logo
logo

Zdjęcie: siostryzorlika.pl/ Inne

Święte symbole ocalały

Czwartek, 24 sierpnia 2017 (03:34)

Z siostrą Mironą Turzyńską, przełożoną prowincjalną Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej Prowincji Polskiej, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Jaki jest rozmiar zniszczeń w klasztorze Sióstr w Orliku po nawałnicy, która niedawno przeszła przez Kaszuby?

– Straty materialne, póki co, trudno oszacować. Chciałabym zaznaczyć, że straty te nie dotyczą budynku klasztoru. Obiekty klasztorne w Orliku są, a właściwie były otoczone terenem leśnym. Zniszczenia po nawałnicy dotyczą ogrodzeń klasztornych i wszystkiego, co jest związane z drzewami. Mamy pięć hektarów lasu i po wichurze ten las praktycznie zniknął. Zniszczeniu uległa przede wszystkim część lasu w bezpośrednim sąsiedztwie klasztoru, nasz park, do którego przybywało modlić się i wypoczywać wielu ludzi. W ten park zostały wkomponowane stacje Drogi Krzyżowej i figury świętych, jest też cmentarz. Po nawałnicy po parku została pustynia, nietknięte zostały tylko figury świętych i stacje Drogi Krzyżowej, natomiast cały teren jest doszczętnie zniszczony. Uporządkowanie, nie mówiąc już o odnowieniu lasu, wymaga olbrzymiego nakładu pracy. Trzeba wszystko wyciąć, po lesie zostanie tylko wspomnienie.

 

Obiekty klasztorne – jak Siostra wspomniała – ocalały.

– Same budynki i obiekty klasztorne są nienaruszone. Owszem, podczas nawałnicy, kiedy woda lała się strumieniami, zostały zalane piwnice, mimo zamkniętych okien wszędzie była woda. Dlatego pierwsze, co robiłyśmy, to przystąpiłyśmy do ratowania pomieszczeń, ale strat z tego tytułu na szczęście nie było.     

 

Zrobiła na mnie wielkie wrażenie informacja, że żywioł, który pustoszył wszystko, oszczędził święte figurki i krzyże.

– To rzecz niebywała, że wszystkie drzewa, które pod naporem wiatru się łamały, nie padały na klasztor, ale układały się równoległe wokół domu, a te, które padały na dom, ocierały się jedynie o ściany. Czasami brakowało zaledwie kilku centymetrów, aby drzewa zwaliły się na dach czy mury. Opatrzność Boża nad nami czuwała. Podobnie rzecz ma się z figurami świętych, które były zarzucone, przykryte gałęziami. Kiedy je odkrywałyśmy, za każdym razem przecierałyśmy oczy ze zdumienia, że wszystkie figurki są całe, nawet nie zostały draśnięte. Również doniczki z kwiatami stojące w grocie Matki Bożej Niepokalanej stoją tak, jak stały wcześniej.

Na drzewach były zawieszone stacje Drogi Krzyżowej i np. jedno drzewo, łamiąc się, ucięło drugie – ale powyżej stacji Drogi Krzyżowej, która została nietknięta. Jeśli zaś chodzi o cmentarz, to łamiące się drzewa spadały na nagrobki i część z nich jest lekko uszkodzona. Zniszczeniu uległo też całe ogrodzenie wokół cmentarza, które po tym, jak zwaliły się na nie ciężkie drzewa, całe jest do wymiany. To, co zadziwia nas i wszystkich, którzy przybywają do naszego klasztoru, to z jednej strony pustynia, jaka powstała po tym żywiole, a z drugiej – ocalałe wspomniane już znaki. Wiatr – jak widzimy – może zrobić wszystko, ale skoro po takiej nawałnicy mimo wielkich zniszczeń zachowały się nietknięte symbole wiary chrześcijańskiej, to możemy śmiało powiedzieć, że żadna moc, żadna nawałnica nie jest w stanie wyrwać wiary z naszych serc. Patrząc na te ocalałe figury i krzyże, wiemy, że Pan Bóg z nami pozostał. Tak to odczytujemy.

 

W tych trudnych chwilach Siostry nie pozostały same. Skąd nadeszła pomoc?

– W pierwszych godzinach po przejściu nawałnicy, już po północy, przy usuwaniu skutków burzy pomagali nasi sąsiedzi, którzy przecinali drogę, później przybyła straż pożarna. Zaraz następnego dnia rano – ponieważ nasi sąsiedzi musieli się zająć także usuwaniem zniszczeń ze swoich posesji – pomagały i wciąż, każdego dnia pomagają nam nasze rodziny mieszkające w pobliżu. Od rana do wieczora, jak mogą, nas wspierają. Jeden dzień pomagali nam również strażacy przysłani przez komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku, ponadto pomagają nam okoliczne parafie i sympatycy naszego klasztoru, m.in. członkowie Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, młodzież z okolicznych szkół, Caritas diecezjalna. Można powiedzieć, że serca są otwarte i pomocy jest bardzo dużo.

 

Jakie są w tej chwili najpilniejsze potrzeby?

– Potrzebne są ręce do pracy. Działania, które trwają od rana do wieczora, polegają na wycince i usuwaniu drzew. Potrzebny jest ciężki sprzęt i paliwo także do pił motorowych, bo musimy usunąć te zwalone drzewa, a następnie coś z nimi zrobić. Na razie składujemy je na jednym miejscu. Kolejnym krokiem będzie zasadzenie nowego lasu. Wcześniej teren wokół klasztoru żył, od rana towarzyszył nam śpiew ptaków. Po tej tragedii ptaki od nas odleciały. Widać, jak ptaki i zwierzęta są zagubione, bo tu były ich domy. Teraz tylko dźwięk pił motorowych zagłusza tę przykrą ciszę. Przeżywamy to bardzo, zwłaszcza jako franciszkanki, bo natura po dotknięciu kataklizmu została zachwiana.  

 

W ostatnią niedzielę w cieniu tej tragedii odbyły się uroczystości wielkiego jubileuszu 150-lecia przybycia Sióstr Franciszkanek na ziemie polskie.

– Na czas uroczystości przerwałyśmy naszą pracę. Przybyli do nas dostojni goście z Prymasem Polski ks. abp. Wojciechem Polakiem i księżmi biskupami. Ksiądz Prymas nawiedził też okoliczne wioski, które dotknęła tragedia, spotkał się z poszkodowanymi. Podczas Mszy św. ks. abp Polak, mimo iż była to nasza uroczystość, ze wzruszeniem wiele miejsca poświęcił w homilii poszkodowanym i tym, którzy im pomagają. W trakcie uroczystości ludzie w pobliżu pracowali i Eucharystia co rusz była przerywana rykiem pił motorowych, stąd nie sposób było zapomnieć o tym, co wyrządziła nawałnica. Przyszło nam świętować w cieniu tej wielkiej tragedii, radość przeplatała się ze smutkiem. Mimo to jubileusz się odbył i dziękowałyśmy, że 150 lat możemy służyć Panu Bogu i ludziom na ziemiach polskich.

 

Podczas uroczystości ks. bp Wiesław Śmigiel z diecezji pelplińskiej podkreślał, że w tym wydarzeniu – burzy i rozmiarze zniszczeń – można dostrzec symbol tego, co Siostry przeżyły w Polsce przez minione 150 lat.

– Ksiądz biskup Śmigiel dokładnie zapoznał się z naszą historią. Nasze siostry przywędrowały do Polski z Holandii poprzez Niemcy. Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej powstało w Holandii. Do Polski siostry zostały zaproszone przez katolików, szczególnie chojnickich. Przybyły na te ziemie w okresie zaboru pruskiego, gdy panowała germanizacja i Kulturkampf. Dlatego były tu tylko 10 lat i po prostu zostały wyrzucone. Wiatr historii wywiał je do Brazylii, skąd po 10 latach zostały ponownie zaproszone do Polski i rozpoczęły przepiękną, owocną pracę opiekuńczo-wychowawczą. Wybudowały wspaniały Zakład św. Boromeusza, w skład którego wchodziły: szpital, dom dziecka, przedszkole, szkoła elementarna i sierociniec. Po wybuchu I wojny światowej siostry w szpitalach pomagały rannym na froncie, nie zważając na ich narodowość. Część na skutek chorób zakaźnych poniosła śmierć. Kiedy przyszło „wyzwolenie”, Sowieci zamordowali jedną z naszych sióstr, która broniła dziewcząt przed gwałtami. W czasach komunistycznych władze odbierały nam jeden dom za drugim, szkołę, dom dziecka, szpital, szkołę gospodarstwa domowego.

Zbudowałyśmy w zamian mały dom, zostałyśmy w Chojnicach. Teraz pracujemy w szkole, posługujemy w szpitalu, prowadzimy też świetlicę popołudniową dla dzieci. Historia naszej posługi w tym regionie jest – można powiedzieć – od samego początku tragiczna, burzliwa. W innych miejscach było lepiej. Stąd – jak porównywał ks. bp Wiesław Śmigiel – ten kataklizm dziejowy dotykał przez minione 150 lat również siostry w Chojnicach, które wiele wycierpiały, ciężko pracowały fizycznie, umierały w młodym wieku. To był trudny czas także dla innych zgromadzeń zakonnych w Polsce. Dzisiaj dziękujemy Panu Bogu za wszystko, także za ostatnie doświadczenia związane z nawałnicą.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl