logo
logo

Zdjęcie: R.Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Pomocnicy Putina i Merkel

Czwartek, 5 czerwca 2014 (06:11)

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Beata Falkowska

W Pańskiej najnowszej książce „Zatruwanie pamięci”, która stanowi wybór tekstów publikowanych w „Naszym Dzienniku”, opisuje Pan różne przykłady fałszowania historii i oczerniania Polaków. Na co Pan liczy, przypominając określony wybór swojej publicystyki?

– Książka jest dla każdego, kto szuka wiedzy i krytycznie myśli o niedawnej przeszłości. Nie ma w niej gotowych recept, co i jak robić, ale jest prostowanie spraw tragicznie zaplątanych, przykrytych stosami tandetnej dydaktyki, wynikającej ze złej woli i nieprawdopodobnej ignorancji.

Ten wybór pokazuje, że trzeba i można się bronić przed gołosłownymi, ale niezwykle głośnymi zarzutami, przed fałszem i obłudą przystrojoną w pseudonaukowe piórka. Pokazuje także, że „król jest nagi” – szermierze rzekomego postępu i oświecenia z bliska okazują się bardzo często poststalinowską ciemnotą, choć utytułowaną i instytucjonalnie mocno osadzoną w strukturach naszego państwa.

„Król”, czyli kto? Komu przede wszystkim i dlaczego zależy na fałszowaniu polskiej historii?

– To nie jest zjawisko jednowymiarowe. Określone grupy interesów, ale też siły polityczne, mają możliwości i cel prowadzenia takiej polityki historycznej, jaka jest dla nich przydatna. W dzisiejszym świecie doznajemy przeróżnych aktów agresji, nie tylko bezpośredniej, siłowej. Jest agresja polityczna, ideologiczna, jest też historyczna, w której historię, w oderwaniu od faktów i kontekstu, traktuje się jako inwektywę. Polega to na systematycznym obrażaniu, negowaniu tego, co dla nas ma szczególną wartość. Wypaczanie naszej historii polega z jednej strony na negowaniu tego, co jest oczywiste, z drugiej zaś na „produkowaniu” całkiem nowych rzeczy, niemających w ogóle miejsca, w myśl zasady: „niech się bronią”.

I udowadniają, że obozy koncentracyjne nie były „polskie”.

– Niemcy, mając przecież bardzo nieczyste sumienia, „uspokajają” je wynalazkiem, że winni wszystkiemu byli naziści, nie oni. W dokumentach konspiracyjnych, prasie, oświadczeniach itp. Polskiego Państwa Podziemnego nie ma jednak takiego określenia. Są przede wszystkim Niemcy, ale też Szwaby, Teutoni, Germanie… Walka toczyła się również na poziomie semantyki. Dziś, zastępując Niemców „nazistami”, można doprowadzić – jak się okazuje – do ich utożsamiania z Polakami, bo przecież obozy koncentracyjne były „w Polsce” (która na skutek wojny i okupacji przestała istnieć), były to wręcz „polskie obozy”. Podobną politykę fałszowania przeszłości mamy ze strony Rosji. Jak my o Katyniu, to oni o jeńcach sowieckich po 1920 r., jakby to było równoważne. Przypomnijmy: w Katyniu i innych miejscach Sowieci bestialsko, z premedytacją wymordowali polskich oficerów, polską inteligencję. Natomiast wysoka śmiertelność wśród jeńców sowieckich wynikała z ogólnych warunków panujących wówczas w wyniszczonej Europie. Głód, brak lekarstw, niedostateczna higiena i wreszcie straszliwa grypa hiszpanka, która uśmierciła miliony ludzi. To przecież nie to samo… My mówimy o ponownym zniewoleniu po 1944 r., oni o bezwarunkowym „wyzwoleniu”. Mamy też do czynienia z krajowymi „pomocnikami” w szerzeniu takich tez, zarówno proniemieckich, jak też prosowieckich i prorosyjskich. Widać, jak straszne spustoszenia dokonały się w Polsce na skutek utraty niepodległości w 1939 r. ze strony obu okupantów i ich polityki wytępienia naszych elit. Wreszcie etnocentryczna wizja historii, prezentowana przez niektóre środowiska żydowskie w świecie i w Polsce. Niepokojące jest to, że zjawisko antypolonizmu, odnoszącego się przede wszystkim do naszej historii, nasila się w ostatnich latach, dochodząc do granic absurdu. Polskie władze i polskie instytucje praktycznie nic z tym nie robią. Fakt, że jest wolność badań naukowych i wolność myśli, nie upoważnia jeszcze nikogo do głoszenia takich tez, jak np. że „Polacy są w jakiś sposób winni śmierci wszystkich trzech milionów Żydów”. Wiemy, że to nieprawda, ale taki przekaz idzie w świat i gruntuje mocne przekonanie, że jesteśmy narodem zawziętych antysemitów.

Jakie są skutki antypolskiej nagonki w sprawie Jedwabnego? Czy od wydanych w 2000 roku „Sąsiadów” udało się jakoś wyprostować obraz Polaków jako współsprawców holokaustu? A może przeciwnie?

– Skutki są dla nas opłakane. Jan Tomasz Gross został wielkim uczonym, ekspertem, choć przecież wykazał się niesłychaną ignorancją, ukrywaną pod butą i pewnością siebie. Obraz Polaków od tamtej kampanii dyfamacyjnej nie został wyprostowany, skądże. Raczej jest jeszcze gorzej, co kiedyś przecież trudno było sobie wyobrazić. A przypomnijmy, nawet śledztwo, prowadzone pospiesznie przez IPN, nie pozwoliło na takie przekonanie, że to my jako społeczność jesteśmy winni. Zostało umorzone, sprawców nie znaleziono, wszelkie dowody, jakie wyszły na jaw (lub zaczęły wychodzić), przeczyły całkowicie tezom Grossa. Ale on nic w swej publicystyce mimo to nie zmienił. Jego klakierzy też nie.

A co z prawdą o tym i innych wydarzeniach, jak Koniuchy i Naliboki, które stały się głośne po akcji z Jedwabnem? Czy nagłośnienie tych spraw przyczyniło się do wzrostu naszej wiedzy historycznej?

– Te sprawy instytucje polskiego państwa pozamiatały pod dywan. Wystarczy porównać kampanię propagandową, prowadzoną przez lata w Polsce i na świecie przez instytucje polskie i polityków, uczonych, publicystów z Polski (kosztem olbrzymich nakładów), dotyczącą Jedwabnego, z kompletną ciszą na temat tych wydarzeń, gdzie dysponujemy praktycznie pełną dokumentacją popełnionych zbrodni na Polakach (są to źródła wielostronne, nie tylko polskie), mamy nawet częściowe imienne listy zbrodniarzy. I nic.

Jak podsumowałby Pan naukowe ustalenia na temat stosunku Polaków do Żydów i holokaustu w czasie II wojny światowej?

– Tego się nie da podsumować. Ustalenia, o jakich mówimy, zmieniają się, mimo upływu lat następuje częściowa albo całościowa weryfikacja (choćby dotycząca liczby zamordowanych w obozach). Regres dotyczy sprawy najważniejszej. O ile przez blisko 30 lat powojennych mieliśmy jednak bazowanie na twardych faktach, o tyle dziś coraz częściej podstawą nowych ustaleń są np. „wrażenia” i „odczucia”. Czyli nie jest ważne, jak było, tylko jak się komuś obecnie wydaje. To już nie jest nauka, to toporna ideologia i prostacka propaganda.

Proces zdejmowania odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie z Niemców i przenoszenie jej na ich ofiary to realizowany metodycznie plan. Na stronach „Zatruwania pamięci” pokazuje Pan m.in. mechanizmy dzielenia ofiar na lepsze i gorsze.

– Potwornie kłamliwy serial „Nasze matki, nasi ojcowie” robi furorę na świecie. A my pokazujemy to w publicznej telewizji i jeszcze za to płacimy! Dziś walka musi się toczyć nawet o to, że obozy zagłady i koncentracyjne nie były polskie, nie jakieś „nazistowskie”, lecz w pełni niemieckie, i to Niemcy je zakładali i jakże precyzyjnie, metodycznie uśmiercali w nich miliony ludzi. Trzeba to stale, systematycznie i coraz głośniej przypominać, bo może się już niedługo okazać, że Niemcy byli wyłącznie ofiarami. Tak jest np. ze sprawą powojennych wysiedleń – to ich interesuje, zaś to, co było ich przyczyną, już nie…

Jakie grupy Polaków są szczególnie mocno oczerniane i dlaczego? Dyżurnym chłopcem do bicia są środowiska katolickie, NSZ. Zmowa kłamstwa i milczenia wokół NSZ trwa, choć przełamują ją np. różne grupy młodych ludzi odwołujących się do tej tradycji.

– Wszystko zależy od tego, kto oczernia i jaki ma cel. Ogólnie w świecie całe Polskie Państwo Pod- ziemne było antysemickie, bo nie uratowało Żydów. To, że Polaków też nie mogło uratować, nie ma żadnego znaczenia. Historia II wojny i okupacji staje się płaska, ma tylko jeden aspekt.

NSZ są przedmiotem fałszywej propagandy, ale praktycznie tylko w kraju. Za granicą nie ma takiego różnicowania, zasadniczo to Polacy, a nie poszczególne organizacje, są wszystkiego winni. W Polsce też pamiętamy histerię rozpętaną przez „Gazetę Wyborczą” przed 50. rocznicą Powstania Warszawskiego. Narodziła się wówczas wizja, że „AK i NSZ wytłukły mnóstwo niedobitków z getta”. Choć praktycznie wszystkie twierdzenia tej gazety zostały obalone, „dyskusja” przeniosła się za granicę i tamte publikacje są dowodem, że… Polacy rozliczają się ze swą historią. Pamiętajmy o tym, że „Wyborcza” ze swych twierdzeń się nie wycofała, choć została przyłapana na gorącym uczynku: posługiwano się fałszowaniem cytatów dokumentów, a nawet publikacji książkowych, co bardzo łatwo można sprawdzić!

Co przede wszystkim zostało zaniedbane w obszarze pamięci historycznej przez kolejne polskie rządy?

– Tak naprawdę chyba wszystko. Powinniśmy od razu po 1989 roku rozpocząć od badań podstawowych i rzetelnych publikacji, w tym – co bardzo ważne – źródłowych. Pojawiło się jednak bardzo dużo publicystyki, wspomnień itp., natomiast zabrakło badań historii na poziomie lokalnym, gdzie jeszcze można było dość łatwo ustalić elementarne fakty, żyli przecież dość liczni świadkowie. To i tak trzeba zrobić, choć będzie coraz trudniej. Do III RP bardzo łagodnie przeniesiono instytucje i komunistyczną kadrę „naukową”, która broni swych pozycji, a także swego rzekomego dorobku z okresu Polski Ludowej. Nauka nie została przecież w ogóle zdekomunizowana.

Opisuje Pan absurdalne programy antydyskryminacyjne finansowane przez MEN. Śledzi Pan treści podręczników do historii?

– Nie jestem w stanie na bieżąco śledzić podręczników szkolnych, choć to powinno być robione systematycznie. Za każdym razem, gdy taki podręcznik otwieram, to wiem, że „strach się bać”. Zamiast rzetelnej wiedzy mamy tam bardzo dużo prostackich ocen, ideologii, czyli kontynuowana jest polityka „po linii i na bazie” (jak za komuny), tyle że na nieco wyższym poziomie.

Czy ktoś z aparatu propagandowego Polski Ludowej (oczywiście mowa o „utytułowanych” towarzyszach i towarzyszkach) stracił prawo wykonywania zawodu za wieloletnie publiczne kłamstwa? Nawet „uczeni” z różnego rodzaju „instytutów naukowych” i partyjnych uczelni zostali uwłaszczeni w III RP. Tadeusz Mazowiecki zrównał ich stopnie i tytuły naukowe z tymi, które uzyskiwane były na w miarę normalnych uczelniach. Czyli cała hałastra od badania „ruchu robotniczego”, „podstaw marksizmu-leninizmu”, a także od opisywania „okresu walki o ustanowienie i utrwalenie władzy ludowej” nadal komunizuje polską młodzież.

Gdy patrzy Pan w przyszłość, przeważa nadzieja czy raczej pesymizm co do świadomości historycznej Polaków, młodych pokoleń?

– Zawsze jest nadzieja, ona jest silniejsza. Mamy w sobie dość siły do odrodzenia. Młode pokolenie oddolnie, niezmuszane, szuka ideałów, tożsamości, rodzi się poczucie dumy z przynależności narodowej i odnoszenie się do historii najnowszej tam, gdzie było bohaterstwo i patriotyczne postawy. To w gruncie rzeczy klęska całej polityki historycznej Polski Ludowej i następnego ćwierćwiecza, gdzie realizowano prawie to samo, tyle że już łagodniej, z oczywistych względów. Pierwsza dekada Polski Ludowej to było zabijanie przeciwników, odzieranie ich z godności, zohydzanie. Później zabijanie nie było już potrzebne, więc zabijano prawdę o nich. Minęły lata i obecnie bardzo często dzieci lub bliscy krewni tamtych orędowników „postępu” i „jasnogrodu” bronią ich życiorysów, ich wyborów – że oni jakoby musieli tak robić i de facto kontynuują ich zakłamane dzieło.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik