logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Wracamy do rdzennych polskich nazw

Wtorek, 10 października 2017 (19:57)

Z Sylwestrem Chruszczem, posłem ruchu Kukiz'15, zastępcą przewodniczącego sejmowej komisji infrastruktury, inicjatorem zmian dotyczących wprowadzenia polskiego nazewnictwa miast na drogowskazach, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jest Pan inicjatorem wprowadzenia zmian dotyczących nazewnictwa zagranicznych miast na drogowskazach, które będą pisane po polsku. Jak zrodził się ten pomysł?

– W 2005 r., gdy jako posłowie do Parlamentu Europejskiego jeździliśmy z zachodniej Europy do Polski, przejeżdżając przez Niemcy – we wschodnich landach – widzieliśmy na znakach drogowych napisy wyłącznie w języku niemieckim, które informowały, że dojedziemy do „Stettina” zamiast Szczecina, do „Posen” zamiast Poznania i do „Breslau” zamiast do Wrocławia. Wówczas też rozpoczęliśmy batalię o to, żeby te znaki zmienić. Były listy, interpelacje, zapytania dotyczące tego, czy istnieją odpowiednie przepisy uregulowania odnośnie drogowskazów, na których widnieją nazwy miast. Chodziło w szczególności o to, w jakim języku na drogowych tablicach informacyjnych powinny być umieszczone nazwy miast państw ze sobą sąsiadujących. Uzyskaliśmy informacje, że kwestie dotyczące znaków drogowych reguluje „Konwencja o znakach i sygnałach drogowych” tzw. Konwencja wiedeńska z 1968 r., która w przypadku oznakowania nazw miejscowości zaleca umieszczać nazwy docelowe w języku danego kraju. Dlatego – na tej podstawie – wystąpiliśmy do wschodnich landów niemieckich: Saksonii, Brandenburgii i Pomorza Przedniego z wnioskiem o zmianę znaków drogowych w Niemczech.

Jaki był odzew?

– Bardzo pozytywny. Niemcy bodajże do 2009 r. większość tych znaków zmienili. Efekt jest taki, że przejeżdżając przez Niemcy w kierunku Polski, widzimy znaki informujące nas, że jedziemy Szczecina, Poznania czy Wrocławia. Niemcy zrobili to w ten sposób, że na znakach – owszem – zostawili swoje nazwy etniczne, ale w nawiasie napisali polskie nazwy. Tym samym zachowali tzw. Konwencję wiedeńską. My Polacy czy kierowcy tranzytowi, kierowcy turystyczni z Europy zmierzający w kierunku Polski wiedzą dzisiaj, że jadą Szczecina, Poznania czy Wrocławia. Na znakach umieszczane są nie tylko miasta wojewódzkie, ale także nazwy miast powiatowych, stąd jedziemy do Gryfina, a nie do Greifenhagen.            

Czemu ma służyć zaproponowana przez Pana zmiana?

– Poprzednie nazewnictwo sprawiało, że nie tylko my Polacy, ale także kierowcy, którzy jechali np. z Portugalii do Białorusi, mogli nie wiedzieć i najczęściej nie wiedzieli, co oznacza nazwa Stettin, której nie było w żadnym atlasie drogowym czy w przewodnikach. To stwarzało cały szereg problemów także turystom, pielgrzymom czy kibicom udającym się na zawody sportowe.

Niemcy zareagowali pozytywnie, a teraz przyszedł czas na zmiany na polskich znakach drogowych…

– Nasze znaki drogowe też – niestety – nie informują, do jakich miast za granicą się udajemy. I tak póki co na drogowskazach możemy przeczytać, że jedziemy np. do Kaliningradu, L’viva czy Bautzen, a powinno być do Królewca, Lwowa czy Budziszyna. To też należało zmienić.

Jednak żeby wprowadzić zmiany dotyczące nazewnictwa na drogowskazach, konieczne były zmiany ustawy – Prawo o ruchu drogowym i ustawy o języku polskim. To chyba nie było proste?

– Rzeczywiście nie było to ani łatwe, ani proste. Jednak wbrew twierdzeniom specjalistów przygotowałem projekt ustawy umożliwiający wprowadzenie zmian na polskich znakach drogowych, który złożyliśmy w Sejmie. Uczyniliśmy to podobnie jak to uczyniła strona niemiecka, czyli zgodnie z „Konwencją o znakach i sygnałach drogowych”, zgodnie z europejskimi normami, które tak często przywołują nasi adwersarze. Przeprowadziliśmy także szereg konsultacji w ministerstwach, w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, które przebiegły bardzo dobrze. Jednak Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa poprosiło nas o zmianę filozofii przeprowadzenia zmian nazewnictwa na znakach drogowych. Ostatnio sejmowa komisja infrastruktury wycofała nasz projekt ustawy, jednocześnie otrzymaliśmy zapewnienie, że ministerstwo wprowadzi te zmiany nie ustawą, a rozporządzeniem. Zostanie przygotowana nowelizacja Rozporządzenia Ministra Infrastruktury w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych oraz urządzeń bezpieczeństwa ruchu drogowego i warunków ich umieszczania na drogach. Tak czy inaczej w Polsce będziemy stosować – jako główną – polską nazwę miejscowości z jednoczesnym zapisem w nawiasie nazwy docelowej. I tak na znakach drogowych pojawi się informacja, że jedziemy do Lwowa (L’viva), do Królewca (Kaliningradu), do Wilna (Vilniusa) czy do Budziszyna (Bautzen).

Czyli aby osiągnąć cel, nie trzeba będzie zmiany ustawy…?

– Nie, nie trzeba będzie zmieniać ustawy, co jest również łatwiejsze dla resortu infrastruktury, które jednakowoż wprowadzi także szereg innych, istotnych zmian także w formie rozporządzenia. Skoro efekt będzie taki sam, to dla nas nie ma znaczenia forma, w jakiej się to dokona. Zatem resort wprowadzi znaki drogowe, również inne dobre projekty, uwzględniając naszą argumentację, która została przyjęta na posiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury przez wszystkie ugrupowania polityczne. Podziękowania należą się wszystkim, którzy zaangażowali się w ten projekt zmian. Za wsparcie i pomoc dziękuję ministrowi infrastruktury i budownictwa Andrzejowi Adamczykowi oraz przewodniczącemu sejmowej komisji infrastruktury Bogdanowi Rzońcy.   

Kiedy znaki zostaną zmienione?

– W naszym pomyśle nie zakładaliśmy natychmiastowej zmiany na wszystkich znakach drogowych. One mają być wprowadzane sukcesywnie przy okazji wymiany znaków, przy remontach itp. Początek zmian ma nastąpić w trzecim kwartale przyszłego roku. Koszty pokryją zarządcy dróg publicznych. Jednak zapewniam, że warto, bo jest to rzecz pożyteczna i konieczna dla bezpieczeństwa w ruchu drogowym oraz dla poprawności języka polskiego, jest też ważna z punktu widzenia naszej narodowej tożsamości. W naszej historii, w naszej kulturze ciągle powinny funkcjonować rdzenie polskie nazwy Królewiec, Lwów, Wilno czy Budziszyn. W trakcie naszej rozmowy koncentruję się na tych czterech nazwach, bo są one symboliczne, ale jest ich oczywiście znacznie więcej i co ważne, pokazują one nasz – polski kierunek myślenia.

Skoro – jak się wydaje – są to sprawy tak oczywiste, to dlaczego na zapoczątkowanie tych zmian trzeba było czekać aż tak długo, dlaczego nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi?

– Te pytania zadaję sam sobie już właściwie od 2006 r., ten kierunek myślenia powinno reprezentować Ministerstwo Spraw Zagranicznych, resort infrastruktury. To jest sprawa oczywista i tego typu zmiany powinny być przeprowadzone zaraz po 1989 r., niestety tak już jest w naszym kraju, że my, Polacy, zbyt często popełniamy błąd zaniechania, do pewnych spraw dojrzewamy wolniej, musimy odkłamywać naszą historię, musimy ją prostować czy odkrywać kolejne białe plamy. Tak było chociażby z Żołnierzami Niezłomnymi, którzy dopiero teraz – tyle lat po upadku komunizmu – wychodzą z cienia i są stawiani za wzór dla młodego pokolenia. Przez wiele lat wmawiano nam, że polskie banki, polski system bankowy nie mogą być w polskich rękach, że lepiej będzie, jak będziemy się uczyć od innych, jak gospodarować. Również polskie znaki drogowe z takim, a nie innym nazewnictwem są efektem zaniedbań wielu ostatnich lat.

Wspomniał Pan wcześniej o konsultacjach w ministerstwach czy z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad, a co o tych zmianach nazewnictwa na drogowskazach sądzą Polacy, jaki jest odbiór społeczny?

– Generalnie odbiór jest bardzo pozytywny. Otrzymaliśmy bardzo dużo pozytywnych i miłych sygnałów ze strony środowisk i organizacji kresowych z całej Polski i nie tylko. Przychylnie na ten projekt patrzą kierowcy, stowarzyszenia zrzeszające firmy przewozowe oraz od zwykłych obywateli, którym ten pomysł bardzo się podoba.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl