P. stanął w środę przed sejmową komisją śledczą badającą działania organów administracji publicznej w sprawie Amber Gold. I duża część jego zeznań potwierdza wcześniejsze zarzuty o uwikłaniu w tę aferę polityków oraz instytucji publicznych. Szef Amber Gold przyznał się choćby do tego, że otrzymywał „przecieki” o działaniach Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wobec niego i jego firmy. Miał też kontakty z politykami, ale nazwisk podać nie chciał. Jednak wątek LOT-u rzuca nowe światło na biznes lotniczy. Marcin P. podał bowiem informacje, które dotąd były nieznane.
Szef Amber Gold stwierdził, że jeszcze w 2011 r. otrzymał propozycję zakupu PLL LOT. Propozycję tę miał przynieść z Ministerstwa Gospodarki, kierowanego wtedy przez Waldemara Pawlaka (PSL), Krzysztof Wicherek – właściciel linii Jet Air, które odkupił Marcin P. – Dostaliśmy nawet częściowo księgi handlowe LOT-u do zapoznania się, w celu przeprowadzenia takiego pseudoaudytu, żeby zobaczyć, co tam jest. Po analizie tych ksiąg stwierdziłem, że oprócz 800 mln zł długu i marki, to ta spółka nic nie ma, i jeszcze związki zawodowe do tego dochodziły. Odmówiłem jakichkolwiek rozmów na temat przejęcia LOT-u przez OLT czy Amber Gold – stwierdził Marcin P.
Świadek przekonywał też, że inwestując w linie lotnicze, miał na celu zdobyć rynek lotniczy w Polsce, a ówczesne kłopoty finansowe LOT-u i Eurolotu były dla niego dodatkowo sprzyjającą okolicznością. Po pewnym czasie chciał sprzedać z zyskiem swój lotniczy biznes, a w grę wchodził interes z liniami Air Berlin.
Marcin P. przesłuchiwany był w gmachu Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie został dowieziony z gdańskiego aresztu. Zasadniczo nie ma on sobie nic do zarzucenia w związku z tym, że tysiące ludzi straciły pieniądze ulokowane w Amber Gold. – Nic Polakom do zwrócenia nie mam. Kompletnie nic – stwierdził przed sejmową komisją śledczą. Zwracał się też do członków komisji, aby nie nazywać Amber Gold piramidą finansową, gdyż „było to przedsiębiorstwo – spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, a żaden wyrok w sprawie nie zapadł”. Według prokuratury, w sprawie Amber Gold poszkodowanych zostało blisko 19 tys. osób na kwotę ok. 850 mln zł.
W przeciwieństwie do wielu poprzednich świadków Marcin P. nie zasłaniał się niepamięcią, zeznając przy tym często inaczej niż osoby przesłuchiwane wcześniej. Co najwyżej – też jednak często – korzystał z możliwości odmowy odpowiedzi na pytania w związku z toczącym się przeciwko niemu postępowaniem karnym. Fakt, do których kwestii nie chciał się Marcin P. odnieść, był nie mniej intersujący niż same odpowiedzi udzielane przez niego na inne pytania. „Odmawiam odpowiedzi na to pytanie” – padło m.in. w kontekście zapytania o to, skąd pochodziły środki na rozruch Amber Gold, skąd Marcin P. miał know-how na organizację tego typu firmy, kto pośredniczył w zakupie złota przez AG, czy też ile złota zakupiła spółka, bądź kto mu doradzał.
Po długim zastanowieniu w ten sam sposób odpowiedział na pytanie, czy obawia się o własne bezpieczeństwo. Czy też wreszcie uchylił się od odpowiedzi na pytanie, „z kim ze znanych osób z życia publicznego utrzymywał kontakty”, a chodziło o polityków. – Tak, miałem kontakty, ale nie udzielę odpowiedzi z kim – odparł Marcin P.
Politycy go szukali
Faktem pozostaje, że organa publiczne za czasów rządów w Polsce Platformy Obywatelskiej bardzo łagodnie traktowały firmę Marcina P., pozwalając rozwijać jej przestępczą działalność. P. zeznawał, że sam o kontakty z politykami nie zabiegał, lecz to politycy do takich kontaktów dążyli. Chodzi np. o polityka Platformy, prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Adamowicz zaprzeczał, że do spotkania z Marcinem P. doszło.
Szef Amber Gold był też ostrzegany przed działaniami, jakie wobec niego prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – To były przecieki z ABW, ale nie bezpośrednio przez ABW mi dostarczane. Były przez osoby trzecie, związane z ABW, w tym także przez niektórych dziennikarzy – zeznawał P. Stwierdził, że „od któregoś z dziennikarzy” – być może od Sylwestra Latkowskiego (wtedy z tygodnika „Wprost”) – dostał również plan śledztwa, przygotowany przez Prokuraturę Okręgową w Gdańsku. Latkowski zaprzeczył.
Na dzień przed wkroczeniem funkcjonariuszy ABW do domu i firmy Marcina P. ten otrzymał ostrzeżenie. – Dowiedziałem się 15 sierpnia, że 16 sierpnia z rana przyjdzie do mnie ABW do mieszkania i do spółki. Dzień wcześniej dostałem SMS-a z nieznanego numeru, jest zapisany w aktach sprawy. Był komentarz, że mam uciekać, ale nie planowałem żadnej ucieczki – stwierdził Marcin P.
Na pytanie przewodniczącej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS) o to, czy przed zainteresowaniem ABW ostrzegał go któryś z jego współpracowników, odparł, że był to Emil Marat, który odpowiadał za PR Amber Gold, współpracujący w tej sprawie z prawnikiem Pawłem Kunachowiczem. – Pan Emil Marat wielokrotnie sugerował mi także, że jest możliwość wykorzystania kontaktów pana Pawła Kunachowicza z politykami w celu załatwienia tej sprawy – zeznawał Marcin P. Dopytywany przez Wassermann, stwierdził, że chodziło o kogoś z kancelarii premiera Donalda Tuska. – Nie był to polityk pierwszego rzędu. Może to był ważny polityk, nazwiska nie jestem w stanie podać – mówił. – Czy powoływał się na pana Cichockiego? – dopytywała Wassermann. Minister Jacek Cichocki był od listopada 2011 r. odpowiedzialny za koordynowanie pracy służb, w tym ABW. – Być może tak, wydaje mi się, że tak. Z tego, co pamiętam, to któryś z tych polityków miał być koordynatorem służb specjalnych odpowiedzialnym za ABW. I oni mieli także uzyskać informacje ze strony ABW, jakie czynności są prowadzone, jakie są realizowane i w jaki sposób można je zablokować – zeznawał Marcin P.
Tusk pomógł OLT
Marcin P. zeznał, że nie był wcale entuzjastą zatrudnienia w OLT Michała Tuska, stwierdził jednak, że nie wykorzystywał osoby Tuska do celów politycznych. Oceniał, wbrew temu, co zeznawali Michał Tusk i szef gdańskiego portu lotniczego Tomasz Kloskowski, że praca Tuska dla OLT stanowiła konflikt interesów z pracą dla gdańskiego lotniska, a Tusk przekazywał OLT informacje, które nie powinny być przez port lotniczy przekazywane do kontrahenta, jakim były linie OLT. – Czyli płacił pan Michałowi Tuskowi za przekazywanie tajnych informacji? – dopytywał Marek Suski (PiS). – Można to tak określić, tak – odparł Marcin P.
Według Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz’15), chociaż zeznania Marcina P. wydają się spójne, a na ich ułożenie przebywając w areszcie miał dużo czasu, to nie w każdym względzie muszą odpowiadać prawdzie. Andżelika Możdżanowska (PSL) oceniała, że szef Amber Gold żongluje zeznaniami, a w wielu kluczowych kwestiach uchyla się od odpowiedzi. – Nie jest możliwe, aby jedna osoba była twórcą tak wielkiej piramidy finansowej. Nie wiemy, kto zainwestował „pierwszy milion”. Stan konta pana Marcina P. na 2009 r. to było 45 tys. zł – mówili posłowie z komisji śledczej.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

