logo
logo

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

Od Radia Wolna Europa do Radia Maryja

Czwartek, 6 września 2012 (06:10)

Trudno pisać o kimś, kto niespodziewanie odszedł, kogo się znało, a zwłaszcza o kimś, kto tak wiele dokonał, stworzył, napisał.


Pierwszy raz o profesorze Józefie Szaniawskim usłyszałem pod koniec lat 80., kiedy sprawa jego uwięzienia za kontakty z Radiem Wolna Europa stała się na tyle głośna, że nawet komunistyczna cenzura nie mogła zablokować informacji o represjach.

Osobiście poznałem go kilka lat później, już po 1990 roku. Mijaliśmy się na korytarzach powstających wtedy czasopism prawicowych, spotykaliśmy się podczas spotkań publicznych, w czasie kolegiów redakcyjnych. Ja dopiero rozpoczynałem pracę dziennikarza, a on był osobą znaną, z więzienną kartą.

Zawsze zabiegany, jednak służył radą, komentarzem, wskazówkami, pomocą młodszym adeptom dziennikarstwa. Nawet zdawkowa uwaga osoby dobrze znającej aparat represji PRL nabierała innego znaczenia. Zwykło się o nim mówić, że był "ostatnim więźniem politycznym PRL", wyrok zasądzony przez komunistyczny sąd odsiadywał do końca 1989 roku.

Jednak prawda jest trochę inna. Szaniawski siedział w więzieniu w czasie rozmów Okrągłego Stołu, podczas wyborów 4 czerwca 1989 r., w trakcie pierwszych posiedzeń Sejmu kontraktowego, w którym znalazła się przecież pokaźna ekipa opozycji solidarnościowej.

Był uwięziony także w chwili tworzenia rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego i jego pierwszych decyzji, również tej o strategii grubej kreski wobec komunistów.

Późniejsze zaangażowanie Józefa Szaniawskiego świadczy o tym, że nie była to przypadkowa decyzja. Władze świadomie chciały jak najdłużej przetrzymać go w więzieniu, a ówczesna opozycja nie protestowała. To był prawdziwy skandal i jeden z wielu politycznych grzechów pierwszego solidarnościowego rządu.

Jego zwolnienie nie leżało w sferze zainteresowań tej ekipy, pozostawiono go samemu sobie. Dopiero oddolna, społeczna akcja nacisku organizowana jesienią 1989 r. przez dziennikarzy, twórców kultury, działaczy podziemia doprowadziła do uwolnienia Józefa Szaniawskiego.

Przez kilka miesięcy trwania rządu Mazowieckiego osobiście odczuł, czym naprawdę jest gruba kreska. Dlatego nie miał żadnych złudzeń co do istoty zachodzących przemian. Zdawał sobie sprawę, że komuniści zachowali potężne wpływy w rządzie, administracji, wojsku, gospodarce.

Był bezkompromisowym antykomunistą; być może nawet jedną z pierwszych osób, która na początku lat 90. mówiła i pisała o PRL-bis. Był bezkompromisowy w obnażaniu iluzji odnowienia życia publicznego, tajemniczych powiązań nowej ekipy z komunistycznymi instytucjami, braku weryfikacji dawnych służb i praktycznym przemalowaniu szyldu Służby Bezpieczeństwa.

W ciągu wielu lat pracy w dziennikarstwie posiadł potężną wiedzę o mechanizmach i kulisach władzy, znał wiele osób, miał kontakty w różnych środowiskach. Po likwidacji cenzury swoją wiedzę wykorzystał do budowy naprawdę niepodległego państwa, wolnego od komunistycznych powiązań i zaszłości.

Ma rację ojciec Tadeusz Rydzyk, kiedy wspominając postać Józefa Szaniawskiego, mówi: "Bardzo odważnie pisał, w ten sposób narażał się wielu siłom". To właśnie on na początku lat 90. na łamach "Tygodnika Centrum", krakowskiego "Czasu", "Nowego Świata", "Gazety Polskiej" poruszał tematy niewygodne dla byłych władców PRL, ale także dla pierwszych rządów solidarnościowych.

Mówił i pisał o sprawach, o których nikt nie chciał pisać, zaś ministrowie z nadania opozycji solidarnościowej chcieli ukryć. Wyspecjalizował się w tematyce dotyczącej bezpieczeństwa narodowego. Wskazywał na podstawowe błędy i zaniechania, które zemszczą się na następnych pokoleniach. Krytykował rządy Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, Hanny Suchockiej za brak lustracji i dekomunizacji. Nie mógł zrozumieć odgórnej decyzji o zakonserwowaniu komunistycznego betonu w armii.

Jego artykuły z tamtego okresu są nadal aktualne. Można rzec, że Szaniawski był prekursorem tak modnego obecnie dziennikarstwa śledczego. Poruszał tematy tabu, jak wpływy KGB w Polsce, publikował nazwiska osób podejrzanych o współpracę z sowieckimi służbami, pokazywał niegospodarność w wojsku, piętnował brak zmian w WSI, ujawniał afery w komunistycznych i nowych służbach specjalnych. W artykule "Skandal!" tak opisał reakcję władz (wtedy rządu J.K. Bieleckiego) na doniesienia dziennika "Washington Post" na temat obecności siatki KGB w Polsce: "Tymczasem MSW nie podjęło NIGDY - o ile mi wiadomo - żadnych działań operacyjnych przeciwko agentom KGB w Polsce. Gorzej - okazuje się, iż zaczęto tropić... obu dziennikarzy amerykańskich! UOP zajął się nimi jak najbardziej serio, "sprawdzając" autorów artykułu o KGB w Polsce" ("Tygodnik Centrum", nr 9/1991).


Na celowniku WSI

W odpowiedzi spotykał się z manifestowaną agresją medialną swoich niedawnych komunistycznych prześladowców i oficjalną obojętnością rządzących. Jednak nawet ta obojętność instytucji rządowych była tylko na pokaz. Wyszło to na jaw, kiedy komisja weryfikacyjna ds. WSI odkryła w 2006 r. akta dotyczące inwigilacji w III RP dziennikarzy, twórców, polityków. Jedną z osób poszkodowanych był także Józef Szaniawski. Znalazło to wyraz w raporcie szefa komisji Antoniego Macierewicza.

Odnalezione dokumenty wskazują, że Wojskowe Służby Informacyjne podjęły działania przeciwko Szaniawskiemu. Na celowniku WSI znalazł się m.in. za artykuł pt. "Telepatia w wojskowej dyplomacji" opublikowany w "Nowym Świecie" 24 kwietnia 1992 roku.

WSI podjęły operację pod kryptonimem "Wydawca". W notatce z 20 sierpnia 1992 r. funkcjonariusz WSI wskazał (mylnie podając imię), że "wiodącym autorem tekstów o WSI" jest Józef Szaniawski. "Analiza treści informacji i styl ich redagowania wskazuje niejako na to, że niejako propagandowym konsultantem tekstów jest Jerzy [tzn. Józef - przyp. autora] Szaniawski, a źródłem informacji są osoby lub osoba uplasowana w WSI, była do niedawna w WSI, która zna z autopsji dane wewnętrzne o WSI i przekazuje je bezpośrednio lub pośrednio autorom bądź redakcji" - napisał w notatce żołnierz.

Ale prokuratura wojskowa nie wszczęła śledztwa przeciwko autorom tej inwigilacji. Funkcjonariuszem realizującym te działania był płk Ryszard Lonca, ten sam, który - jak ujawnił kilka tygodni temu "Nasz Dziennik" - w okresie rządów Platformy Obywatelskiej był ekspertem i autorem opracowań dla biuletynu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

W kolejnych latach Szaniawski konsekwentnie dążył do rehabilitacji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Tej sprawie poświęcił kilka lat pracy, napisał dziesiątki artykułów, książki. Sposób traktowania Kuklińskiego przez władze uważał za wymierny wskaźnik polskiej niepodległości. Wiele razy dawał wyraz swojej dezaprobaty dla oficjalnego stanowiska władz. W ostatnim czasie kultywował pamięć ofiar tragedii z 10 kwietnia 2010 r., miał wyrobioną opinię na temat jej przyczyn. Wynikała z osobistego doświadczenia i wiedzy na temat charakteru Rosji.

Swoistym znakiem naszych czasów jest fakt, że dziennikarz, który w czasach PRL zaczął szukać informacji bez cenzury i swoją życiową przygodę z wolnym słowem rozpoczął od Radia Wolna Europa, zakończył współpracą z Radiem Maryja. Podobnie jak w PRL miał dość kłamstw i obłudy oficjalnej propagandy.


Autor był członkiem komisji weryfikacyjnej ds. WSI. Do grudnia 2007 r. pełnił funkcję szefa Zarzadu Studiów i Analiz Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Po objęciu urzędu prezydenta RP przez Bronisława Komorowskiego został wyrzucony z Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

 

Piotr Bączek

Nasz Dziennik