logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: arch/ -

Ossendowski – pisarz wyklęty

Środa, 28 maja 2014 (09:43)

Żaden z polskich pisarzy międzywojnia nie był tak znienawidzony przez Związek Sowiecki jak Antoni Ferdynand Ossendowski. Sowieci posunęli się nawet do rozkopania grobu pisarza, który zmarł 3 stycznia 1945 r. w podwarszawskim Żółwinie, ledwo na dwa tygodnie przed wkroczeniem Armii Czerwonej do lewobrzeżnej Warszawy, by upewnić się, że znienawidzony za wydanie w 1930 r. „Lenina” literat istotnie nie żyje.

Za najwybitniejsze dzieło pisarza krytycy zgodnie uznają „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”, czasem tytułowane też „Zwierzęta, ludzie, bogowie”, bo książka ukazała się pierwotnie w języku angielskim, a dopiero potem po polsku, i różnie zapisywano jej tytuł. Stanowi ona nieomal reportażowy opis brawurowej ucieczki autora z ogarniętej bolszewicką rewolucją Rosji, przez Mandżurię do Japonii. Jego przeżycia, przygody i sposoby wychodzenia z opresji sprawiły, że często nazywa się go polskim Indiana Jonesem lub polskim Lawrance’em.

Konterfekt zbrodniarza

Ale prócz książek najwybitniejszych bywają też książki najważniejsze i takową dla Ossendowskiego pozostaje, moim zdaniem, „Lenin” – boleśnie i dogłębnie prawdziwy literacki portret wodza bolszewickiej rewolucji. Uznawany przez komunistów za obrazoburczy, kalający największą komunistyczną świętość paszkwil, utwór ten po dziś dzień stanowi jedno z najcenniejszych źródeł wiedzy o psychopatycznym wodzu – zbrodniarzu i potwornościach, jakie niósł ze sobą bolszewizm.

Wynika to stąd, że fabularyzowana powieściowo biografia Włodzimierza (Ossendowski tłumaczył na polski imiona bohaterów!) Iljicza jest przede wszystkim prawdziwa, napisana z rzetelną dbałością o realia i bogata faktograficznie.

Ossendowski znał i rozumiał Wschód, zarówno ten daleki, azjatycki, jak i ten najbliższy, czyli Rosję. Mechanizmy i przebieg rewolucji oglądał z bliska – nie musiał więc wyobrażać sobie jej barbarzyństwa: on je po prostu widział. I nie tylko widział, lecz potrafił także zsyntezować w znakomity literacko i przerażający autentyzmem opisów tekst. Wiele z tej obfitującej w konkret logicznej narracji zawdzięczamy zapewne umiejętności przyjmowania przez autora postawy naukowej. Ossendowski był bowiem także wybitnym chemikiem, absolwentem wydziału matematyczno-przyrodniczego uniwersytetu w Petersburgu oraz paryskiej Sorbony, autorem licznych prac naukowych, m.in. na temat flory Pacyfiku, produkcji jodyny czy przemysłu węglowego, a także wykładowcą wyższych uczelni, np. politechniki w Omsku oraz mieszczących się w Warszawie Polskiej Wolnej Wszechnicy, Wyż- szej Szkoły Handlowej, Szkoły Sztabu Generalnego, Wyższej Szkoły Dziennikarskiej, a także Szkoły Nauk Politycznych.

Tak jak w książce „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów” przemierzamy z narratorem wody Jeniseju, mongolskie stepy i otaczające Urgię (czyli dzisiejszy Ułan Bator) góry, tak w „Leninie” prowadzi nas Ossendowski przez obszary skrajnej nędzy, zbrodni, przemocy i krzywdy fundowanej Rosjanom przez bolszewicką władzę. Podążamy za nim w ponury świat bezdomnych dzieci, gnieżdżących się na śmietnikach, żyjących z rabunku, kradzieży, i prostytucji, głodujących, chorujących na trąd, nosaciznę, syfilis i szkorbut. Ich liczba sięgała w Związku Sowieckim w latach dwudziestych ubiegłego wieku siedmiu milionów, z których zaledwie 80 tysięcy otoczono – skądinąd nieporadną i mocno niewystarczającą – opieką państwa. Te, które chorowały, po prostu rozstrzeliwano, zmuszając wcześniej do samodzielnego wykopania sobie rowów na zbiorowe mogiły.

Zemsta za „Lenina”

Ukazując nam najciemniejsze strony sowieckiej rzeczywistości, zestawia ją Ossendowski jednocześnie z głupotą i naiwnością ludzi Zachodu nabierających się na spreparowaną specjalnie na ich użytek mistyfikację i niemające związku z prawdą propagandowe hasła. „Angielscy i francuscy towarzysze z zachwytem przyglądali się jedynemu placowi i trzem czystym ulicom stolicy, odrestaurowanym domom na Twerskiej i Moście Kuźnieckim, ogołoconym sklepom o wystawach, przepełnionych zagranicznymi towarami, wspaniałemu Kremlowi i dekoracyjnym fabrykom, pokazywanym naiwnym gościom przez wygadanych komisarzy. Nie mogli ochłonąć ze zdumienia (…) we wspaniałych restauracjach zajadając kawior, nigdy niewidziane ryby, jarząbki i popijając szampanem”.

Książki Ossendowskiego tłumaczono na wiele języków, Zachód zaczytywał się nimi, ale rewelacje na temat sowieckiej rzeczywistości przyjmowano z niedowierzaniem – podobnie jak dwadzieścia lat później nie od razu dano wiarę doniesieniom Jana Karskiego o niemieckich obozach zagłady. Ossendowski ubolewał, że to, co w jego powieści miało charakter nieomal reportażu, przyjmowano na Zachodzie jako wymysły Polaka, który tradycyjnie, z racji swojej narodowości, musi być niechętny Rosji.

Zemstą za ów rzetelny rozrachunek z bolszewizmem było całkowite wykluczenie w PRL pisarza z obiegu czytelniczego. Jego książek nie tylko nie wznawiano, ale nawet te wydane w okresie międzywojennym przymusowo wycofano z bibliotek. Ofiarą cenzorskich zabiegów padły wszystkie utwory autora „Lenina” – także te całkowicie wolne od politycznych treści. Cenzura przeoczyła wszakże jedno miejsce, w którym nazwisko Ossendowskiego przetrwało: była nim obrazkowa książeczka Kornela Makuszyńskiego i Mariana Walentynowicza „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki”. W niej to tytułowa bohaterka i jej czarnoskóry towarzysz Goga-Goga, wędrując przez Afrykę, natykają się na przysypanego piaskiem podczas pustynnej burzy białego podróżnika, którym okazuje się być właśnie profesor Ossendowski.

Podobnie jak Jan Kucharzewski, autor wielotomowego dzieła o Rosji pt. „Od białego do czerwonego caratu”, także Ossendowski miał świadomość niezmienności mentalnej kondycji rosyjskiego narodu i uznawania przez każdego kolejnego tamtejszego dyktatora – wszystko jedno, czy nazwiemy go carem, pierwszym sekretarzem, czy prezydentem – zbrodni i terroru za uprawniony środek osiągania politycznych celów. I to właśnie ta oparta na szerokim doświadczeniu świadomość sprawia, że o ile pozostałe utwory pisarza czytać warto ku szlachetnej rozrywce, o tyle „Lenin” winien stać się lekturą obowiązkową każdego myślącego Polaka.

Wychowawca Kolumbów

Książki Ossendowskiego w oficjalnym obiegu wychynęły z literackiego niebytu dopiero po 1989r. (wcześniej zdarzały się jedynie bezdebitowe samizdaty). Nie oznacza to jednak przywrócenia pisarzowi należnego mu miejsca w panteonie polskich twórców. Ten wielki Polak, który w międzywojniu z własnych środków ufundował na warszawskich Powązkach pomnik Orląt Lwowskich (monument ten niestety nie przetrwał do naszych czasów), nie ma nawet w Warszawie ulicy swojego imienia! – bodaj jedynym w Polsce tego typu jego upamiętnieniem pozostaje skwer w podwarszawskim Milanówku. Ów wielki pisarz, który podobnie jak inni twórcy jego pokolenia, wychował swoimi dziełami pokolenie Kolumbów, doczekał się w 2005 r. – z trudem wywalczonej z lokatorami budynku –tablicy na murze domu, w którym przed i w czasie wojny mieszkał. Dom ten stoi na Ochocie, w dzielnicy, na terenie której – wbrew nazwie –położony jest też park Pole Mokotowskie. W parku tym zaaranżowano przed paru laty ścieżkę edukacyjną… Ryszarda Kapuścińskiego. To także polski podróżnik i pisarz, tyle że o mniejszym od Ossendowskiego dorobku i – w przeciwieństwie do autora „Lenina” – haniebnie zaangażowany w komunizm.

Może stało się tak dlatego, że ci, co nieśli w sobie wpojone lekturą książek Ossendowskiego wartości, polegli w Powstaniu Warszawskim lub innych walkach Polskiego Państwa Podziemnego albo zginęli męczeńską śmiercią w katowniach NKWD i UB. Śmiercią, której sam pisarz uniknął jedynie za sprawą wcześniejszego zgonu.

 

Magdalena Merta

Aktualizacja 28 maja 2014 (09:47)

Nasz Dziennik