logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

To tylko decyzja polityczna

Środa, 6 kwietnia 2016 (05:18)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W przyszłym roku Amerykanie w Europie Wschodniej, w ramach rotacji wojsk w tym regionie rozmieszczą brygadę pancerną. Czy to początek wzmacniania wschodniej flanki NATO, czy może na tym się skończy?

– Rozmieszczenie brygady pancernej to zasadniczo głównie element propagandowy. Proszę zwrócić uwagę, iż wspomniana brygada ma być rozmieszczona w krajach bałtyckich, Polsce, Rumunii i Bułgarii oraz ma ona przebywać w tej części Europy rotacyjnie. To oznacza, iż w Polsce maksymalnie będą to dwa bataliony, czyli ok. 1000 żołnierzy. Nie ma tu mowy o magazynach z uzbrojeniem dla jednej brygady, o czym ostatnio było głośno w mediach.

Co to oznacza?

– To oznacza, iż Amerykanie nie będą stale przebywać w tej części Europy, natomiast będą tu stale odbywać ćwiczenia.

Czy brygada pancerna wystarczy, aby obronić państwa bałtyckie przed inwazją?

– Aby realnie myśleć o istotnym wsparciu naszych sił zbrojnych, to trzeba mówić o rozmieszczeniu przynajmniej dwóch dywizji oraz nowoczesnych systemów przeciwrakietowych. Mniejsze siły nie odegrają jakiejkolwiek roli w sytuacji ewentualnego konfliktu kontynentalnego.

W przeciwieństwie do Niemiec czy Włoch brygada pancerna wschodniej flanki NATO ma być rozdzielona na kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Czy to nie osłabia działań takiej formacji?

– Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, jak można dowodzić brygadą, gdzie jedne pododdziały będą w Rydze, a inne np. w Warnie. Jeżeli rozmieszczono by brygadę tylko w krajach bałtyckich czy też tylko w Polsce, to dopiero wówczas można mówić o sensie takiej operacji.

Czy takie siły mogą stawić czoła ofensywie rosyjskiej?

– Jeżeli w Polsce mamy teraz 13 podobnych brygad i mówi się o realnej koncentracji obrony tylko na części terytorium naszego kraju, to dwa dodatkowe bataliony wojsk amerykańskich nic tu tak naprawdę nie znaczą poza zawiązaniem walk Rosjan z siłami amerykańskimi. Oczywiście o ile Waszyngton nie będzie kazał się im wcześniej wycofać lub powrócić do Stanów Zjednoczonych w ramach rotacji.

Ile batalionów może trafić do Polski? Inaczej mówiąc, jak na tym możemy skorzystać?

– Jak już powiedziałem, dwa bojowe i zaplecze logistyczne. Natomiast korzyść tego posunięcia z punktu widzenia bojowego jest znikoma, a bardziej polityczna. Kwestie zgrywania bojowego i adaptacji procedur walki ćwiczymy z Amerykanami od lat i tu nic się nie zmienia. 

Czy w świetle tego, co zostało powiedziane wcześniej, z chwilą powstania tych baz rzeczywiście możemy się czuć bardziej bezpieczni?

– To nie będą bazy wojskowe, ale punkty do przebywania rotacyjnego. Jeżeli już mówimy o bazach, to będą to bazy polskie adaptowane na potrzeby armii Stanów Zjednoczonych. Co do poczucia bezpieczeństwa, to będzie ono bardziej medialne niż rzeczywiste, ale chyba nie o to tu chodzi. 

Rosja zapowiedziała, że nie pozostanie głucha na działania Amerykanów. Z czym możemy się liczyć?

– Przede wszystkim możemy się spodziewać pogłębiania rozwijania rosyjskiej infrastruktury wojskowej na Białorusi i w Kaliningradzie. Problem tylko w tym, iż kontrposunięcie rosyjskie będzie dużo większe i obecność Amerykanów nie zniweluje tej skali.

Tak czy inaczej, czy nie jest to tylko balon próbny, którym ustępująca administracja Białego Domu chce sprawdzić reakcję Rosji, a w sytuacji ostrego sprzeciwu kolejny prezydent Stanów Zjednoczonych będzie się mógł rakiem wycofać z deklaracji swego poprzednika?

– Trzeba pamiętać, iż rotację można w każdej chwili wstrzymać. To tylko decyzja polityczna.  My sami powinniśmy stworzyć u siebie dodatkowo dwie, trzy nowe brygady operacyjne i powszechną obronę terytorialną. Korzyść będzie kilkakrotnie większa i co istotne – będą to wojska tylko w naszej dyspozycji. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że przecież oddziały amerykańskie do pewnego stopnia będziemy sami utrzymywać i ponosić wszelkie koszty logistyczne itp. Trzeba postawić na swoją armię i nie błagać sojuszników o pomoc wojskową.

W Dikili w zachodniej Turcji kilkaset osób demonstrowało w sobotę przeciwko planowanemu przyjęciu tam migrantów, którzy nielegalnie przedostali się z tureckiego wybrzeża na greckie wyspy. Czyżby plan polityków unijnych dotyczący rozwiązania problemu migracyjnego legł w gruzach?

– To porozumienie między Unią a Turcją było wymogiem chwili i jest tylko czasowe, o czym zresztą wspominałem podczas wcześniejszych naszych rozmów. 72 tysiące uchodźców, o których mowa, to średnio miesięczny poziom migracji w 2015 r. Od maja wszystko wróci do normalności – czyli tysiące migrantów znów będzie nielegalnie przekraczało granicę Unii Europejskiej.

Minister obrony Austrii Hans Peter Doskozil w wywiadzie dla dziennika „Die Welt” zapowiedział, że jego kraj zaostrzy kontrole swojej granicy, ponieważ granice zewnętrzne Unii Europejskiej nadal nie są skutecznie strzeżone. Co Pan sądzi o jego propozycji, aby do ochrony zewnętrznej granicy UE wykorzystać wojsko?

– Przede wszystkim należy pamiętać, że armia służy do obrony kraju i zapewniania bezpieczeństwa obywatelom danego kraju. Dzisiaj wojna nie ma charakteru tylko militarnego. Destabilizacja państw przez niekontrolowaną migrację to także forma zagrożenia. I wojsko jest tu niezbędne. Jestem ciekaw, ile ćwiczeń na tę okoliczność przeprowadziło Wojsko Polskie i jakie procedury przy tym stosowano.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl