Izbę Pamięci Generała Kuklińskiego odwiedził gen. Ben Hodges, dowódca sił USA w Europie. Jakie były okoliczności tej wizyty?
– Było to jeden z punktów wizyty generała w Polsce. Ambasada Stanów Zjednoczonych oraz attaché wojskowy w naszym kraju zwrócili się z prośbą o możliwość zwiedzenia przez gen. Bena Hodgesa Izby Pamięci Generała Kuklińskiego. Ta wizyta jest o tyle istotna, gdyż często spotykam się z pytaniami, czy Amerykanie pamiętają o Ryszardzie Kuklińskim.
Co zainteresowało generała?
– Największe wrażenie zrobiła mapa: stan operacji zaczepnych frontu nadmorskiego. Na niej zaznaczone jest miejsce, w którym stacjonował generał w Niemczech na początku lat 80., a które miało być celem uderzenia jądrowego Związku Sowieckiego. To by oznaczało, że gen. Hodges i jego koledzy byli by ofiarami tego uderzenia. Generał znał plany ofensywy sowieckiej, jednakże nigdy nie stanął twarzą w twarz z oryginalną mapą z Układu Warszawskiego, która pokazywałaby tę ofensywę. Amerykański gość, oglądając ją, przyklęknął na jedno kolano, myśląc o ofierze polskich i amerykańskich żołnierzy, którą musieliby ponieść w wyniku rozkazu Kremla. Zwrócił uwagę na jeden podpis, który był na tej mapie. Był to podpis Wojciecha Jaruzelskiego. Generał nie mógł uwierzyć w to, że polski minister obrony w 1970 r. wydał zgodę na wykorzystanie Polaków do takich celów, tylko i wyłącznie pod wpływem Moskwy.
A jakie znaczenie dla generała miało to, że Izbę założył Józef Szaniawski?
– Historia Józefa Szaniawskiego poruszyła go. Przypomnę, że mój ojciec i założyciel Izby w 1985 r. został skazany na 10 lat więzienia. Fałszywe zarzuty brzmiały, że był współpracownikiem wywiadu Stanów Zjednoczonych. To była nieprawda. Mój ojciec był jedynie dziennikarzem Radia Wolna Europa, a ze służbami specjalnymi – jakiegokolwiek kraju – nie miał nic wspólnego. Co ważne, bardzo wielu Polaków było więzionych w komunistycznych więzieniach właśnie pod fałszywym zarzutem współpracy z Amerykanami.
Odbył się również „Dzień z generałem Kuklińskim” dla żołnierzy NATO. Skąd pomysł na takie spotkanie?
– Ten pomysł rodził się w czasie, gdy żołnierze USA przybywali do Polski. Oni dostali rozkaz udania się do naszego kraju i go realizowali. My chcieliśmy, żeby znali historyczne podstawy tego rozkazu. Jednym z filarów współpracy polsko-amerykańskiej był właśnie gen. Ryszard Kukliński i jego misja. Podczas tego dnia obejrzeli film „Jack Strong” w reż. Władysława Pasikowskiego. Specjalnie dla nich został przygotowany multimedialny wykład oraz otrzymali książki. Także w Orzyszu wystawa „Generał Kukliński – Polska Samotna Misja” – którą swoim patronatem otoczył „Nasz Dziennik” – pozostanie w ich jednostce do końca sierpnia.
I jaką formę przybrały te spotkania?
– Starałem się kompleksowo przedstawić im, jakie znaczenie miała współpraca gen. Kuklińskiego z Amerykanami. To nie był szpieg ani agent. Współpraca między narodami nie jest też jednorazowym przypadkiem gen. Kuklińskiego. Ona sięga Tadeusza Kościuszki i Kazimierza Puławskiego. Później był rok 1920 i czasy I oraz II wojny światowej. Spotkania te nie przypominały wykładów akademickich. Nie chciałem im przekazać ogromu wiedzy, z którą nikt by nie dał sobie rady. To był 20-minutowy wykład z prezentacją. Były one dla dwóch grup. W sumie wysłuchało ich niecałe 500 amerykańskich żołnierzy. Plan jest taki, żeby taki dzień robić jeszcze w kolejnych jednostkach NATO w Polsce. A może konieczne też będzie, aby udać się z tymi informacjami do żołnierzy w innych częściach Europy. Chcemy, żeby Amerykanie wiedzieli, jak bardzo Polak pomógł im pokonać imperium zła.

