logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Polskość bez katolicyzmu się nie ostoi

Sobota, 11 listopada 2017 (22:07)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II oraz Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Profesorze, za nami obchody 99. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Umiemy świętować uroczystości, wydarzenia tak ważne dla naszej państwowości?

– Wydaje się, że z roku na rok jest z tym coraz lepiej. Oprócz uroczystości oficjalnych, państwowych organizowane są oddolnie uroczystości. Również coraz więcej biało-czerwonych flag pojawia się na budynkach nie tylko urzędów państwowych, ale również na budynkach czy domach prywatnych. Przybywa Polaków, którzy są zafascynowani polskością i w ten sposób chcą manifestować swoją narodową dumę, swój patriotyzm. Wydaje się, że coraz więcej ludzi ma świadomość, jak wielką wartością jest niepodległość.

Tegoroczny Marsz Niepodległości w Warszawie odbywał się pod hasłem „My chcemy Boga”. Czy to oznacza, że coraz bardziej dostrzegamy, że bez Boga nie ma przyszłości, nie ma też wolności?

– Nawiązywanie do tego hasła ma różne źródła. Z jednej strony jest to nawiązanie do wypowiedzi prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na placu Krasińskich w Warszawie, który mniej więcej tak pokazywał nasze zmagania i walkę z komunizmem, szczególnie w kontekście milenijnym, czyli roli Kościoła, w tym również św. Jana Pawła II, w tych zmaganiach. Z drugiej strony należy pamiętać, że polska niepodległość uzyskana w 1918 r. bardzo szybko musiała się zetrzeć z bolszewicką Rosją, która do nas dotarła nie tylko militarnie, ale również propagandowo, oferując bardzo modny wówczas w Europie system czy ideologię komunistyczną, ateistyczną. Polacy się temu narzuconemu z góry reżimowi oparli, dlatego że jako naród – przynajmniej w masowym tego słowa znaczeniu – żyliśmy wiarą katolicką. A więc to „My chcemy Boga”, które tak wyraźnie zabrzmiało podczas wizyty Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce 2 czerwca 1979 roku na placu Zwycięstwa, było de facto masowym odrzuceniem ateizmu bolszewickiego. I to jeśli ktoś rzeczywiście, szczerze i twardo stoi na gruncie patriotycznym, a nie kosmopolitycznym, to bardzo często, albo przynajmniej w dużej mierze, dochodzi do takiej oto konstatacji, że polskość i katolicyzm są nierozłączne. Polskość bez katolicyzmu się nie ostoi, i to jest pewne. To stwierdził już Roman Dmowski w znanej książce pt. „Kościół, naród i państwo”, pisząc, że: „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”.

Czy to hasło dzisiejszego Marszu Niepodległości w Warszawie może być wskazaniem dla współczesnej Europy, coraz bardziej odchodzącej od chrześcijańskich korzeni?

– Wydaje się, że jest to wskazanie, iż my nie chcemy ateizmu neomarksistowskiego, który zawładnął Europą. Zmagania cywilizacyjne, a w konsekwencji porażki Europy, są pochodną odrzucenia czy odcięcia się od własnych korzeni. I „My chcemy Boga” jest jak gdyby zawołaniem, że my chcemy powrotu do życiodajnych korzeni, które ożywiają, nadając sens całemu życiu narodowemu. W kontekście tego, co się wydarzyło we Francji po wyroku Rady Stanu, która nakazała usunięcia pomnika św. Jana Pawła II w miejscowości Ploermel w Bretanii, gdzie duża część Francuzów, a przede wszystkim społeczeństwa, wielu państw opowiedziały się za krzyżem, jest doskonałą odpowiedzią na ateizację czy wręcz na dyktaturę ateizmu, która ma miejsce w wielu krajach Unii Europejskiej.

Św. Jan Paweł II mówił, że wolność, a więc też niepodległość, została nam dana, ale też zadana. Jak my, Polacy, zdajemy ten egzamin dzisiaj, w czasach względnego pokoju?

– Niepodległość czy wolność to jest tylko pewna możliwość decydowania o sobie. I to jest ważne, bo człowiek czy też wspólnota narodowa powinna mieć tę możliwość. My, Polacy, nie mieliśmy takiej możliwości przez ponad 120 lat. Doskonale ujął to Cyprian Kamil Norwid w wierszu pt. „Fraszka (!)”, kiedy mówił:

Jeśli ma Polska pójść nie drogą mléczną
W cało-ludzkości gromnym huraganie,
Jeżeli ma być nie demokratyczną,
To niech pod carem na wieki zostanie!

Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,
Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,
To już ja wolę tę panslawistyczną,
Co pod Moskalem na wieki zostanie!

Było to zawołanie wieszcza, który doskonale ukazywał, że wolność, którą my w końcu osiągniemy, jest – w tym znaczeniu – przestrzenią do wypełnienia. Pytanie brzmi: Co się wybierze? Bo można też – odzyskując suwerenność, niepodległość – wybrać coś, co będzie autodestrukcją. Proszę zwrócić uwagę, że takie kraje, jak Rosja bolszewicka w tamtym czasie była krajem suwerennym w tym znaczeniu, że nikt zewnętrzny nią nie rządził czy narzucał jej swoją wolę. Tyle tylko, że wolna od nacisków zewnętrznych sama sobie stworzyła piekło na ziemi. Więc w tym względzie niepodległość czy wolność jest to zadanie do wypełnienia. Można to zadanie wypełnić nie inaczej, jak sięgając do tego, co stanowi o naszej tożsamości, co ma gigantyczną moc zbawczą, a tym jest religia katolicka. To z niej wypływają różne treści kulturowe, również etyka, na bazie której można stworzyć prawo i ład społeczny, a więc całą gamę tego, co określamy mianem dziedzictwa. I to jest zadanie, które w sposób wolny mamy do wypełnienia.

Jak to dzisiaj wygląda?

– Przez ostatnie dwadzieścia kilka lat mieliśmy napór neomarksizmu, co spowodowało spore spustoszenie. Jednak dzisiaj jest nadzieja – zwłaszcza w młodym pokoleniu, które w tej chwili odwraca się od tego, co było tak mocno destrukcyjne i doprowadziło wiele wspólnot do ruiny kulturowej. Powrót do świata wartości jest konieczny, wręcz niezbędny.   

O szacunku mimo różnicy poglądów mówił w swoim przemówieniu prezydent Andrzej Duda, wskazując, że ci, którzy walczyli o niepodległość RP, niekoniecznie się lubili, ale łączyła ich wspólna myśl o wolnej Ojczyźnie. Jak Pan to odczytuje?

– To jest pewna analogia do obecnej sytuacji, tyle tylko, że aby iść razem, musi być wspólnota celu. Wzajemny szacunek musi być na czymś zbudowany. I tym wymaganym minimum jest poszanowanie suwerenności i niepodległości. Oznacza to również, że swoje sprawy, różnice zdań załatwiamy między sobą i nie mieszamy w te dysputy czynnika zewnętrznego, który będzie usiłował nas rozgrywać. Takie podejście łączyło ojców polskiej niepodległości mimo znaczących różnic, i to w wielu sprawach. Nie jest przecież tajemnicą, że była nawet prowadzona batalia polityczna, ale poza komunistycznym marginesem łączyło ich poczucie obowiązku wobec Ojczyzny oraz przekonanie, że sprawy polskie załatwiamy w Polsce, że czynnik zewnętrzny należy odsunąć, bo prowadzi to do takich nieszczęść jak rozbiory Polski w XVIII wieku.

Po latach nieobecności w centralnych obchodach Święta Niepodległości wziął udział Donald Tusk. Skąd ten nagły przypływ patriotyzmu u tego polityka, który dotąd nie korzystał z zaproszeń prezydenta?

– Donald Tusk jest w trudnej sytuacji, bo jego macierzysta partia – opozycja totalna, poniosła sromotną porażkę w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Skutki tej klęski widać również dzisiaj w sondażach. Dziś już nie jest tak, że Polacy postrzegają prezydenta Dudę jako prezydenta Prawa i Sprawiedliwości, tak jak to usiłują nakreślić liberalne media, lub że obecna Polska nie jest państwem obywateli tylko państwem partyjnym. Polacy widzą, że państwo partyjne to było za rządów koalicji PO–PSL. W tej sytuacji Tusk próbuje się w tym wszystkim jakoś odnaleźć, zdając sobie sprawę, że strategia jego partyjnych towarzyszy jest nieskuteczna, a nawet przeciwskuteczna, i stąd chce się wysunąć przed szereg jako ktoś inny, licząc, że Polacy dadzą się wciągnąć w taką narrację.

Czy jednak Tusk w pojedynkę jest w stanie zrobić to, co nie udaje się Platformie?  

– Uważam, że Tuskowi nie zależy już na Platformie, i te podejmowane działania mają na celu zadbać o własny wizerunek. PO w tej chwili coraz bardziej tonie pogrążona w różnych aferach, czy to związanych z reprywatyzacją w Warszawie, czy związanych z Amber Gold. Ponadto kompromituje się z wynoszeniem spraw Polski czy wręcz donoszeniem na Polskę i wzywaniem instytucji unijnych do interwencji w Polsce. To wszystko jest potężnym balastem, który wciąga Platformę coraz bardziej w odmęty politycznego niebytu. Donald Tusk doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dzisiaj – jak się wydaje – bardziej dba o własny wizerunek niż o partię, z której się wywodzi.

W przyszłym roku będziemy obchodzić 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Co zrobić, aby był to festiwal wolności, a niekoniecznie podziałów?

– To, jak będą przebiegały przyszłoroczne obchody 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, zależy od nas samych. Pytanie jest takie: czy potrafimy na płaszczyźnie społecznej, bo nie chodzi tu wyłącznie o polityków, ale również o media, szeroko pojęty świat ludzi kultury, środowiska opiniotwórcze, czy te środowiska są w stanie zdefiniować, czym jest niepodległość w najbardziej tradycyjnym tego słowa znaczeniu, że niepodległość jest ogromnym, wspólnym dobrem, które należy chronić bez względu na animozje partyjne. Jeśli się uda osiągnąć konsensus, to będziemy razem, jeśli nie, to będziemy mieli do czynienia ze sporem, czasem może nawet gorszącym.

Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 11 listopada 2017 (22:07)

NaszDziennik.pl