logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Europie potrzebna jest prawdziwa ewangelizacja

Piątek, 18 sierpnia 2017 (13:59)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mamy – jak się dzisiaj okazuje, niepotwierdzoną informację dotyczącą planów zlikwidowania świątyni katolickiej pw. św. Klemensa i w ogóle polskiej parafii w niemieckim Essen. Jak ją odczytać?

– Jeśli to prawda, to jest to bardzo smutna sprawa. Zwłaszcza że jak mówi mniejszość polska z Essen, jest to świątynia oblegana przez wiernych, przede wszystkim przez Polaków. W związku z tym wydaje się, że na poziomie duszpasterskim świątynia pw. św. Klemensa w Essen ma olbrzymie znaczenie, tym bardziej ujmujący jest protest, który się jawi.

Zamykanie kościołów w Niemczech ma być podyktowane oszczędnościami w związku ze spadkiem liczebności wiernych. Czy to nie jest dziwne?

– Nie wchodząc w szczegóły, może jednak należałoby się zastanowić, co zrobić, żeby poprawić frekwencję w kościołach, jak poprawić akcję duszpasterską, aby być bardziej autentycznym i  skutecznym w przekazie ewangelicznym. Tak czy inaczej, ze sprzecznych informacji jakie do nas docierają wynika, że ta parafia i ta świątynia nie borykała się z problemem frekwencyjnym. W związku z tym – oczywiście – można wyjść z założenia, że parafie się łączy, bez względu na to, gdzie wierni uczęszczają i tworzy się nową sieć parafii, ale przy tego typu działaniach zawsze warto sobie uświadomić, że miejsce, na którym stoi Dom Boży, jest miejscem poświęconym Panu Bogu, a więc ma wartość duchową nieporównywalną z żadną wartością finansową. Z tym miejscem ludzie się wiążą, co dotyczy nie tylko więzów emocjonalnych, ale także tradycji czy środowiska, które się tworzy czy zawiązuje wokół świątyni. Nie jest zatem tak, że jeśli się zlikwiduje parafię w jednym miejscu i przeniesie ją w inne, to odbędzie się to bez konsekwencji dla wspólnoty wiernych. Każda parafia ma potężny wspólnototwórczy charakter, również usytuowanie świątyni ma w tym wymiarze ogromne znaczenie. Proszę pamiętać, że wierni przychodzą do kościoła tylko w czasie nabożeństw, ale do swojej świątyni parafialnej uczęszczają również w innych okolicznościach, także kulturalnych. Jeśli zatem tego typu decyzje jak ta, o której rozmawiamy, zapadają, to muszą być one bardzo dobrze przemyślane.

Polacy z Essen mówią, że podobno jest już nawet kupiec, który na tej działce ma wybudować osiedle mieszkalne dla islamskich migrantów. O czym to świadczy?

– Póki co świadczy to tylko o tym, że jest kupiec. Raz jeszcze podkreślę, że dla nas, Polaków, katolików, wychowanych w wierze i tradycji chrześcijańskiej świątynia to miejsce szczególne i u nas w Polsce sprzedaż czy jakakolwiek forma zbycia kościołów, które mają potężną moc kulturotwórczą i oczywiście religijną, nie występuje. Dla nas – ludzi przywiązanych do wiary, tradycji i miejsc, w których żyjemy, także miejsc związanych z praktykami religijnymi, wszystkie transakcje, które dotykają naszej polskiej wrażliwości – zresztą bardzo pięknej – są niezrozumiałe i bardzo bolesne.     

Coraz częstsze są przypadki likwidowania czy wręcz zburzenia świątyń katolickich w Niemczech, ale podobne przypadki były już np. we Francji. Mamy do czynienia z dekulturyzacją i desakralizacją?

– Nie ulega wątpliwości, że w Europie Zachodniej, w Kościele zachodnim mamy do czynienia z potężnym kryzysem wiary, co przejawia się chociażby w praktykach religijnych, choć nie tylko w tym. Tak czy inaczej sprawa świątyni w Essen jest to najlepiej widoczny, najbardziej namacalny przejaw tego kryzysu. Oczywiście należałoby się zastanowić nad przyczynami tego zjawiska. Wprawdzie można twierdzić, co zresztą niektórzy to robią, że są to procesy nieuniknione, związane ze wzrostem dobrobytu na zachodzie itd. Nie ulega jednak wątpliwości, że współczesny świat, kraje wysoko rozwinięte nie wszystkie przeżywają takiego typu kryzysy religijności jak Europa Zachodnia. W związku z czym jest to fundamentalny problem, na który nie bardzo można znaleźć adekwatną odpowiedź oprócz tej, że być może będzie się próbować łączyć mniej liczne parafie, tworząc coś w rodzaju oszczędnościowych programów. Tyle że nie tędy droga. To nie jest kwestia pieniędzy czy oszczędności, ale jest to o wiele bardziej poważna sprawa.        

Jak odczytują to imigranci muzułmańscy, kiedy widzą, że w Europie, do której przybywają, likwiduje się świątynie katolickie, tym bardziej kiedy się słyszy, że na tych miejscach mają powstać blokowiska? Czy nie jest to przejaw słabości świata zachodniego i zachęta do narzucania nam kultury muzułmańskiej?

– Problem jest bardzo poważny. Jeśli wziąć pod uwagę możliwości asymilacyjne świata zachodniego, to trzeba powiedzieć, że im bardziej ten świat jest ateistyczny, tym mniej ma możliwości asymilacyjnych. Przybyszów muzułmańskich nie zasymiluje się tym, że da się im mieszkania, zasiłki czy nawet pracę, bo ich kultura jest tak przesiąknięta religijnością, że w momencie, kiedy się zderzają ze zateizowanym światem Zachodu, to zwyczajnie są przerażeni i takiego świata nie są w stanie zaakceptować. Stąd raz za razem pojawiają się skrajne postawy objawiające się w krwawych zamachach.

Czy jest to tylko walka o kościół jako świątynię czy może z walką o wiarę katolicką i utrzymanie kultury zachodniej?

– Ta walka nie wyraża się w tej konkretnej sprawie, w tym konkretnym kościele w Essen, gdzie mamy przykład mniej lub bardziej rzeczywistego sporu. Problem jest znacznie szerszy i wyraża się w tym, że ideologie, które zapanowały – zresztą nie od dzisiaj – na Zachodzie są z gruntu rzeczy sprzeczne z tradycją chrześcijańską. Mają one w sobie bardzo mocne elementy destrukcyjne, i to nie tylko w sferze czystej religii, ale również w sferze etycznej. Warto mieć świadomość, że etyka, moralność w dużym stopniu są pochodną wiary i ugruntowują nasze życie. I w tym względzie na Zachodzie mamy do czynienia z wojną kulturową i ateizacją zarazem i to od wielu, wielu lat, w związku z tym tego typu przykłady likwidacji czy zamiaru likwidacji miejsc kultu religijnego – kościołów są tylko ilustracją pewnego problemu, który albo się będzie chciało zauważyć i coś z tym zacząć robić, albo zaniechamy działań, a wówczas od katastrofy dzielić nas będzie zaledwie kilka kroków.

Dlaczego tak łatwo wyzbywamy się zasad, wiary, tradycji, które przed nami budowały pokolenia?

– Moim zdaniem, żyjemy w czasach, gdzie zwykli ludzie nie potrzebują Kościoła w wersji light Kościoła, który nie wypowiada się w zdecydowany sposób w sprawach wiary i moralności, a więc w kwestiach ważnych także społecznych czy politycznych, ale ludzie potrzebują dzisiaj Kościoła autentycznego, potrzebują duszpasterstwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Być może forma czy sposób duszpasterstwa tzw. otwartego, z jakim mamy do czynienia na zachodzie Europy, po prostu się nie sprawdziła. I warto podjąć ten temat, przeanalizować ten problem i wyciągnąć wnioski.  

Co powoduje, że Kościół w Polsce jest ciągle żywy, w przeciwieństwie do tego, z czym mamy do czynienia na Zachodzie?

– Kościół w Polsce, który przez dziesiątki lat zmagał się z komunizmem ateistycznym w sposób jednoznaczny, zdecydowany nigdy nie zrezygnował z wyznawania swoich zasad, z zasad Ewangelii. Był bezkompromisowy w walce z systemem komunistycznym, stąd przykład kapłanów, którzy stanęli w obronie wiary i wiernych, którzy nie dali się zwieść próbom ateizacji. Ten Kościół prześladowany, zahartowany w boju przetrwał i mimo oczywistych trudności stale wzrasta. Natomiast na Zachodzie w wielu wypadkach Kościół czy może raczej duchowni poszli na kompromis i stąd takie, a nie inne efekty. Pytanie zatem brzmi: – czy i komu jest potrzebny Kościół, który idzie na kompromis? Na te pytania powinni sobie odpowiedzieć duszpasterze posługujący w Europie Zachodniej. Współczesnej Europie potrzebna jest prawdziwa ewangelizacja, a nie cukierkowata, bez radykalizmu wiary. Tylko wiara i radykalne świadectwo może pociągnąć ludzi, natomiast religijność w wersji light nie jest dzisiaj nikomu potrzebna.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl