Panie Pośle, czemu ma służyć ten chaos, którego w piątek byliśmy świadkami w Sejmie i pod Sejmem?
– Po pierwsze zacząłbym od tego, że obrady Sejmu w Sali Kolumnowej nie jest to żaden precedens, jak to próbuje wmawiać Polakom tzw. totalna opozycja, ale taka sytuacja miała już miejsce kilka lat temu, kiedy w wakacje sejmowe wystąpiła powódź w kraju i zaistniała konieczność natychmiastowego zwołania posiedzenia Sejmu, aby dokonać zmian w ustawie, co umożliwiłoby uruchomienie środków budżetowych. I wówczas cały Sejm obradował na Sali Kolumnowej, brałem w tym udział, więc wiem, o czym mówię. Odbywały się głosowania bez urządzeń elektronicznych do liczenia głosów i nikomu nie przyszło do głowy, żeby kwestionować ważność podjętych decyzji. Niech zatem opozycja totalna nie opowiada, że w piątek na skutek niemożności przeprowadzenia głosowań na sali plenarnej, gdzie Platforma z Nowoczesną blokowały mównicę, co spowodowało konieczność przeniesienia obrad do Sali Kolumnowej, tym samym złamano dobre obyczaje, a co za tym idzie, że konieczna będzie reasumpcja głosowań. To jakieś nieporozumienie.
Czy takie zachowania tzw. opozycji totalnej można w jakikolwiek sposób tłumaczyć?
– Posłowie mają obowiązek brać udział w pracach Sejmu, natomiast skandalem jest, jeśli z jakichś nieuzasadnionych powodów zrywają pracę, mając za nic swoich wyborców. Taką pracą były piątkowe głosowania, co tu dużo mówić – najważniejszej ustawy mianowicie ustawy budżetowej na 2017 r. Tymczasem posłowie tzw. opozycji totalnej doszli do wniosku, że urządzą sobie i Polakom igrzyska, i ten plan realizują. To niestety musi smucić i niepokoić.
Co jest powodem takiego zachowania?
– Obok ustawy budżetowej była też głosowana ustawa dezubekizacyjna ograniczająca wysokość esbeckich emerytur i rent i działania podjęte przez Platformę i Nowoczesną zmierzały do storpedowania przyjęcia przez Sejm tej ustawy. Widać autorzy tego całego zamieszania, a w mojej ocenie, była to akcja wcześniej zaplanowana, bo doszli do wniosku, że trzeba zrobić wszystko, aby nie dopuścić do uchwalenia tej ustawy, która po wielu latach w końcu przywraca sprawiedliwość społeczną. Natomiast posłowie PiS, mając poczucie odpowiedzialności, znaleźli sposób i nie ulegając naciskom – nie zawaham się użyć określenia – terrorystów politycznych, i w Sali Kolumnowej odbyły się głosowania. Oburzające jest dla mnie to, że jedna ze stacji komercyjnych, bodajże TVN24, o której się mówi „telewizja śniadaniowa”, „żywieniowa” czy jakkolwiek ją zwał, próbuje kwestionować demokratyczny wybór Polaków i manipuluje faktami. Nieprawdą bowiem jest, że posłowie Platformy czy Nowoczesnej nie mogli wejść na Salę Kolumnową i brać udziału w głosowaniach. Z informacji, jakie posiadam, a dodam, że są to pewne informacje, wiem, że były przygotowane dla nich miejsca siedzące, wystarczyło odrobinę dobrej woli, by wejść i spełnić swój obowiązek. Nieprawdą jest również to, że jakoby Straż Marszałkowska czy posłowie PiS stali w drzwiach i nie chcieli ich wpuścić na salę. Faktem natomiast jest to, że Straż Marszałkowska nie wpuszczała na salę nikogo oprócz posłów z uwagi na jej wielkość. I tylko dlatego media ze sprzętem nie mogły tam wejść. To jest jedyny powód. Natomiast to, w jaki sposób wydarzenia z sobotniego wieczoru i z nocy relacjonowały prywatne, zagraniczne media w Polsce, był skrajnie nieobiektywny.
No dobrze, ale nie byłoby skutku bez przyczyny. Czy mimo wszystko marszałek Kuchciński nie przesadził z restrykcjami wobec dziennikarzy, bo przecież to dało pretekst opozycji do wszczynania protestów?
– Nikt nie może marszałkowi Markowi Kuchcińskiemu, czy w ogóle PiS, zarzucić, że ograniczają dostęp dziennikarzy do Sejmu. Dziennikarze akredytowani w Sejmie RP może w mniejszej liczbie niż ma to miejsce obecnie, ale z całą pewnością przedstawiciele wszystkich mediów będą mieć w pełni zagwarantowany dostęp do głównego gmachu Sejmu (budynku C) i miejsc, gdzie są posłowie, co więcej – mają się poprawić warunki pracy przedstawicieli mediów. Dzisiaj – tak na dobrą sprawę – dziennikarze nie mają nawet odpowiedniego miejsca, gdzie spokojnie mogliby wypić kawę czy się posilić. Jeśli obrady Sejmu trwają od godz. 9.00 do dajmy na to godz. 23.00, a czasem nawet dłużej, to możemy sobie zdać sprawę, jak trudna i wyczerpująca jest praca dziennikarzy, dlatego potrzebne jest odpowiednie zaplecze, żeby tę ich pracę ułatwić. Tak czy inaczej dobra wola jest potrzebna z obu stron.
Pan ma pewne doświadczenie, był Pan posłem w polskim Sejmie, teraz jest Pan posłem do Parlamentu Europejskiego. Jaka jest Pana ocena sposobu pracy dziennikarzy w Polsce i w Parlamencie Europejskim?
– Jeśli chodzi o komfort pracy dziennikarzy, to muszę stwierdzić, że z tego, co pamiętam, a byłem posłem na Sejm RP od 2005 do 2014 r., to korzystniejsze były warunki pracy dziennikarzy w polskim parlamencie. Pamiętam, jak na początku mojej pracy parlamentarnej byłem zszokowany, kiedy widziałem biegających dziennikarzy po hotelu sejmowym i to zarówno rano, w dzień czy w nocy. Później ten dostęp został ograniczony. Natomiast do dnia dzisiejszego mieli wyznaczone miejsca, gdzie ustawione były kamery, które pozostawały na noc. Warunki były zatem dobre, ale z całą pewnością nie komfortowe. Jeśli zaś chodzi o Parlament Europejski w Brukseli, to dziennikarze są praktycznie zgromadzeni na jednej kondygnacji, gdzie oczekują na umówionych wcześniej parlamentarzystów. Są również do dyspozycji studia radiowe czy telewizyjne, z których akredytowani dziennikarze mogą korzystać w swojej pracy w Parlamencie Europejskim. Jest to zatem część trzeciego piętra i powiem uczciwie, że na innych piętrach dziennikarzy nie widzę. Jeśli zaś chodzi o Strasburg, to dziennikarze mają do dyspozycji część pierwszego piętra, ale w porównaniu do Brukseli jest to powierzchnia znacznie mniejsza. Natomiast inną sprawą jest to, że każdy poseł może prywatnie zaprosić dziennikarza, którego może oprowadzać po Parlamencie. Z tym, że w takim przypadku poseł bierze odpowiedzialność za pobyt i zachowanie dziennikarza w danym obiekcie. Zresztą podobnie jest w polskim Sejmie.
Jeśli chodzi o kulturę pracy dziennikarzy, to gdzie jest lepiej – w Parlamencie Europejskim czy w naszym Sejmie?
– W Parlamencie Europejskim nie spotkałem się z sytuacją, żeby na posła wychodzącego z toalety czatowali dziennikarze z kamerami czy fotoreporterzy z aparatami. Tam jest to nie do pomyślenia. Natomiast w Polsce, niestety, tak jest i z tego, co pamiętam, trzeba było bardzo uważać, żeby w toalecie nie natknąć się na dziennikarza, bo byli wszędzie. Czasem strach było otworzyć lodówkę, bo istniała realna obawa, że może z niej wyskoczyć dziennikarz czy fotoreporter. To, co mówiłem wcześniej o nocnych eskapadach dziennikarzy, którzy polowali na posłów w hotelu sejmowym, nie było wyssane z palca. Na szczęście tego typu procedery ograniczono, bo poseł nie jest automatem, ale człowiekiem i też potrzebuje odpocząć.
Wracając jeszcze do piątkowych wydarzeń z Sejmu i do wsparcia opozycji pod parlamentem, do czego to Pana zdaniem zmierza?
– Byłbym daleki od dramatyzowania tych wydarzeń. To, z czym mieliśmy do czynienia w Sejmie i pod Sejmem, gdzie jak na hasło pojawiła się grupa wsparcia, to nie była żadna obrona rzekomo zagrożonej demokracji czy ochrona wolności mediów. To była ochrona zagrożonych interesów pewnej grupy, której władza decyzją Polaków się wymknęła z rąk. Ustawa dezubekizacyjna zagraża interesom wielu ludzi, którzy w czasach PRL-u działali w UB i SB, którzy prześladując polskich patriotów, mieli wówczas z tego określone profity i do dzisiaj odbierają wysokie apanaże, a ich ofiary ledwo wiążą koniec z końcem. Ten stary układ wspierany przez obecną opozycję stawia opór. „Telewizja żywieniowa” podała, że pod Sejmem w piątek wieczorem zebrały się tłumy. Jeśli przyjąć, że półtora czy dwa tysiące ludzi to tłumy, to rzeczywiście tak można powiedzieć. Ale jakie to tłumy…?! Wystarczy znaleźć w internecie przekazy takich mediów, jak TVN czy „Gazeta Wyborcza” podawane w trakcie i po wydarzeniach w Sejmie, które miały na celu podsycenie nastrojów społecznych. Powoli wypala się temat Trybunału Konstytucyjnego, więc nerwowo szuka się nowych tematów, żeby podsycać atmosferę i źle mówić o Polsce. Ta nienawiść sączona tu z kraju pod adresem Polski i Polaków transferowana na Zachód przez wrogie Polsce media i polityków jest przerażająca. Stary układ chwieje się w posadach i trzeba zrobić wszystko, żeby za wszelką cenę zadbać o własne interesy. I nic dziwnego, bo jak utrzymać willę i służbę za dwa tysiące sto złotych emerytury, jeśli dotychczas w sposób niezasłużony otrzymywało się wielokrotność tej kwoty. Nad takimi „pokrzywdzonymi” ubolewają liberalne media i obecna tzw. opozycja totalna, ale jakoś nikt z tych kręgów nie zająknął się przez lata, kiedy prześladowani przez reżim komunistyczny opozycjoniści otrzymują np. 800 zł renty czy śmieciowe emerytury, za które ciężko przeżyć miesiąc.
Nie obawia się Pan, że podsycanie nastrojów społecznych, prowokacje i cała ta narracja, która neguje obecną władzę, że to może się przerodzić w coś poważniejszego?
– Nie ukrywam, że najbardziej obawiam się prowokacji. Przecież ci ludzie są zdolni do wszystkiego. Podziwiam spokój i profesjonalizm służb porządkowych, które mimo wysiłków drugiej strony nie dały się sprowokować. Jednak widząc zacietrzewienie i narastającą wrogość opozycji totalnej, nie wiem, do czego są jeszcze zdolni ci, którzy obawiają się o własne interesy. Nie czarujmy się, tu nie chodzi o interes Polski, o interes Narodu, ale o partykularne interesy zagrożonych grup, które wykorzystują naiwność ludzi, wyprowadzając ich na ulice, dokonując podziału w Narodzie. Naprawdę nie wiem, do czego są w stanie posunąć się ci ludzie, żeby zadbać o swoje, koniunkturalne interesy.

