Minął tydzień, odkąd rozpoczął się protest głodowy lekarzy rezydentów. Sił pewnie ubywa z każdym dniem. A co z zapałem? Czy jest taki sam jak na początku?
– Obecnie w Dziecięcym Szpitalu Klinicznym w Warszawie protest głodowy aktywnie prowadzi ok. 20 lekarzy rezydentów. Trzy osoby ze względów zdrowotnych z powodu osłabienia zostały zdyskwalifikowane, ale ich miejsce zajmują kolejne. Więc zapał jest, bo cel, jaki nam przyświeca, jest szczytny. Protestujący nie mają zamiaru szybko zrezygnować z tej formy protestu.
Czujecie wsparcie ze strony swoich starszych kolegów lekarzy specjalistów?
– To wsparcie jest coraz większe. Otrzymujemy szereg wiadomości, głównie poprzez Facebooka, z wyrazami poparcia. Czytamy też komentarze, jakie pojawiają się pod artykułami w internecie, opisującymi nasz protest, gdzie lekarze specjaliści się wypowiadają, podkreślają, że są dumni z młodszych kolegów rezydentów i trzymają za nas kciuki. W sobotę ponad pięćset osób ze środowiska lekarskiego, głównie rezydenci, ale też nasi starsi koledzy specjaliści oraz studenci medycyny z całej Polski przybyli do Warszawy, aby przed Ministerstwem Zdrowia uczestniczyć w pikiecie, domagając się spełnienia naszych słusznych postulatów. Ponadto otrzymujemy wsparcie poprzez zamieszczanie ważnych informacji o proteście na portalach społecznościowych. Między innymi na portalu Mp.pl – Medycyna Praktyczna stanowiącym źródło bieżących fachowych informacji, z którego korzysta wielu lekarzy, podczas logowania pojawia się komunikat o proteście głodowym, co również wskazuje na to, że nie jesteśmy sami, że środowisko medyczne jest z nami. Głodujących odwiedzają też specjaliści – to wszystko są pozytywne sygnały.
O co w tym proteście chodzi lekarzom rezydentom? Bo w powszechnej opinii utarło się, że lekarze – także w trakcie specjalizacji – zarabiają niezłe pieniądze?
– Głównym postulatem lekarzy rezydentów nie jest podwyżka płac, ale wzrost nakładów na ochronę zdrowia, które są jednymi z najniższych w Europie, do poziomu 6,8 proc. PKB w trzy lata, z drogą dojścia do 9 proc. przez najbliższe dziesięć lat. Domagamy się też zmniejszenia biurokracji, skrócenia kolejek pacjentów do świadczeń medycznych, zwiększenia liczby pracowników medycznych, poprawy warunków pracy, a dopiero na końcu jest postulat podwyższenia wynagrodzeń. To, że lekarze rezydenci zarabiają za mało, jest oczywiste. Pensja w wysokości 2200 złotych netto przez kilka lat dla młodego specjalizującego się lekarza, który musi pokrywać koszty szkoleń, kursów, wyjazdów czy noclegów, jest w naszej ocenie zbyt niska, zważywszy, że często mamy na utrzymaniu rodziny. Jeśli zatem chcemy zarobić więcej, musimy nadrabiać to nadgodzinami, czyli dyżurami. Ale to nie jest właściwa droga, bo lekarz, aby mógł właściwie wypełniać swoje obowiązki wobec pacjentów, nie powinien być zbytnio przepracowany.
Szef OZZL Krzysztof Bukiel mówi wprost o nędzy finansowej w służbie zdrowia. Jak stwierdził, kilkanaście tysięcy osób rocznie umiera w Polsce tylko dlatego, że rządzący nie mają sumienia podnieść nakładów na opiekę zdrowotną. To poważny zarzut…
– Ciężko się nie zgodzić z doktorem Bukielem, bo jeśli spojrzeć szerzej na konsekwencje niedofinansowania systemu ochrony zdrowia, to na powierzchnię wychodzą też braki kadrowe. Jednak nie wynikają one z lenistwa lekarzy, ale ze zbyt małej ich liczby. Dotykamy tu dwóch czynników: pierwszy to imigracja zewnętrzna, która trwa w najlepsze, a której nie potwierdza minister zdrowia; drugi czynnik to imigracja wewnętrzna, która oznacza odchodzenie lekarzy do innych sektorów, m.in. do firm farmaceutycznych, do badań klinicznych czy po prostu do innych zawodów. To powoduje niedobór lekarzy i wydłużające się kolejki. Efekt jest taki, że choroba staje się przewlekła, często z przyczyn niezależnych od lekarza jest leczona w nieprawidłowy sposób, co w konsekwencji prowadzi do skrócenia życia pacjenta. To wszystko sprawia, że ochrona zdrowia w Polsce przeżywa regres i jeśli nie chcemy doprowadzić do całkowitej jej zapaści, to trzeba przestać mówić, a zacząć działać.
Czy młodzi lekarze chcą wyjeżdżać z Polski na Zachód, bo tam jest lepiej? Jak wielu decyduje się na szukanie pracy za granicą?
– Jedno z haseł skandowanych w sobotę podczas pikiety przed Ministerstwem Zdrowia brzmiało: „Chcemy leczyć w Polsce”. Tak naprawdę zdobywamy wykształcenie w Polsce, tu są nasze rodziny i z Polską chcemy wiązać swoją przyszłość w zawodzie lekarza, ale chcemy żyć godnie. Stąd część z nas, nie widząc szansy na rozwój, decyduje się na wyjazd za granicę. Ilu wyjeżdża, to w tej chwili trudno mi powiedzieć, bo nikt nie prowadzi takich statystyk. Natomiast o tym, że liczba lekarzy wyjeżdżających do pracy za granicę wzrasta, świadczy liczba zaświadczeń o prawie wykonywania zawodu lekarza, które są pobierane z izb lekarskich. Taką tendencję czy chęć wyjazdu obserwujemy u naszych młodszych kolegów, którzy już podczas studiów deklaruje chęć wyjazdu z Polski. Część z nich rzeczywiście realizuje swoje plany.
Z głodującymi lekarzami dwukrotnie spotkał się minister zdrowia, ale porozumienia wciąż nie ma. Co wynika z tych rozmów?
– Przede wszystkim dowiadujemy się, że nasze postulaty są coraz częściej rozumiane, że po analizach rządzący dochodzą do wniosku, że są to słuszne postulaty. I to – zważywszy na to, że do tej pory z naszymi żądaniami odbijaliśmy się niczym od ściany – stanowi pewien progres. Niezmiennie jednak – z drugiej strony – słyszymy, że na spełnienie naszych postulatów w ochronie zdrowia nie ma pieniędzy. Domagamy się jednak takich działań rządu, aby na tak ważny społecznie obszar środki mimo wszystko się znalazły.
I to jest warunek przerwania protestu?
– Dokładnie.
Jaka jest granica kompromisu? Jak daleko lekarze rezydenci są w stanie ustąpić od swoich żądań?
– Rząd jakiś czas temu zaproponował jako minimum dojście w okresie 10 lat do poziomu 6,8 proc. PKB, co jest minimum stanowiącym bezpieczeństwo zdrowotne obywateli Polski. Natomiast my – jak już wspomniałem – postulujemy, aby dojście do minimum nastąpiło maksymalnie w trzy lata. Sytuacja jest poważna – o czym wie każdy, kto korzysta ze świadczeń medycznych – dlatego musi zwyciężyć rozsądek. Ciężko jednak mówić o kompromisie, kiedy domagamy się minimum.
Sprawa jest najpewniej ważna, skoro udział w mediacjach pomiędzy głodującymi lekarzami a resortem zdrowia zadeklarował rektor Uniwersytetu Medycznego w Warszawie prof. Mirosław Wielgoś...
– Jesteśmy wdzięczni prof. Mirosławowi Wielgosiowi, który nas wspiera, także nasze postulaty. Nam zależy też na tym, aby lepiej, bardziej efektywnie realizować program szkolenia specjalizacyjnego, a więc jeszcze lepiej się kształcić. Na razie sytuacja wygląda tak, że z uwagi na brak lekarzy specjalistów to na rezydentach w dużej mierze oparty jest system, co niestety negatywnie wpływa na jakość naszego kształcenia. Poza tym w praktyce nie są realizowane wszystkie procedury, które powinniśmy spełnić, bo z konieczności przymykamy na to oko. Oczywiście konsultanci krajowi, którzy ustalają warunki kształcenia, próbują utrzymać standardy, ale często sprowadza się to do zachowania standardów jedynie na poziomie „papierów”, a rzeczywiste kształcenie niestety kuleje. Ponadto domagamy się powołania ponadpartyjnego zespołu ekspertów, który przeprowadzi rzeczywistą, a nie tylko pozorowaną reformę systemu ochrony zdrowia w Polsce, oraz rozpoczęcia prac nad obywatelskim projektem ustawy o warunkach zatrudnienia medyków w Polsce. Te i inne żądania w formie petycji zostały złożone na ręce ministra zdrowia jeszcze przed rozpoczęciem protestu głodowego. W ostatnich dniach częstotliwość spotkań z przedstawicielami resortu zdrowia się poprawiła. Czekamy tylko na efekty. Wychodzimy z założenia, że kropla drąży skałę.
Jednak co dalej? Czy są inne scenariusze, jeśli Wasz protest nie przyniesie spodziewanych efektów?
– Protest głodowy lekarzy rezydentów będzie trwał dopóty, dopóki wystarczy nam sił. W zanadrzu mamy jeszcze inne formy nacisku na rząd, które jako młodzi lekarze jesteśmy gotowi podjąć. Chodzi o to, że nie będziemy robić tego, czego jako lekarze rezydenci nie musimy, a więc podejmować pracę w dodatkowych miejscach. Jeśli przestaniemy dyżurować ponad to, co jest wymagane w programach specjalizacji, to powstanie bardzo duży problem w obsadzeniu zarówno Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych, jak i w gabinetach Podstawowej Opieki Zdrowotnej. Kłopot będzie też z udzielaniem nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej. Wówczas okaże się, że król jest nagi, że nasze postulaty są słuszne, bo zostaną obnażone faktyczne braki w obsadzie lekarskiej, które na razie wypełniają lekarze rezydenci. Co bardzo istotne, nie będzie to forma odchodzenia przez nas od pracy, od pacjentów, tylko pokazanie faktów, że my naprawdę pracujemy ponad siły, ponad to, co jest od nas wymagane w Kodeksie pracy.
Czy to jednak nie otworzy furtki Ministerstwu Zdrowia, które podobno już rozważa wariant uzupełnienia kadr lekarskich medykami zza naszej wschodniej granicy?
– Ale to się już odbywa, co widzimy chociażby w szpitalach, gdzie zaczynają pracować koledzy lekarze z Białorusi czy Ukrainy. Jednak nie jest to żadne rozwiązanie, bo bardzo często okazuje się, że okres, na który oni decydują się podjąć pracę w Polsce, jest bardzo krótki. Szybko bowiem dociera do nich, że realia, warunki pracy i płacy u nas odbiegają od ich oczekiwań, w związku z czym dużo chętniej wybierają takie kierunki jak np. Czechy czy Słowacja, gdzie zarobki lekarzy są dużo bardziej atrakcyjne, a docelowo swoją przyszłość wiążą z pracą w Niemczech i innych krajach zachodniej Europy. W tej sytuacji trudno mówić o tym, że medycy ze Wschodu stanowią dla naszych lekarzy realną konkurencję na polskim rynku. Fakt faktem nasi lekarze powinni leczyć w Polsce. Dlaczego mamy emigrować, skoro tutaj jest nasz dom, skoro tu się wykształciliśmy, tu mamy rodziny? My nie chcemy wyjeżdżać z Polski. Oczekujemy, że polskie władze stworzą nam tu, na miejscu, odpowiednie warunki do pracy, możliwość podnoszenia swoich kwalifikacji, a także godne warunki płacowe. Między innymi o to walczymy, podejmując protest głodowy. To także akt naszej desperacji.
Tyle że nie wszystkie media odnotowują protest głodowy lekarzy rezydentów…
– Telewizja publiczna zupełnie pomija fakt naszego protestu, który trwa już od siedmiu dni. Jest nam bardzo przykro z tego powodu. Owszem, w „Wiadomościach” TVP pojawiła się informacja – o ile pamiętam – o skróceniu kolejek oczekujących na operację usunięcia zaćmy. Zapowiedziano też skrócenie kolejek do operacji ortopedycznych. Podkreślono, że rząd zauważa problem. Natomiast nie ma żadnych propozycji rozwiązań w obszarach, o których my mówimy.

