logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Niemcy bez wojny przejęły kontrolę nad Europą

Poniedziałek, 31 lipca 2017 (12:11)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, europosłem Prawa i Sprawiedliwości, kwestorem Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy kolejny atak na Polskę ze strony Komisji Europejskiej tak naprawdę nie jest wymierzony w Unię Europejską, która takimi działaniami ingerującymi w wewnętrzne sprawy państw narodowych zmierza do unicestwienia siebie?

– Komisja Europejska nie może ingerować w wewnętrzne sprawy poszczególnych państw członkowskich. Punktem wyjścia jest to, że KE w obecnym kształcie jest bardzo specyficznym ciałem, dziwaczną instytucją z jeszcze bardziej dziwaczną wizją przyszłości. Po raz pierwszy instytucja ta – jako politycznie niezależny organ wykonawczy Unii Europejskiej – nie została od podstaw wykreowana i powołana przez państwa narodowe, ale jest – można powiedzieć – efektem nie zawsze służących dobrej sprawie ambicji politycznych Martina Schulza i Jean- Claude’a Junckera. I kiedy ten ostatni w 2014 r. został przewodniczącym, to pojawiły się głosy, że jest to federalistyczna komisja, która będzie dążyła do budowy państwa federalnego, a więc instytucji znacznie wykraczającej poza swoje kompetencje.

Czy nie jest to przekroczenie traktatów unijnych?   

– Z jednej strony jest to oczywiście przekroczenie traktatów unijnych, ale z drugiej jest to praktyka, z którą – z zasady – właściwie nikt się nie godzi, jednak istnienie której to zasady prawie wszyscy akceptują, protestując tylko wtedy, kiedy to dotyczy ich samych. Na próżno jednak szukać reakcji, kiedy dotyczy to innych państw. Słychać też głosy, że trzeba będzie po prostu przeczekać, aż minie czas Junckera i Timmermansa i dziwactwa, których autorami są ci politycy.

Ale czy bezczynność to jest metoda?  

– Pewnie nie jest. Oczywiście wiele rzeczy można przeczekać, wykazując się cierpliwością. Taka bezczynność do niczego dobrego nie prowadzi. Przeciwnie – zachęca innych do bezkarności i coraz bardziej zuchwałych kroków. KE – jak wspomniałem – to instytucja z dziwaczną wizją i co ważne – niesamodzielna w swoich działaniach i decyzjach. Można powiedzieć, że jest – do pewnego stopnia – podwykonawcą dużych państw unijnych.

Kiedyś UE była zdominowana przez dwa państwa, Niemcy i Francję, jednak z czasem to Niemcy przejęły kontrolę nad Unią. Dziś można powiedzieć, że to Berlin pełni rolę wiodącą z „przystawką” u boku. Sytuacja wygląda tak, że z jednej strony Niemcy pozwalają KE na atakowanie np. Polski, ale z drugiej wyznaczają jej zadania. Z kolei niektórzy urzędnicy KE w praktyce realizują interesy Niemiec. Jak nazwać to inaczej, skoro Komisja zezwala rosyjskiemu Gazpromowi na użytkowanie gazociągu OPAL, podważając tym samym strategię bezpieczeństwa energetycznego UE, co zagraża przede wszystkim państwom Europy Środkowo-Wschodniej. Jak określić to inaczej, jeśli wbrew interesom wielu innych państw członkowskich – w sprawie projektu Nord Stream 2 – KE staje po stronie Niemiec? Wreszcie – czy można to określić inaczej jak służbą na rzecz Niemiec, kiedy Jean-Claude Juncker z komisarzami oburzają się wobec sankcji, które Stany Zjednoczone chcą nałożyć na Rosję w związku z projektami gazowymi, które de facto mogłyby naruszyć interesy niemieckie. To pokazuje jasno, jaką rolę pełni dzisiaj KE.

Czy wiceprzewodniczący Frans Timmermans, twierdząc, że jego ambicją jest misja monitorowania spraw Polski, nie wykracza poza prerogatywy urzędnika unijnego?

– Oczywiście można stać na stanowisku – jak to robią niektórzy – że nadpobudliwy Timmermans nie bardzo wie, co i na jaki temat mówi, że nawet nie potrafi wymienić rzekomych naruszeń Konstytucji RP, a poza tym, że ma wolę napiętnowania Polski. Jednak nie tylko Timmermans, ale także inni komisarze wykraczają poza swoje kompetencje.

Tak czy inaczej można powiedzieć, że działania KE pomagają Angeli Merkel w kampanii do wrześniowych wyborów i w utrzymaniu jej na fotelu kanclerza Niemiec. Komisja wręcz bierze udział w tych wyborach. Stąd m.in. wnioski o ukaranie państw członkowskich, które nie godzą się na przymusową relokację imigrantów, czy chociażby wyznaczanie bardzo krótkich terminów odniesienia się do stawianych zarzutów, jak to jest w przypadku Polski. Do niemieckiej opinii publicznej – jeszcze przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu – ma dotrzeć sygnał, że to nie kanclerz Merkel się pomyliła, otwierając na oścież bramy Europy dla imigrantów muzułmańskich, ale w błędzie są wszyscy ci, którzy nie godzą się na ten niemiecki dyktat.

Stąd nacisk kładziony jest na to, aby ten problem został rozwiązany na poziomie UE, bo tak jest łatwiej dla „Bogu ducha winnych” Niemiec, które z dobrego serca przyjęły imigrantów, a reszta nie chce im teraz pomóc rozłożyć równomiernie tego nabrzmiałego ciężaru. Wszystkie działania, w tym również ataki na Polskę – związane chociażby z reformą wymiaru sprawiedliwości – w sposób ewidentny wpisują się w tę narrację. To nic innego jak pretekst.

Polska za rządów Platformy została zepchnięta do roli petenta…  

– Dokładnie. Dlatego rząd zjednoczonej prawicy robi wszystko, aby ten zastany, nienormalny stan zmienić i przywrócić sprawom właściwy bieg, żeby Polska stała się podmiotem, a nie jak to było wcześniej – przedmiotem relacji wewnątrzunijnych. W Polsce rządzi dziś Prawo i Sprawiedliwość, a nie koalicja PO – PSL i Niemcy widać nie mogą tego zaakceptować. Berlinowi ciągle się wydaje, bo do tego został przyzwyczajony, że Warszawa ma być uległa, tak jak to było za rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Przecież jeśli obecny rząd uszczelnia system VAT-owski, który przez osiem lat był swoistym eldorado dla wszystkich, tylko nie dla budżetu państwa, to obecnie miliardy złotych nie wypływają już z Polski transferowane na zewnątrz różnymi kanałami, ale pozostają w kraju, w rękach Polaków.

Jeśli polskie państwowe spółki, które za Platformy przynosiły straty i miały przejść za bezcen w obce ręce, dzisiaj się podnoszą i są zyskowne, to pokazuje, że była to celowa robota i jak słusznie zwróciła uwagę z mównicy sejmowej premier Beata Szydło – wystarczyło nie kraść i już dawno działalność wielu polskich przedsiębiorstw byłaby opłacalna.

To jednocześnie pokazuje, że jako państwo byliśmy traktowani niczym zależny od woli pana wyrobnik, który nie tylko ma pracować za bezcen, ale jeszcze ma wszystko kupować w sklepie swego pracodawcy. Z polskiej gospodarki były transferowane na zewnątrz ogromne pieniądze. Ale to – na całe szczęście – już przeszłość.

To dlatego przyzwyczajeni do łupienia polskiej gospodarki Niemcy zaczynają się burzyć?   

– Tak jak powiedziałem, fakt, że Polska gospodarczo zaczyna stawać na nogi, jest nie w smak zagranicy. Stąd ta cała bitwa. Dodatkowo Niemców irytuje próba energetycznego uniezależnienia się Polski i krajów Trójmorza od rosyjskich dostaw gazu. Podporządkowaniu tych państw interesom rosyjskim i niemieckim miał służyć projekt Nord Stream 2.

Tymczasem Polska uzyskała potężnego sojusznika w osobie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa – oczywiście są to zbieżne interesy, ale w ten właśnie sposób buduje się sojusze, porozumienia czy koalicje – także w wymiarze gospodarczym. A zatem działamy podmiotowo i to budzi irytację unijnych elit. Nic zatem dziwnego, że ktoś próbuje ten cały spór przenieść na poziom emocji, sztucznie pompując atmosferę, podczas gdy w Polsce nie ma problemu z demokracją, również wymiar sprawiedliwości nie jest zagrożony. Tymczasem Niemcy, mając świadomość zagrożenia swoich własnych interesów, rękoma KE próbują torpedować reformy w Polsce.

Można by zadać pytanie, gdzie w obliczu tych ataków są polscy urzędnicy w KE, którzy powinni stawać po stronie Polski, broniąc naszych interesów, a nie cudzych?

– Dobre pytanie. Gdzie jest np. Elżbieta Bieńkowska, która jest członkiem kolegium komisarzy i za każdym razem, kiedy atakowana jest Polska, powinna zabierać głos w interesie swojej Ojczyzny, ale – jak widać – tego nie robi. Na nic się zdają tłumaczenia samej zainteresowanej, że w ogóle nie zabierała głosu, co już samo w sobie miało być aktem „heroizmu”. Przecież to niedorzeczne.

Inni urzędnicy też w podobny sposób traktują swoje ojczyzny?

– Ależ skąd. Na przykład urzędnicy UE, którzy są obywatelami Niemiec, są aż nadto reprezentantami interesów swojej ojczyzny. Każdy Niemiec zatrudniony na stanowisku w UE otrzymuje cyklicznie przekaz ze specjalnej instytucji rządowej o tym, jakie są interesy niemieckie i jak należy postępować, by właściwie reprezentować interesy państwa niemieckiego.

Proszę sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby takie podejście dotyczyło polskich pracowników unijnych agend. Przecież rozszarpano by nas medialnie, a Polska nie schodziłaby z ust unijnych technokratów. Natomiast w przypadku Niemiec jest to jak najbardziej normalne. To jest przykład, który pokazuje obłudę i hipokryzję, która na unijnych salonach stała się normą niestety. I tak właśnie wygląda ta spójność UE.

Jeśli widzimy, jak funkcjonuje instytucja, która ma służyć wszystkim krajom, tymczasem działa w interesie określonych grup interesów tylko jednego państwa, tym samym zatracając swoją bezstronność w relacjach z krajami członkowskimi, to niewątpliwie mamy do czynienia z kryzysem całej tej organizacji, której na imię Unia Europejska.

To źle, że ta maszyna urzędnicza staje się stroną – świadomie czy nie – podejmując się realizacji interesów tylko jednego państwa członkowskiego. Taka formuła powoli się wyczerpuje. Nic też dziwnego, że instytucje UE coraz częściej postrzega się jako emanację interesów państwa niemieckiego.

Jak wyobraża Pan sobie dialog polskiego rządu z Komisją?

– To jest już rola polskiej dyplomacji. Oczywiście konieczne jest zachowanie wszystkich zewnętrznych form. Rozmawiać zawsze trzeba i polski rząd jest zawsze otwarty na dialog, ale nie może się on odbywać pod pręgierzem i pod dyktando drugiej strony. Niech nikt nie ma też złudzeń co do tego, o co chodzi KE. Jednak rząd premier Beaty Szydło z całą pewnością nie zrezygnuje z reform wymiaru sprawiedliwości, bo to obiecaliśmy Polakom w kampanii wyborczej. Nierozsądne byłoby też twierdzenie, że podporządkowanie się dyktatowi KE zmieniłoby podejście do Polski. To jest tylko jeden z pretekstów do ingerowania w wewnętrzne sprawy naszego kraju, zmierzający do jego osłabiania, odwracania uwagi od spraw naprawdę ważnych w Europie, które pozostają wciąż nierozwiązane.

Mamy tu do czynienia z twardą polityką międzynarodową i naszym obowiązkiem jest podmiotowe zachowanie się wobec tych realiów. Polska się rozwija, PKB rośnie, agencje ratingowe podnoszą oceny wiarygodności Polski, bezrobocie spada, Polacy więcej zarabiają, a tym samym więcej wydają, polskie państwowe spółki są coraz wyżej notowane, a te, które za Platformy pikowały ostro w dół, dzisiaj zaczynają przynosić zyski – i to są twarde fakty.

Nie ma więc najmniejszych powodów do pouczania, straszenia karami czy grożenia Polsce przez KE?

– Najmniejszych. Natomiast to, że nie pozwalamy się okradać ze znaczących pieniędzy, jak to było za rządów Platformy, wywołuje gniew, a niekiedy histerię zagrożonych układów. Stąd tego typu działania wymierzone w suwerenność państwa polskiego są i będą. Sądzę, że powinniśmy do tego podchodzić spokojnie. Tam, gdzie się uda wygrać z tą urzędniczą unijną – często działającą contra legem – machiną, to walczmy i wygrywajmy, ale też nie przejmujmy się porażkami.

Natomiast tam, gdzie można współpracować – współpracujmy. Idźmy dalej, do przodu, róbmy swoje. Mogę zapewnić, że rząd premier Beaty Szydło nie będzie się zachowywał tak jak rząd Donalda Tuska, bo nie możemy pozwolić, żeby polskie społeczeństwo biedniało, a polskie władze były kierowane z Berlina poprzez Brukselę. Niektórzy idą jeszcze dalej i twierdzą wręcz, że Niemcy bez wojny opanowały czy też przejęły kontrolę nad Europą.

Co Pan Profesor sądzi o inicjatywie „Naszego Dziennika” związanej z wysyłaniem przez Polaków listów do wiceprzewodniczącego Timmermansa, który jest liderem w atakowaniu Polski? 

– Każda tego typu inicjatywa, która ma na celu przypominanie o prawdziwych problemach, z którymi boryka się UE, związanych chociażby z naruszaniem czy wręcz łamaniem podstawowych praw, jest godna odnotowania. To świadczy o aktywności obywatelskiej i mobilizacji polskiego społeczeństwa. Jednocześnie jest to dowód, że Polacy nie są i nie będą bierni wobec narzucania im zewnętrznej woli. Ważne jest także to, że ten przekaz trafi do adresata, ale czy to przekona skostniałego, nastawionego przeciwko Polsce urzędnika Fransa Timmermansa, mam wątpliwości. Tak czy inaczej artykułowanie niezadowolenia przez społeczeństwo i zwrócenie uwagi osobie, która tego typu działania podejmuje, choć nie ma do tego żadnego prawa, jest potrzebne i godne uznania.

 Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl