logo
logo

Zdjęcie: Andrzej Kulesza/ Nasz Dziennik

Polska powinna stanąć murem za ks. abp. Mokrzyckim

Piątek, 9 czerwca 2017 (16:58)

Z dr. hab. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Łaciński metropolita lwowski ks. abp Mieczysław Mokrzycki powinien zostać ogłoszony „persona non grata” na Ukrainie i wydalony z kraju – żądają politycy Ukraińskiej Partii Halickiej (UKH). Mamy do czynienia z groźbami ukraińskich polityków wobec polskiego hierarchy?

– Na Ukrainie mamy obecnie groźby kierowane pod adresem wszystkich religii czy wyznań, które nie wpisują się w politykę nacjonalizmu ukraińskiego, który coraz bardziej przybiera na sile. Realne groźby są kierowane wobec Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego, która skupia jedną czwartą mieszkańców Ukrainy. W mojej ocenie, nacjonaliści ukraińscy realizują program OUN z okresu międzywojennego, którego celem jest stworzenie jednej religii panującej na Ukrainie. Prawdopodobnie będzie to Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Kijowskiego, która nie jest uznawana kanonicznie przez świat prawosławny, natomiast na zachodniej Ukrainie Cerkiew Greckokatolicka.

Można zatem powiedzieć, że mamy na Ukrainie do czynienia z próbą wyrugowania Kościoła rzymskokatolickiego?   

– Z całą pewnością mamy próby ograniczenia działalności Kościoła rzymskokatolickiego, zwłaszcza że w kręgach nacjonalistycznych dostrzega się, iż wysoko posadowiony moralnie Kościół rzymskokatolicki przyciąga coraz większe rzesze ludności i to nie tylko polsko-ukraińskiej, ale również ukraińskiej. Jeżeli tylko w samej archidiecezji lwowskiej mamy ok. 250 tysięcy katolików, to można powiedzieć, że w skali państwa ukraińskiego jest kilkakrotnie więcej katolików niż Polaków, którzy są wyznawcami katolicyzmu. Dla Cerkwi Greckokatolickiej czy Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego, które są związane z nacjonalizmem ukraińskim, jest to poważne zagrożenie. Cerkiew Greckokatolicka – jak wielokrotnie podkreślał to ks. abp Mieczysław Mokrzycki – działa na szkodę katolicyzmu na Ukrainie, wszelkimi sposobami blokując możliwość rozwoju Kościoła rzymskokatolickiego w tym kraju.

A zatem ks. abp Mokrzycki powiedział Ukraińcom prawdę o Cerkwi Greckokatolickiej i Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego…

– Oczywiście ks. abp Mokrzycki wyraził tylko to, co jest faktem. Przed mniej więcej dziesięcioma laty rozmawiałem z poprzednim metropolitą lwowskim, ks. kard. Marianem Jaworskim, który wprost powiedział mi to, o czym dziś mówi jego następca na stolicy biskupiej we Lwowie. Z tym, że ks. kard. Jaworski jeszcze się łudził, że konsensus jest możliwy, że Cerkiew Greckokatolicka czy Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Kijowskiego mimo wszystko są partnerem do rozmów, dlatego też nie wypowiadał się publicznie w tak zdecydowany sposób. W tej chwili ks. abp Mokrzycki, po 25 latach oszukiwania i zwodzenia przez środowiska, które rządzą – zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, które w większości są związane z Kościołem katolickim obrządku bizantyjsko-ukraińskiego, w swoich wypowiedziach pokazuje, że te władze działają na szkodę Kościoła rzymskokatolickiego. Dla hierarchów Cerkwi Greckokatolickiej czy Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego ważniejszy od Ewangelii Chrystusowej jest nacjonalizm ukraiński.  

Przeciw ks. abp. Mokrzyckiemu występuje Ukraińska Partia Halicka, można powiedzieć, partia niszowa, ale czy ten atak na hierarchę byłego sekretarza dwóch Papieży: św. Jana Pawła II i Benedykta XVI, nie jest próbą wysondowania reakcji, z jaką ta presja może się spotkać, aby w kolejnych krokach wzmóc ataki?

– Absolutnie zgadzam się z panem redaktorem.Ukraińska Partia Halicka jest stosunkowo niewielka, bo w radach poszczególnych obwodów ma zaledwie po kilku radnych, natomiast – tak jak pan zauważył – główne partie nacjonalistyczne na Ukrainie sondują, jaki jest klimat, i póki co, nie ośmielają się uderzać wprost w ks. abp. Mokrzyckiego i w Kościół rzymskokatolicki, ale uderzają z niższych poziomów. Nie ulega wątpliwości, że na zachodniej Ukrainie praktycznie wszystkie partie są w jakiejś mierze kontrolowane przez nacjonalistów ukraińskich. Ich wielość jest związana z przyjętą taktyką działania, a cel jest jeden: zablokowanie i wyrugowanie – na ile to tylko możliwe – Kościoła rzymskokatolickiego z Ukrainy, wyrugowanie polskości i szerzenie ideologii nacjonalizmu ukraińskiego. I tu pojawia się pewien kłopot – nad czym ubolewam, a mianowicie wielu hierarchów Kościoła katolickiego w Polsce jakby nie dostrzega w wyraźny sposób tego problemu, który za naszą wschodnią granicą staje się coraz poważniejszy. Episkopat Polski powinien natychmiast, w jednoznaczny, zdecydowany sposób murem stanąć za ks. abp. Mieczysławem Mokrzyckim.

Ale czy tylko nasz Episkopat powinien zabierać głos, przecież ks. abp Mokrzycki jest Polakiem…?

– Oczywiście. Kościół rzymskokatolicki na zachodniej Ukrainie jest w dużej mierze utożsamiany z polskością, co więcej, wokół parafii gromadzi się polska mniejszość. Dlatego polski rząd, parlament RP też powinny zająć jednoznaczne stanowisko i stanąć po stronie ks. abp. Mokrzyckiego, i dać mu bardzo wyraźne wsparcie. Tu jest także miejsce dla polskiej dyplomacji na Ukrainie. Tyle tylko, że nie spodziewałbym się niczego dobrego po osobie obecnego ambasadora RP w Kijowie Jana Piekły, który nie tylko, że nie pomaga Polsce i Polakom na Ukrainie, ale swoimi działaniami kompromituje nasz kraj.

Co sprawia, że Ukraina nie jest dziś w stanie stanąć w prawdzie wobec swojej przeszłości, o czym zresztą często mówi ks. abp Mokrzycki?

– Przede wszystkim Ukraina nie dąży do prawdy, a elity, które rządzą dzisiaj tym krajem, są bardzo mocno zideologizowane. Ci ludzie jako jedni z niewielu na świecie dążą do zbudowania ideologicznego państwa ukraińskiego. Powiedziałbym nawet, że ich dążenie jest zideologizowane do tego stopnia, jak to było kiedyś w Korei Północnej, a więc dążą do zbudowania czegoś, co jest nierzeczywiste. W tej chwili na Ukrainie rządzi pieniądz, co więcej, mamy prymat pieniądza nad człowiekiem, dążenie do budowy fortun najczęściej w nieuczciwy sposób, mamy też wszechobecną ideologizację życia społecznego. Ten obraz pokazuje miałkość ukraińskich elit, ale najtragiczniejsze w tym wszystkim jest to, że społeczeństwo ukraińskie w zasadzie nie ma alternatywy, ponieważ te miałkie elity niszczą każdego, kto próbuje ograniczyć ich wpływ na władzę i wejść do polityki. Bez wyraźnych sygnałów z zagranicy mianowicie, że państwa Europy nie będą rozmawiać i współpracować z takimi elitami, nie ma co marzyć, że w najbliższych latach ten stan degradacji i patologizacji państwa ukraińskiego ulegnie zmianie.      

Na czym Ukraina opiera fundamenty swojej państwowości?

– Przede wszystkim fundamenty państwa ukraińskiego oparte są na elitach oligarchicznych powiązanych ze środowiskami siejącymi nacjonalizm. Na tej linii trwa współpraca, a jednocześnie rywalizacja między tymi dwoma środowiskami. Proszę zwrócić uwagę, że jest tam prowadzona wewnętrzna i zewnętrzna gra, a jej uczestnicy nie liczą się z tym, że państwo ukraińskie upada gospodarczo. Tam trwa walka i sianie totalnej destrukcji państwa. Ukraina tak naprawdę nie ma programu. Jeśli Parlament Ukraiński przegłosował wczoraj, że państwo to za jeden ze swoich głównych celów uważa dążenie do członkostwa w NATO, to przecież nie jest to nic innego, jak sianie ideologii, bo za tym nie idą żadne konkretne działania. Kto przyjmie do Sojuszu Północnoatlantyckiego państwo, które jest w stanie wojny, które jest państwem upadłym, gdzie gospodarka jest na poziomie państw Afryki Środkowej, kto przyjmie państwo, gdzie szerzy się ideologia, która nie jest akceptowana przez zachodnią Europę i cały cywilizowany świat. Oczywiście ukraińskie elity zdają sobie z tego sprawę, ale tkwią w kłamstwie, oszukując przede wszystkim swoje społeczeństwo.

Polska w tej sytuacji powinna być rzecznikiem ukraińskich starań o członkostwo w NATO?

– Mam nadzieję, że polskie elity się obudzą, że w końcu się zreflektują, bo ślepe zapatrzenie w Ukrainę prowadzi nas donikąd. Trzeba sobie również zdać sprawę z tego, że Ukraina w NATO de facto oznaczać będzie konflikt na linii NATO – Rosja. I jak sądzę, nikt rozsądny w Polsce nie pójdzie w tym kierunku, bo maszerowanie i wchodzenie samodzielnie w wojnę z supermocarstwem, jakim jest Rosja, byłoby nie tylko nierozważne, ale wręcz szaleńcze. Niestety Ukraińcy tkwią w tym szaleństwie, nie przyjmując do wiadomości, że sprawę Donbasu można rozwiązać jedynie w sposób polityczny, a nie militarny. Tym bardziej nie oznacza to, że my musimy czy mamy podzielać ich punkt widzenia czy działania.       

Jaką przyszłość ma przed sobą Ukraina?

– W najbliższych latach przed Ukrainą rysuje się pogłębiająca się destabilizacja społeczna i upadek gospodarki. Po elitach, które rządzą dzisiaj państwem ukraińskim, nie należy się spodziewać niczego dobrego, a tym bardziej zmiany linii politycznej. Tym, co dodatkowo może zaważyć na sytuacji Ukrainy, jest Jedwabny Szlak. Chińczycy są co do tego mocno zdeterminowani i jeśli rzeczywiście zostanie uruchomiony ten projekt, który pomija Ukrainę, to państwo to znajdzie się poza główną osią handlu międzynarodowego. Natomiast jeśli Ukraina będzie chciała się przyłączyć do tego projektu, to będzie to musiała uczynić na warunkach Rosji, która będzie kontrolowała przebieg Jedwabnego Szlaku. W związku z tym ukraińscy oligarchowie mogą zweryfikować swoje podejście do wielu kwestii, aczkolwiek nie sądzę, żeby nacjonaliści ukraińscy pozwolili im na ruchy korzystne dla państwa ukraińskiego. W tej sytuacji nie wykluczałbym konfliktu wewnętrznego na Ukrainie, ale na poziomie oligarchia – nacjonaliści. I to będzie tragiczne dla tego państwa i społeczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 9 czerwca 2017 (16:58)

NaszDziennik.pl