Jak ocenia Pan środową debatę w Parlamencie Europejskim i przyjęcie rezolucji przeciwko Polsce?
– Te wszystkie działania i zabiegi wobec Polski mają charakter ideologiczny, a nie merytoryczny. Sytuacja wygląda jeszcze bardziej absurdalnie, zwłaszcza jeśli weźmiemy notowania polskiego rządu i poparcie społeczeństwa zbliżające się do 50 proc. To pokazuje, że po dwóch latach sprawowania władzy ekipie rządzącej zwolenników nie ubywa, ale przybywa, co wskazuje, że Polacy dobrze oceniają rządy Zjednoczonej Prawicy. Jeśli zatem Komisja Europejska porusza temat rzekomo łamanej demokracji w Polsce, to jest to sprzeczne z rzeczywistością. O żadną demokrację czy praworządność tu nie chodzi, ale intencje są takie, żeby Polskę atakować i sprowadzić do roli podrzędnej, roli petenta – i to po pierwsze. Po drugie, chodzi o to, że Polska w wymiarze ideowym, klasycznym z wartościami nie pasuje współczesnym unijnym rewolucjonistom forsującym multikulturalizm.
W debacie o Polsce uczestniczyło ok. 65 europosłów, co stanowi niewiele ponad 8 proc. wszystkich eurodeputowanych zasiadających w Parlamencie Europejskim. O czym to świadczy?
– To pokazuje, że atakowanie Polski i próby stawiania nas na baczność za rzekome łamanie zasad demokracji, praworządności i zawłaszczanie wymiaru sprawiedliwości skupia coraz mniejszą uwagę. Prawda jest taka, że prawdziwe problemy, jakie dzisiaj przeżywa Unia Europejska, są usytuowane poza Polską. Kryzysy finansowe dotyczą takich krajów jak Grecja czy Włochy, a społeczne np. Hiszpanii, gdzie na plan pierwszy wybija się separatyzm kataloński i aresztowania przywódców katalońskiego rządu. I jakoś nikt na forum unijnym nie podnosi tych poważnych kwestii, za to chętnie i z uporem maniaka atakuje się Polskę, która staje się tematem zastępczym. W europarlamencie i w kręgach unijnych mamy zatem do czynienia z teatrem, a nie z rzeczywistymi problemami.
Jak ta rezolucja potępiająca Polskę może wpłynąć na pozycję negocjacyjną rządu w wielu innych sprawach?
– Na pewno chodzi o to, żeby w naciskach na Polskę nie zwalniać, a wręcz żeby stawiać nas do kąta. Chodzi też o to, żeby niszczyć wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, zwłaszcza w sytuacji, kiedy nasz kraj się rozwija. Dobre imię, prestiż, pozycję tak ciężko budowane latami łatwo zniszczyć. Zła reputacja budowana wokół Polski przez instytucje unijne przy wydatnym wsparciu tzw. totalnej opozycji idzie w świat. Ponieważ Polska w relacjach międzynarodowych coraz bardziej wybija się na niezależność, również w relacji do Niemiec – wystarczy, że wspomnę tylko sprawę reparacji wojennych – w związku z tym szuka się zastępczych argumentów po to, żeby nas sprowadzać do parteru. Chodzi też o to, żeby osiągnąć cel, jaki stawia sobie Platforma, a mianowicie odsunięcie – za wszelką cenę – od sprawowania rządów Zjednoczonej Prawicy i przywrócenie dawnego układu. Innymi słowy, „żeby było tak jak było”. Brukseli też jest na rękę, żeby w Polsce władzę sprawowały siły posłuszne i uległe. Nie sądzę jednak, żeby te nawet drużynowe działania elit brukselskich i polityków Platformy przyniosły jakikolwiek skutek. Wycieczki do Brukseli polityków tzw. totalnej opozycji i skarżenie się na Polskę jest na tyle żenujące, że na nikim rozsądnym nie robią już większego wrażenia. Co więcej, wywołują niesmak czy niechęć nie tylko do działań tzw. totalnej opozycji, ale też zachowań polityków brukselskich.
Jest to atak tylko na Polskę, czy może za tym grillowaniem nie idzie także sygnał do innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, że wszelkie próby wybicia się na niezależność będą torpedowane?
– To jest rodzaj nagonki, która ma na celu spacyfikowanie państw nieposłusznych polityce narzucanej zwłaszcza przez Niemcy i Francję. Próba wybicia się na podmiotowość kosztuje. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, że suwerenność jest za darmo.
Węgrzy zapowiadają, że wesprą Polskę i gdyby uruchomiono wobec nas art. 7 traktatu o Unii Europejskiej, to zagłosują przeciwko ewentualnym sankcjom.
– Bruksela – w tej chwili – widzi, że w Europie Środkowej układanka, która była korzystna dla państw starej Unii, powoli się sypie. Po wyborach parlamentarnych w Czechach mamy nowy, tworzący się rząd, który blokuje zamiary Unii – zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę strefę euro i nie tylko, ponadto mamy do czynienia ze zmianą układu władzy w Austrii. Również Węgry mają ugruntowane, jednoznaczne stanowisko, zdając sobie sprawę, że jeśli uda się upokorzyć i ukarać sankcjami Polskę, to stworzy to niebezpieczny precedens, a niepokorny Budapeszt może być następny w kolejce. Pytanie w tej chwili jest takie: co się teraz będzie działo w Europie Środkowej i na ile te wszystkie działania propagandowo-polityczne będą skuteczne?
Jak przyjmuje Pan fakt, że europosłowie Platformy, m.in. Julia Pitera, Barbara Kudrycka, Róża Gräfin von Thun und Hohenstein, Michał Boni, Danuta Huebner czy Danuta Jazłowiecka zagłosowali za rezolucją, de facto wspierając działania zmierzające do nałożenia kar na Polskę?
– Nazwiska wymienione przez pana redaktora to w większości sztandarowe postaci Platformy. Przynajmniej niektórzy z tych polityków byli członkami rządu koalicji PO – PSL bądź w poprzednich kadencjach zajmowali wysokie stanowiska unijnych komisarzy. Cóż można dodać do faktu poparcia przez tych polityków działań zmierzających do uruchomienia art. 7 traktatu wobec Polski. Rzecz skandaliczna i trudno to inaczej opisać. Wydaje się, że fakt, iż ktoś z parlamentarzystów występuje przeciwko swojej Ojczyźnie, przeciwko swojemu rządowi, że ktoś mógłby – wręcz domagać się nałożenia sankcji na własny kraj – takie rzeczy w wielu państwach I ligi europejskiej byłyby nie do pomyślenia. Tak czy inaczej stanowisko zajęte przez Platformę zamiast wzmocnić bardziej tej formacji politycznej zaszkodzi przed wyborami samorządowymi i kolejnym parlamentarnymi. Takie traktowanie Ojczyzny jest mało akceptowalne w szerokich rzeszach społecznych i w wielu środowiskach nie przejdzie. To się odbije Platformie polityczną czkawką.
Michał Boni na Twitterze napisał, że to nie jest rezolucja przeciw Polsce, to jest rezolucja, żeby rząd PiS się opamiętał i wrócił do europejskiego dialogu…
– Retoryka, jakiej używa poseł Michał Boni, ma jak gdyby usprawiedliwić jego samego oraz kolegów partyjnych i stworzyć temu środowisku pewne alibi. Natomiast jeśli ktoś atakuje – i to publicznie na forum międzynarodowym – własny rząd, w dodatku czyni to w sposób bardzo prymitywny, to nie ma wątpliwości, że uderza to w państwo polskie. I to jest sprawa jasna i oczywista. Tak czy inaczej jest to wypowiedź pełna hipokryzji. Każdy, kto ma w sobie choć trochę obiektywizmu i krytycyzmu – czytając taki skandaliczny wpis – sam potrafi to odpowiednio skomentować i nazwać rzecz po imieniu. Zachowania polityków Platformy w Parlamencie Europejskim doskonale skomentowała premier Beata Szydło, która również na Twitterze stwierdziła, że politycy szkalujący swój kraj na forum międzynarodowym nie są godni jego reprezentowania.
Paweł Kukiz poszedł jeszcze dalej i działania tzw. totalnej opozycji, a więc donoszenie na Polskę do Brukseli oraz głosowanie przeciwko Polsce nazwał wprost zdradą stanu…
– Paweł Kukiz, ponieważ funkcjonuje w przestrzeni politycznej, co więcej – wykazuje się w swych ocenach, czy sposobie wypowiadania się pewną spontanicznością, pełni rolę katalizatora, nazywając rzeczy po imieniu, których innym może nie wypada powiedzieć. Niestety sprawa jest bardzo poważna, niebezpieczna dla Polski i bolesna, jeśli weźmiemy pod uwagę zachowanie przynajmniej niektórych polityków tzw. opozycji totalnej.

