Obchodzimy 72. rocznicę Powstania Warszawskiego. Mimo upływu lat ciągle trwa spór o sens rozpoczęcia walki. Dlaczego?
– Każde wydarzenie historyczne można krytykować, Powstanie nie jest więc czymś wyjątkowym. Uważam, że szczegółowa analiza historyczna obala wszelką krytykę omawianego przez nas wydarzenia. Przede wszystkim nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wybuch Powstania był nie do uniknięcia. Młodzież, która była nastawiona patriotycznie, a my dzisiaj nawet nie jesteśmy w stanie sobie tego patriotyzmu uświadomić, nie mogła pogodzić się z tym, że jeszcze do niedawna niepodległa Polska miałaby się zamienić w kraj zależny od Moskwy. Sama myśl o tym wydawała się nie do zniesienia, więc robiono wszystko, żeby uratować kraj od „czerwonej zarazy”. Liczono przy tym na dyplomację. Zakładano, że alianci drugi raz nas nie zdradzą i postawią opór Stalinowi, a przez to uratujemy niepodległość. Nie wiedziano wtedy nic o tym, że podczas Konferencji w Teheranie w 1943 r. zostaliśmy sprzedani. Następnie ze wschodu ciągnęły pociągi z pobitymi żołnierzami Wermachtu. Wydawało się więc, że III Rzesza upada, a szanse powstańców są duże. Liczono też na uderzenie Armii Czerwonej, która sama wzywała do zbrojnego wystąpienia. Przesłanek, które dawały szansę na pozytywne rozstrzygnięcie Powstania, było wiele. Ludzie w lecie 1944 r. naprawdę mieli podstawy do tego, żeby wierzyć w sukces Powstania.
Współcześnie wiele osób patrzy na Powstanie przez pryzmat jego skutków, jak zniszczona Warszawa czy śmierć 200 tys. cywilów.
– Pamiętajmy, że do Warszawy zbliżała się Armia Czerwona. Miasto to przecięte Wisłą dawało szansę Niemcom na długą obronę. Warszawa ze swoją zabudową mogłaby być drugim Stalingradem. Gdy zarzuca się powstańcom, że doprowadzili do zniszczenia Warszawy, zapomina się, że miasto to miało służyć za punkt długotrwałego oporu niemieckiego przed Sowietami. Z tego faktu trzeba zdawać sobie sprawę, a muszą o nim pamiętać te osoby, które zbyt pochopnie krytykują powstańców. Następna kwestia to śmierć tysięcy ludzi. Samych powstańców zginęło około 16 tys. osób. Ginęły także osoby cywilne, o czym pan wspomniał. Tylko obarczanie powstańców winą za ich śmierć jest niesprawiedliwością. Zarzut ten należy stawiać zbrodniarzom niemieckim, którzy mordowali na masową skalę ludność cywilną. To oni odpowiadają za to, co się stało. Oni też z reguły nigdy nie ponieśli odpowiedzialności za to, co zrobili, a najlepszym przykładem tego jest Heinrich Reinefarth. Człowiek ten doprowadził do śmierci 50 tys. mieszkańców Woli. Następnie spokojnie dożywał żywota na generalskiej emeryturze, pełniąc funkcję burmistrza Westerland w Szlezwiku-Holsztynie. Dlatego też nie można obarczać powstańców winą za śmierć cywilów, bo ich krew jest na niemieckich rękach.
Były jednak osoby, które stanowczo sprzeciwiały się wybuchowi Powstania. Takie stanowisko miał m.in. gen. Władysław Anders.
– W przypadku tak istotnego wydarzenia jak wybuch Powstania rozważano wszelkie opcje i każda była traktowana jak najbardziej poważnie. Rozmowy prowadził zarówno rząd polski na uchodźstwie, jak i Komenda Główna AK. Z drugiej strony jestem gotów wyrazić tezę, że nawet gdyby decyzja o wybuchu Powstania nie zapadła, to ci młodzi ludzie i tak by poszli do walki. Niemcy dokonali szeregu posunięć, które nie pozostawiały wyboru. Chciano dokonać branki przypominającą tę znaną z Powstania Styczniowego. Heinrich Himmler wydał rozkaz o zaangażowaniu nawet 200 tys. osób w budowę fortyfikacji. Polacy nakaz ten powszechnie zbojkotowali. Kwestią czasu było to, kiedy Niemcy zaczną zmuszać do prac. Myślę więc, że Powstanie wybuchłoby spontanicznie, nawet gdyby nikt nie wydał rozkazu do uderzenia.
Później przyszły lata komunizmu i o Powstaniu nie można było mówić głośno. Dlaczego obawiano się legendy bohaterów sierpnia 1944?
– Wokół Powstania pojawiały się pytania niewygodne dla władzy. Na przykład dlaczego Powstanie trwało tak długo i upadło? Czy tyle osób musiało zginąć? Od kogo powstańcy otrzymali wsparcie? Zbrodnie niemieckie nie tłumaczą wszystkiego. Pamiętajmy, że Armia Czerwona celowo została wstrzymana i czekała, kiedy Niemcy rozprawią się z Powstaniem. Ten fakt był problemem dla władz komunistycznych PRL. Musimy pamiętać, że poszczególne rządy PRL prowadziły „propagandę historyczną”, której w żaden sposób nie należy łączyć ze znaną ze współczesności „polityką historyczną”. Propaganda zakładała, że wojsko polskie było podzielone na te słuszne oddziały walczące u boku Armii Czerwonej i były te, które odrzucały przyjaźń Sowietów. Te np. walczyły pod Monte Cassino, Tobrukiem czy Narwikiem. W Polsce taką armią była AK. Aby oddać sprawiedliwość muszę wspomnieć, że od lat 60. akcenty propagandowe tonowano, starano się mówić, że polscy żołnierze byli bohaterscy wszędzie – i pod Monte Cassino, i pod Tobrukiem – ale ich dowódcy błędnie wykorzystywali ich potencjał, często marnując ich ofiarę. W latach 70. powstawało już całkiem sporo filmów dokumentalnych o Powstaniu, więc milczenie o wydarzeniach z sierpnia 44 roku nie było traktowane jako dogmat komunizmu. Oczywiście produkcje te powstawały pod z góry określoną tezę.
W Powstaniu udział brała też w niewielkim stopniu Armia Ludowa. Mieliśmy do czynienia z zawłaszczaniem historii, w której sukcesy Powstania przypisywano żołnierzom AL?
– Tak, można mówić o zawłaszczaniu. Sugerowano, że polskie podziemie tworzyły dwa wielkie bloki militarne – Armia Krajowa i Armia Ludowa. Zgodnie z prawdą nie ukrywano, że AK tworzyło od 300 do 350 tys. zaprzysiężonych żołnierzy, ale kłamano w liczebności AL. Twierdzono, że ta organizacja wojskowa liczyła sobie od 50 do 150 tys. żołnierzy. To było totalną bzdurą! Samo 50 tys. żołnierzy, to jest już liczba z sufitu. Potyczki AL z okupantem pompowano do ogromnych rozmiarów. Propagandowo były one odpowiednio wykorzystywane. Ale rzeczywiście około 500 żołnierzy AL walczyło w Powstaniu, mimo że ich władze wojskowe i polityczne patrzyły na to nieprzychylnym okiem. Ale u tych młodych chłopaków górę nad politycznymi kalkulacjami brał patriotyzm.

