logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Niemcy ściągają nieszczęścia na Europę

Czwartek, 7 września 2017 (21:42)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, europosłem Prawa i Sprawiedliwości, członkiem Prezydium Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Komisja Europejska ma narzędzia i użyje ich, jeśli dialog z Polską w sprawie wypracowania rozwiązania dotyczącego praworządności będzie nie po myśli Brukseli. Jak Pan odczytuje wypowiedź Fransa Timmermansa podczas spotkania w ramach „Dialogu obywatelskiego” w Lublanie w Słowenii?

– To są słowa typowe dla człowieka, który w swojej retoryce zabrnął w ślepą uliczkę. Są one tym bardziej niezrozumiałe, że zarówno sam wiceprzewodniczący, jak i Komisja Europejska po pierwsze nie mają żadnych powodów, aby się pastwić nad Polską, a po drugie nie mają odpowiednich instrumentów, żeby nakładać kary na Polskę. Przypomnę, że do nałożenia sankcji potrzebna jest jednomyślność, której nie ma. W tej sytuacji kroki, jakie podejmuje Frans Timmermans, są bezproduktywne, a on sam stał się zakładnikiem tych działań. 

Timmermans w swoich atakach na Polskę jest wyrazicielem własnych poglądów?

– Na początku w KE było dwóch polityków zaciekle atakujących Polskę. Pierwszy to Frans Timmermans, a drugi to komisarz Günther Oettinger. W momencie, kiedy kanclerz Merkel zorientowała się, że postawa Oettingera i jego ostentacyjne publiczne angażowanie się w atakowanie Polski nie służy Niemcom, to ostudziła zapędy i uciszyła niemieckiego komisarza, który nagle zamilkł. Tak czy inaczej wszyscy są świadomi, że próby stawiania na baczność Polski są efektem zakulisowych działań Niemiec, ale nie każdy, kogo próbuje się obsadzić w roli atakującego, angażuje się w ten spektakl.

Można zatem wnioskować, że Timmermans jest bardziej użyteczny dla Niemiec od Oettingera?

– W tym kontekście rzeczywiście tak to wygląda i co istotne nie jest on Niemcem, co bezpośrednio nie rzutuje na wizerunek Berlina. Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się temu, kto zaczął ten cały spór i ataki, to Timmermans jest dla Niemiec użytecznym narzędziem. 

Timmermans w swoich atakach na Polskę nie przekracza prerogatyw w końcu tylko urzędnika unijnego?

– Wiceprzewodniczący KE nie tylko, że wykracza poza swoje kompetencje jako urzędnika unijnego, ale przekracza też granice prawdy. Ostatnio na posiedzeniu Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego poświęconym praworządności w Polsce wprowadził w błąd europarlamentarzystów, mówiąc, że w naszym kraju minister sprawiedliwości ma prawo – jednoosobowo, bez żadnych dodatkowych procedur powoływać i odwoływać sędziów. Kiedy polscy eurodeputowani zarzucili mu, że mówi nieprawdę, wówczas usłyszeli, że on czytał te ustawy, więc inni też powinni się z nimi zapoznać. W tej sytuacji trudno dyskutować z człowiekiem, który forsuje na siłę swoje tezy, nie popierając ich żadnymi merytorycznymi argumentami. Co by jednak nie powiedzieć, kłamstwo powielone wielokrotnie nie staje się prawdą.

W tych atakach Timmermans był mocno wspierany przez europosłów Platformy Michała Boniego i Różę Gräfin von Thun und Hohenstein, która na Twitterze stwierdziła, że „wiceprzewodniczącemu KE zależy na Polsce, na naszej demokracji i rządach prawa”…

– Tak jak wspomniałem, merytoryczna dyskusja powinna opierać się na prawdzie, dlatego trudno mi było zrozumieć postawę Timmermansa wobec Polski. Tym bardziej że wszystkie postulowane przez polski rząd zmiany w wymiarze sprawiedliwości obowiązują już w innych państwach Unii. Niestety, te argumenty nie docierają do wiceprzewodniczącego KE, który w swojej retoryce jest wspierany przez polityków tzw. totalnej opozycji.

Jaki jest zatem cel tych ataków, bo chyba nie obrona praworządności czy szerzej demokracji w Polsce?

– Jak wygląda praworządność w wydaniu unijnym, możemy zaobserwować chociażby w Niemczech, gdzie urzędująca kanclerz – de facto – naruszając prawo międzynarodowe, europejskie i niemieckie, zezwoliła na nieograniczony napływ imigrantów muzułmańskich do własnego państwa. I mimo tych oczywistych faktów KE – jakby się nic nie stało – przechodzi nad tymi faktami do porządku dziennego. Niemiecka policja w zasadzie nie ściga sprawców kradzieży dokonywanych przez pozaeuropejskich imigrantów. W Berlinie wypłaca się ryczałtowe odszkodowania właścicielom sklepów. Ryczałtowe, bo nikt nie ewidencjonuje prawdziwych strat. Rodziców poucza się, by ich córki, idąc do szkoły, nie nosiły krótkich spódniczek, bo tylko prowokują. We Francji natomiast mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym, który obowiązuje od 2015 r., gdzie zawieszone są podstawowe prawa i wolności obywatelskie, a Francuzi przechodzący ulicami są wielokrotnie rewidowani. Na ulicach stale znajduje się wojsko z bronią automatyczną wycelowaną w przechodniów. Doprowadzono do skrajnych sytuacji, skutkiem czego jest pozbawianie swoich obywateli podstawowego prawa do bezpieczeństwa, a jednocześnie doprowadza się do samobójstwa etnicznego własnego państwa. I to są przykłady państw, gdzie każdego dnia łamane są prawa człowieka, prawa obywatelskie, gdzie łamana jest praworządność, gdzie kanclerz Niemiec Angela Merkel jednym słowem – bo, jak sprawdzono, nie wydała żadnego dokumentu – wydaje polecenia, które godzą w bezpieczeństwo Europy i nic się z tym nie robi. Są to zatem państwa, gdzie należałoby się zastanowić, co zrobić, żeby przywrócić praworządność, prawa obywatelskie, tymczasem atakuje się Polskę. W przypadku Polski nie ma sytuacji podobnych do tych z Niemiec czy Francji. Polska wchodzi na podmiotową drogę, realnych kształtów nabiera projekt Trójmorza, prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump jako pierwsze państwo w Europie odwiedza Polskę, udzielając nam znaczącego poparcia. To wszystko pokazuje, że stajemy się podmiotem, a nie – jak to było za rządów koalicji PO – PSL – przedmiotem relacji międzynarodowych.

To jednak nie podoba się przywódcom zachodniej Europy i unijnym biurokratom…

– Dokładnie. Dlatego dzisiaj ci, którzy przez lata uważali Unię Europejską za swoją własność, uznali, że trzeba znaleźć Polsce zajęcie i stąd te ataki, które musimy odpierać. Odpowiadając na zarzuty, polskie MSZ musi przygotowywać różne dokumenty. Zastanawiam się, czy należy odpowiadać na pisma unijnych biurokratów, skoro dokumenty przygotowywane przez nas przez kilka tygodni z należytą starannością przy zastosowaniu pogłębionych analiz trafiają do KE, po czym na drugi dzień jeden z kilkudziesięciu rzeczników Komisji oświadcza, że ten dokument ich nie satysfakcjonuje, jednocześnie przyznając, że oni go jeszcze w pełni nie przeanalizowali. Z kolei Timmermans mówi, że on się nie zgadza z odpowiedzią polskiego rządu, po czym dodaje, że jeszcze czyta ten dokument. Mało tego – jak twierdzi – wiedzę o Polsce czerpie z doniesień prasowych, nie podając nawet dokładnych źródeł. Czy tak mają wyglądać podstawy działań i formułowanie wniosków przez jeden z najważniejszych organów UE? To wszystko świadczy tylko o jednym – że są to działania bardzo niepoważne.

To jest niepoważne z jednej strony, a z drugiej bardzo niebezpieczne. Wszystko bowiem pokazuje, jakby te elity unijne wspierane przez Niemcy i Francję dążyły do obalenia polskiego rządu...

– Obawiam się, że ma pan rację. Zresztą nie jest niczym nowym w historii Polski, że rząd niemiecki próbuje wpływać na to, co się dzieje w naszym kraju. Natomiast nie możemy się tym zniechęcać, a tym bardziej ulegać tej presji, ale działać zgodnie z polską racją stanu i w sposób podmiotowy dbać o interesy Polski i Polaków. Widać bowiem, że nie podoba się to, że nie można już rozkradać państwa polskiego, że polscy obywatele przestają być tanią siłą roboczą, że Polska przestała być strefą wpływów m.in. niemieckich. To wszystko wywołuje niezadowolenie, kontrreakcję, ale nie przejmowałbym się tym aż nazbyt, bo te wszystkie działania są kontrskuteczne. Polska się rozwija, państwo funkcjonuje prawidłowo. Natomiast to, czego się obawiam, to że za jakiś czas za naszą zachodnią granicą możemy mieć kalifat i będziemy musieli jako Polska udzielać azylu Niemcom prześladowanym w swoim dawnym państwie przez islamistów. Oczywiście nie wszystkich damy radę przyjąć, co powinno być jasne.

Jaka była intencja Angeli Merkel, która podejmowała decyzję o otwarciu granic Europy dla imigrantów muzułmańskich?

– Wszyscy zadają sobie to pytanie, nie mogąc zrozumieć, co może kierować przywódcą państwa, który swojemu narodowi, więcej – całej społeczności europejskiej gotuje zagrożenie w postaci fali terroru, która napływa wraz z imigrantami. Owszem, niektórzy twierdzą, że chodziło o tanią siłę roboczą, co potwierdzały późniejsze ustalenia relokacyjne wskazujące, że Niemcy postanowili zrobić selekcję tych przybyszów, czyli zdolnych i chętnych do pracy pozostawić u siebie, a resztę rozdzielić po innych państwach członkowskich, nie licząc się z ich zdaniem. Są też inne teorie wyjaśniające, o co w tym wszystkim chodzi. Fakt faktem, że wraz z napływem ogromnej fali imigrantów muzułmańskich doprowadza się do zagrożenia dla kultury i tradycji europejskiej. Tym samym stwarza się niebezpieczny precedens polegający na wyprowadzeniu naszej religii i symboli chrześcijańskich z przestrzeni publicznej, które jakoby mają urażać uczucia muzułmanów. Tak czy inaczej współczesna Europa nie jest już tym kontynentem, który wyrasta i zachowuje wierność swoim chrześcijańskim korzeniom, ale jest mieszanką etniczną, gdzie ma dominować multikulturalizm. To jest ślepa uliczka, ścieżka prowadząca wprost nad przepaść.

Co można zrobić, żeby zastopować tę samodestrukcję?

– Można nie wpuszczać islamistów w granice kontynentu europejskiego. Dać im wyraźnie do zrozumienia, że nie ma tu dla nich miejsca. Problemem są też ci, którzy już przybyli do Europy, nie asymilują się, ale systematycznie w sposób naturalny oraz przez sprowadzanie rodzin i dalszych krewnych zwielokrotniają swoje szeregi. Tę falę należy zatrzymać. Ci ludzie powinni pozostać w obrębie swojej kultury, w swoim kręgu cywilizacyjnym, w regionach swego pochodzenia. Są bogate państwa arabskie, jak np. Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Bahrajn i inne państwa Zatoki Perskiej, gdzie ci ludzie czuliby się dużo lepiej niż u nas. I w tym kierunku powinna zmierzać polityka. 

Tyle tylko, że refleksji i zmiany tej polityki migracyjnej nie widać. Kanclerz Merkel podczas niedawnej debaty z Martinem Schulzem powiedziała wyraźnie, że gdyby miała raz jeszcze podjąć decyzję o przyjmowaniu imigrantów, zrobiłaby dokładnie to samo…        

– Kanclerz Merkel brnie, idąc niejako w zaparte. W Niemczech trwa kampania wyborcza i gdyby zmieniła stanowisko, to wynik jej partii CDU mógłby być gorszy. W tej sytuacji trudno, żeby przyznała, że popełniła błąd. Niemcy mają to do siebie, że co jakiś czas w historii ściągają nieszczęścia na Europę. Nie inaczej rzecz ma się obecnie ze ściąganiem imigrantów muzułmańskich.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl