Czy 73 lata temu, na kilka dni przed Godziną „W”, przeczuwał Pan Generał, na co się zanosi?
– Co prawda jeszcze w lipcu czytałem w okolicach Grójca, gdzie stacjonowałem, ulotki Stalina wzywające nas może nie do powstania, tylko do walki z Niemcami pod skrzydłami Armii Ludowej, ale nikt nie traktował ich poważnie. Podobne ulotki wzywające do jakiegoś powstania rozrzucano w Warszawie. My, żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, faktycznie zorientowaliśmy się, że wybuchło Powstanie, dopiero 1 sierpnia po godzinie 17.00.
Gdy zaczęły się pierwsze walki, jedna z naszych grup wypadowych, która jechała w mundurach niemieckich do Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych, została ostrzelana przez zdezorientowanych powstańców. Na szczęście nie było rannych.
Jak to się stało, że Pan Generał, Wielkopolanin, trafił do Warszawy i walczył w Powstaniu?
– To długa historia, w której była i kampania wrześniowa, i trzykrotne aresztowanie, i ucieczki Niemcom, służba w oddziałach NSZ na Podlasiu i w Grójcu, a na końcu pewien przypadek. Miałem zdawać w pierwszych dniach sierpnia egzaminy podchorążówki Narodowych Sił Zbrojnych i kursu dywersji specjalnej, bo wcześniej zgłosiłem się na ochotnika do tworzącego się zgrupowania mającego na wzór Brygady Świętokrzyskiej działać w Borach Tucholskich. I spod Grójca bez broni, którą ukryłem, przyjechałem sobie spokojnie 28 czy 29 lipca do Warszawy na te egzaminy. A okazało się, że 1 sierpnia zastało mnie tam Powstanie.
Jak Pan przyjął wybuch walk w stolicy?
– To nie była chyba typowa reakcja, gdyż od początku zdawałem sobie sprawę z nierównych szans. Na moje oko wyglądało to tak, jak w powiedzeniu „porywać się z motyką na słońce”. Niemcy uzbrojeni po zęby, a my? Żołnierzy było wielu, ale broni jak na lekarstwo. Moje prognozy nie były optymistyczne. Nie liczyłem, że z Powstania wyjdę żywy.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

