje prezes Agencji Nieruchomości Rolnych Leszek Świętochowski, w ciągu 20 lat funkcjonowania ANR na bazie jej zasobów utworzono m.in. ponad 5 tys. gospodarstw rolnych o powierzchni powyżej 100 hektarów. – Te gospodarstwa stwarzają popyt i konkurują o zakup ziemi – tłumaczył.

W latach 2010-2013 Rada UE wyraziła zgodę na to, aby Polska przeznaczyła 400 mln zł na dopłaty do zakupu ok. 600 tys. ha ziemi rolnej w ramach pomocy krajowej, przeciwko czemu tak zajadle do grudnia ub.r. występowała Komisja Europejska. Chodziło o pomoc państwa polegającą na dopłatach do odsetek od kredytów zaciąganych na zakup ziemi rolnej w celu utworzenia lub powiększenia gospodarstw rolnych do 300 hektarów. Dopłaty przyznane w latach 2010-2013 miały umożliwić utworzenie około 24 tys. gospodarstw rolnych o powierzchni nie mniejszej niż średnia w danym województwie. Średnia kwota pomocy na jedno gospodarstwo wynosiła około 4,5 tys. euro.

Do grudnia 2011 r. ułatwienia w sprzedaży ziemi polegały głównie na rozłożeniu płatności na raty i preferencyjnych kredytach. Przed podpisaniem umowy kredytowej należało wpłacić 20 proc. wartości transakcji, a spłata następowała przez 15 lat. Kredyt oprocentowany był w granicach od 4 do 5,5 proc. w skali roku.

Zasady te uległy zmianie na podstawie znowelizowanej w grudniu 2011 r. ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami Skarbu Państwa. Zmniejszono oprocentowanie kredytu do 2 proc. rocznie, a wysokość wkładu własnego do 10 proc., przy zachowaniu okresu spłaty do 15 lat. To ożywiło rynek nieruchomości rolnych. W 2012 r. ANR sprzedała 132 tys. hektarów ziemi, a do końca listopada 2013 r. – 110 tys. hektarów. Plan na 2013 r. zakładał sprzedaż 127 tys. hektarów.

Według Departamentu Wsparcia Krajowego ARiMR, od stycznia do października 2013 r. udzielono 4489 kredytów linii nKZ – na zakup ziemi – na kwotę 652 mln 437 tys. złotych.

Rolnicy chwalili sobie obowiązujące do końca ubiegłego roku warunki kredytowego zakupu ziemi. Pan Wojciech, rolnik z województwa lubelskiego gospodarujący na 20-hektarowym gospodarstwie, skorzystał z preferencyjnego kredytu dwukrotnie, kupując w 2012 i 2013 r. od ANR w sumie 22 hektary ziemi.

– Na szczęście u nas ceny gruntu jeszcze nie są tak wysokie jak na zachodzie Polski i w przetargu za ziemię klasy III i IV zapłaciłem po mniej więcej 8 tys. zł za hektar – wyjaśnia. – Formalności nie były zbyt kłopotliwe, spłata rozłożona na 15 lat, odsetki 2 proc. rocznie, raty płacę co roku na jesieni po zbiorach – można wytrzymać. Na takich warunkach jeszcze bym dokupił – deklaruje rolnik.

Niestety, te korzystne warunki należą już do przeszłości, gdyż upłynął wynegocjowany z UE okres, w którym Polska mogła stosować pomoc publiczną dla sektora rolnictwa. Agencja Nieruchomości Rolnych będzie mogła nadal rozkładać spłatę należności za zakup państwowej ziemi na 15 lat, jednak oprocentowanie kredytów będzie wynosiło w 2014 r. ponad 4 proc. w skali roku.

Brak determinacji i wizji

– Jak by nie patrzeć, to podwyższa cenę ziemi i może spowodować, że rolnicy ograniczą kupno gruntów bez kredytów preferencyjnych – uważa senator Jerzy Chróścikowski, szef senackiej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. – Z drugiej strony rolnicy są straszeni uwolnieniem obrotu ziemią po 2016 r. i przy wysokiej cenie gruntu i braku wsparcia mogą podejmować ryzykowne decyzje prowadzące do bankructw i przejęcia gospodarstw przez banki – ostrzega.

Zdaniem senatora, nie sprawdziła się polityka negocjacyjna rządu wobec Unii Europejskiej, gdyż Polska powinna utrzymać preferencyjne kredyty na zakup ziemi przynajmniej tak długu, jak długo ma ochronę ziemi.

– To jest, moim zdaniem, słabość tego rządu, bo gdyby walczył twardo, to powinien to wynegocjować – twierdzi senator Chróścikowski.

Głównym argumentem, który powinien być stosowany przez rząd w rozmowach z Unią, jest wyrównywanie konkurencyjności polskiego rolnictwa wobec krajów starej Unii. Polski rolnik ma wyższe niż na Zachodzie koszty produkcji rolnej wynikające m.in. z niższych dopłat, zarówno bezpośrednich, jak i w niektórych działach produkcji rolnej. Jego szanse mogłyby poprawić właśnie tańsze kredyty na ziemię i inne płatności ze wsparcia krajowego. Zwłaszcza że istniejące dysproporcje pogłębia zgoda polskiego rządu na potrącenie 10 proc. płatności bezpośrednich już drugi rok z rzędu, co powinno dotyczyć krajów, które mają wysoki poziom płatności, a nie tak biednych jak Polska.

Sytuacja polskiego rolnictwa może się dramatycznie pogorszyć po 1 maja 2016 r., kiedy to do wyścigu o polską ziemię otwarcie staną zagraniczni konkurenci.

Zdaniem Janusza Szewczaka, głównego ekonomisty SKOK, skala zagrożenia sytuacją uwolnienia handlu ziemią w 2016 r. jest znacząca, a rządowi brakuje pomysłu, jak zorganizować kontrolę obrotu ziemią. Zwracają na to uwagę rolnicy protestujący na Pomorzu Zachodnim.

– Tam rolnicy zetknęli się z tym problemem fizycznie i mają już świadomość, że przegrywają rywalizację o wykup ziemi, dlatego że ich możliwości finansowe są nieporównywalnie mniejsze nie tylko od rolników niemieckich, duńskich czy holenderskich, ale również w porównaniu ze spółkami, które w celach spekulacyjnych zawczasu skupują ziemię – zaznacza ekonomista, oburzając się na pełne lekceważenia oskarżenia rolników o populizm. Jego zdaniem, są one bardzo podobne do tych, jakie towarzyszyły protestom przeciwko wyprzedaży np. sektora bankowego w Polsce.

– Wtedy też uspakajano, że nie ma zagrożeń, że kapitał nie ma narodowości, a dziś widać dokładnie, że państwo, które nie ma swoich banków, niewiele ma do powiedzenia – argumentuje Szewczak i ostrzega, że do analogicznej sytuacji może dojść po utracie terenów rolnych. A ponieważ rynek produktów spożywczych został już zdominowany przez firmy zagraniczne, aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy w niepolskie ręce przejdzie jeszcze rolnictwo.

Ekonomista zwraca uwagę na szereg instrumentów dostępnych dla rolników starej Unii, wspierających ich w staraniach o rozszerzenie działalności w krajach takich jak Polska.

– Jest to choćby łatwość dostępu do taniego kredytu – wylicza. – Jeśli stopa procentowa kredytu jest tam na poziomie 0,25 punktu procentowego, a w Polsce wynosi realnie od 6 do 10 proc., to już na starcie daje to niesamowite preferencje w konkurencji z polskimi rolnikami. Tam widać prawdziwe zainteresowanie rządów holenderskiego, niemieckiego czy duńskiego wspieraniem tego rodzaju inicjatyw przez różnego rodzaju instytucje państwowe. Istnieje cała instytucjonalna sieć, począwszy od banków, przez doradztwo, konsulting czy pomoc prawną dla tego rodzaju działań tamtejszych rolników. U nas tego niestety nie ma. Polscy rolnicy są w tej konfrontacji tak naprawdę pozostawieni sami sobie. Niestety, brak jest koncepcji i instrumentów, które by wyrównywały szanse polskich rolników w niedługim już otwartym konkurowaniu z Niemcami, Holendrami czy Duńczykami o polską ziemię.


Cena ziemi w Europie

Holandia - 38 tys. euro za hektar

Belgia i Dania - 23 tys. euro

Niemcy - 13 tys. euro

Polska - 6 tys. euro

Adam Kruczek

Aktualizacja 11 stycznia 2014 (09:12)

Nasz Dziennik