Mówiło się o nieprawidłowościach, ale ich skala, która teraz wychodzi na jaw, jest niebywała. Ówczesne państwo polskie nie miało narzędzi, żeby dopilnować procedur w Smoleńsku i w Moskwie, czy zwyczajnie nie chciało?
– Ówczesne państwo polskie nie miało woli, żeby wyjaśnić przyczyny i okoliczności katastrofy smoleńskiej. Pomimo iż miało doskonały ogląd sytuacji. Przypomnę tylko, że w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie właściwie od początku była obecna przedstawicielka rządu, ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, która miała dostęp do miejsc i widziała to, czego rodziny ofiar nie mogły zobaczyć, i relacjonowała na bieżąco do Warszawy. Stąd można wnioskować, że ówczesne polskie władze zdawały sobie sprawę z tego, co się wydarzyło i co się dzieje, ale nie mieli woli wyjaśnienia sprawy. Tymczasem jeśli nie wiedzieli, jak zareagować w obliczu tragedii, to wystarczyło skorzystać z doświadczeń Polskich Linii Lotniczych LOT będących członkiem międzynarodowej organizacji, które mają wyspecjalizowane jednostki do przeprowadzania czynności po tak nietypowych zdarzeniach. Te specjalne jednostki w stosunkowo krótkim czasie są w stanie dotrzeć na miejsce katastrofy i przeprowadzić niezbędne czynności. Jak wiemy, nic takiego nie miało miejsca, za to w pierwszej kolejności zwołano PR-owców, czyli specjalistów od wizerunku. Ten ruch świadczy najlepiej, że dla ówczesnych – elit z Donaldem Tuskiem na czele – ważniejsze było działanie wizerunkowe niż zadbanie o poszanowanie ciał ofiar czy troska o należyte zabezpieczenie dowodów, a co za tym idzie – wyjaśnienie przyczyn tragedii.
Zabrakło zdecydowania i woli wyjaśnienia katastrofy?
– Od początku było założenie: nic nie wyjaśniamy, winę za katastrofę ponoszą piloci, a my gasimy problem Smoleńska możliwie jak najszybciej i wszystkimi możliwymi sposobami. Dla tych działań i karygodnych zaniedbań ekipy Donalda Tuska nie może być żadnego innego wytłumaczenia. Oczywiście nie zostaje się premierem kraju dla zaszczytów, ale jest to służba, wielka odpowiedzialność i określone obowiązki wobec państwa i jego obywateli. To tak jak z małżeństwem – na dobre i na złe. Tyle że Donald Tusk i jego ekipa do tego nie dorośli.
Na czym opiera Pani przekonanie, że rząd koalicji PO – PSL nie miał woli wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej?
– Po pierwsze, dlatego że nagle wybuchła żałoba narodowa i to w niespotykanej dotąd skali, jakiej zdaje się ówczesne władze nie przewidziały, a którą trzeba było jak najszybciej spacyfikować. W innym wypadku po wykryciu tak karygodnych zaniedbań fala ta najprawdopodobniej zmiotłaby ich ze sceny politycznej. I z takim założeniem zamknięcia pamięci ofiar razem z trumnami Donald Tusk i jego ekipa udali się do Smoleńska na spotkanie z Putinem tuż po katastrofie, a następnego dnia min. zdrowia Ewa Kopacz i szef kancelarii premiera Tomasz Arabski do Moskwy. Z kolei my do Zakładu Medycyny Sądowej w Moskwie dotarliśmy kilka godzin później i już wtedy usłyszeliśmy od nich o zakazie otwierania trumien. W Smoleńsku była masakra, stąd badania DNA szczątków, żeby je przyporządkować do konkretnych nazwisk, trwałyby bardzo długo. Platforma nie wytrzymałaby tego wizerunkowo. Dlatego poszli w zaparte. Zakłamali od początku do końca wszystko, co tylko można było zakłamać, i do dziś dnia tkwią w tym kłamstwie. Jest jeszcze jedna rzecz, na którą się nie zwraca uwagi, a powinno, mianowicie wszystkie próbki do badań genetycznych były pobierane podwójnie: jedne były dla Rosjan, a drugie dla nas. Fragmenty ciał, z których te próbki były pobierane – po badaniach zostały dostarczone do Polski w czerwcu, najpóźniej we wrześniu 2010 r. Przedstawiciele rządu i osoby zainteresowane wiedziały, musiały wiedzieć, jak wygląda stan ciał w trumnach. Skoro ja wiedziałam, czytając dokumentację, do której dostęp miały rodziny, choć nie mogły o tym publicznie mówić, to oni tym bardziej wiedzieli. I na tym opieram swoje głębokie przekonanie, że sprawa była od początku do końca ukartowana, a Polacy nie mieli się nigdy dowiedzieć o tym, co faktycznie znajduje się w trumnach. Politycy Platformy – Polacy Polakom zgotowali taki los, to przerażające.
Jaką rolę po katastrofie smoleńskiej pełniła w Moskwie wspomniana przez Panią Ewa Kopacz. Czy – jak sama twierdzi – pojechała tam, aby się opiekować rodzinami ofiar, jako wolontariuszka?
– Jeśli chodzi o wolontariat, to widziałabym lepszych kandydatów do tej roli niż Ewa Kopacz. Przypomnę tylko, że niemal natychmiast gotowość do wyjazdu do Moskwy jako wolontariusze i udział w czynnościach sekcyjnych ofiar katastrofy zgłosiła grupa polskich lekarzy sądowych. Natomiast zdumiewające jest to, że nikt im nawet nie odpowiedział. Tak czy inaczej wydaje mi się, że grupa specjalistów byłaby w Moskwie – wówczas – bardziej użyteczna niż Ewa Kopacz. Dodam jeszcze, że lekarzom, ratownikom medycznym, którzy byli na miejscu w Smoleńsku, zakazano mówić, co widzieli i czego byli świadkami. Jedna osoba, która się z tego zakazu wyłamała, straciła pracę. Można zatem powiedzieć, że do czynności w Rosji dopuszczono osoby pewne, sprawdzone, a na resztę nałożono klauzulę milczenia. Jeśli zaś chodzi o Ewę Kopacz, to muszę przyznać, że widziała ona rzeczy najstraszniejsze. Nam, rodzinom, przy identyfikacji okazywano ciała naszych bliskich osłonięte, starając się nie potęgować i tak ogromnej traumy. Natomiast Ewa Kopacz – jak powiedziałam – widziała straszne rzeczy. Pytanie: Dlaczego w swoim wystąpieniu sejmowym, które wygłosiła po powrocie do Polski, nie powiedziała otwarcie, zwyczajnie i wprost: Pomogłam rodzinom zidentyfikować tyle i tyle osób, udzieliłam pomocy medycznej tylu i tylu członkom rodzin…? Natomiast zdając relację przed Sejmem, posługiwała się wiedzą fachową, niemalże podręcznikową o tym, co powinni byli zrobić, a czego niestety nie zrobili ona z ekipą, której przewodziła. Dzisiaj, kiedy Ewa Kopacz jest atakowana wobec bezsprzecznych faktów, jakie wychodzą na jaw, to broni się na wszelkie możliwe sposoby, uciekając się do różnych tłumaczeń, stąd pojawia się ten wolontariat i opieka nad rodzinami ofiar, ale to się ma nijak do faktów.
Dzisiaj trudno znaleźć odpowiedzialnych, za to po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego władzę przejmowali niemalże z biegu…
– Ta sama Platforma, która po katastrofie smoleńskiej wykazała się rażącym brakiem zaangażowania, jeśli chodzi o wyjaśnienie okoliczności dramatu smoleńskiego, okazała się niesłychanie sprawna w przejmowaniu władzy i zajmowaniu stanowisk takich jak chociażby Rzecznik Praw Obywatelskich, Prezes NBP. Tymczasem procedury mówią wyraźnie, że wakujący urząd obejmuje zastępca, który może pełnić obowiązki do końca kadencji. To pokazuje, że byli tak zdeterminowani, iż nawet tych zasad nie uszanowali, pospiesznie obsadzając stanowiska swoimi ludźmi. I w tych obszarach Platforma rzeczywiście wykazała się wyjątkową sprawnością, podobnie zresztą jak w mordowaniu pamięci o katastrofie smoleńskiej.
Skoro nawet w trumnie Lecha Kaczyńskiego odkryto fragmenty ciał dwóch innych osób, to pokazuje pogardę Rosjan, którzy nie potrafili w godny sposób podejść do ciała prezydenta RP…
– To nie pogarda, a czysty pragmatyzm. Nie leży w mojej naturze stawianie się w roli męczennicy czy ofiary. Dlatego w tym podejściu Rosjan widzę coś zupełnie innego. Można to sprowadzić do dość brutalnie brzmiącego, ale jak widzimy zgodnego z faktami stwierdzenia, a mianowicie: Pakujcie, co macie, a my się nie zgodzimy na otwarcie trumien w Polsce. Na miejscu katastrofy w Smoleńsku ciała i ludzkie szczątki zbierano z wrakowiska, oznaczano i wkładano je do trumien ze znalezionymi przy nich rzeczami itd. Trumny ładowano na ciężarówki i tak przywożono je do Instytutu Medycyny Sądowej Moskwie. Szczątki ciał oznaczono numerami, pobrano z nich próbki do badań genetycznych i właściwie na tym powinien być koniec. Ale żeby sobie ułatwić zadanie, a przy tym znaleźć kozła ofiarnego, sprowadzono do Moskwy rodziny ofiar w celu identyfikacji zwłok. Niektórzy z nas rozpoznali swoich bliskich, a inni nie. Do trumien już finalnie wkładano ciała w całości, jeśli takie były, wraz ze szczątkami zebranymi obok na wrakowisku. Ale zdarzało się również, że mylono ciała już prawidłowo zidentyfikowane przez rodziny.
Czy to był efekt bałaganu?
– Nie sądzę. Trwający proces badania i identyfikacji ciał pokazuje, jak bardzo żmudne i czasochłonne jest to zadanie. Przed siedmiu laty ówczesny rząd koalicji PO – PSL z Donaldem Tuskiem na czele uznał w dobrze pojętym własnym interesie, że nie może tego procesu oczekiwania i związanej z tym żałoby przedłużać. Ci politycy mieli świadomość, że czas działa na ich niekorzyść i ani się obejrzą, jak stracą władzę. Dlatego poszli na łatwiznę.
Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można też chyba powiedzieć, że marzenia Bronisława Komorowskiego o prezydenturze skończyłyby się, zanim się zaczęły?
– Z całą pewnością. Platforma przerżnęłaby z kretesem wybory prezydenckie, parlamentarne, ale również samorządowe. I żeby ten bardzo realny scenariusz się nie spełnił, musieli działać bardzo szybko. To wygląda na misternie przygotowany plan, który został wdrożony i który – jak mogliśmy się przekonać – wypalił.
Były prezydent Bronisław Komorowski ekshumacje nazywa szaleńczym pomysłem…
– Od czasu do czasu czytam komentarze internetowe, które bywają mi przychylne, a czasem uderzają we mnie czy w kogoś innego, ale internauci to także dowcipni i błyskotliwi ludzie, którzy potrafią znaleźć właściwe określenia. Bronisława Komorowskiego „ochrzcili” Bredzisław. I w tym wypadku mamy popis tego, jak mu tam… – Bredzisława.
W bardzo emocjonalny sposób, w ostrych słowach zwróciła się Pani wczoraj do polityków Platformy. Czara goryczy się przelała?
– Czasem człowieka ponosi, zwłaszcza jeśli widzi, co inni robią, jak sobie lekceważą czyjeś uczucia, kiedy nie mają szacunku dla zmarłych – w tym wypadku – ofiar narodowej tragedii. Politycy Platformy są tak zakłamani, tak głęboko zabrnęli w swoich matactwach, że dziś już nie rozróżniają, co jest prawdą a co kłamstwem i nie potrafią się z tych więzi wyzwolić. Zresztą nie sądzę, żeby chcieli się wycofać z drogi, jaką sobie sami obrali. To jest niemożliwe.
Czy polityków tej formacji stać na głębszą refleksję?
– Nie sądzę. To są ludzie z ustami pełnymi frazesów, a jednocześnie pełnych złości graniczącej z nienawiścią. Polityków Platformy nie stać na ludzie odruchy. Skoro nie potrafili się zachować godnie w obliczu tak wielkiej narodowej tragedii, w której życie stracili również ich koledzy, to nie sądzę, żeby byli zdolni do wyższych uczuć.
Czy jest coś, z czym chciałaby się Pani zwrócić do polityków Platformy?
– Powtórzę to, co do Platformy powiedziałam wczoraj w gmachu Sejmu. Mianowicie wobec tragedii, jaką my, rodziny smoleńskie, na skutek waszych karygodnych zaniedbań wciąż na nowo musimy przeżywać, przynajmniej zamilczcie!

