logo
logo

Zdjęcie: Andrey Stenin/ Licencja: CC BY-SA 3.0/ Wikipedia

Chcę wrócić do archiwów

Czwartek, 30 listopada 2017 (05:00)

Aktualizacja: Poniedziałek, 25 grudnia 2017 (12:13)

Z dr. hab. Henrykiem Głębockim, adiunktem w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, pracownikiem Oddziałowego Biura Badań Historycznych w Krakowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Czy po tym, co się wydarzyło ostatnio w Moskwie, w związku z zatrzymaniem i wydaleniem doszedł Pan już do siebie?

– Jeżdżę do Rosji już 24 lata i zawsze brałem pod uwagę sytuacje nieprzyjemne albo wręcz groźne dla mnie. Przypomnę, że wyjeżdżałem do Rosji w czasie dwóch wojen czeczeńskich, w czasie ataków terrorystycznych, podczas wymiany władzy. Nie jestem więc z porcelany. Przyznaję jednak, że bardziej brałem pod uwagę, że mogę natknąć się na „nieznanych sprawców”, wszak były już podobne przypadki. Natomiast w mojej sytuacji nawet mnie nie przesłuchano, nie zamknięto w areszcie, co jak na standardy rosyjskie jest dość delikatnym potraktowaniem. Tak czy inaczej to pokazuje, że chodziło głównie o pozbycie się mnie z obszaru Federacji Rosyjskiej.

Jaki był cel takiego działania?

– Oficjalna informacja rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych jednoznacznie wiąże mój przypadek z wcześniejszym wydaleniem z Polski rosyjskiego historyka jako odpowiedź strony rosyjskiej. Skutkiem jest jednak zablokowanie dostępu do zbiorów archiwalnych, a nawet bibliotecznych.

Od lat prowadzi Pan badania w najważniejszych archiwach Rosji, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji. Czym się Pan zajmował, prowadząc swoje badania w Moskwie?

– Zakres moich badań jest szeroki, choć łączy go klamra tematu stosunków polsko-rosyjskich w XIX wieku i polsko-sowieckich na tle dziejów wieloetnicznego imperium oraz polityki owego imperium wobec tzw. kwestii polskiej, jak nazywano polskie dążenia niepodległościowe i wolnościowe. Choć duża część moich publikacji poświęcona była XIX wiekowi, od dłuższego czasu zajmowałem się także wiekiem XX. Efektem moich prac są książki, co można sprawdzić w naukowych bibliotekach, a nawet w internecie. Od jakiegoś czasu brałem również udział w projektach badawczych Instytutu Pamięci Narodowej poświęconych losom Polaków w ZSRS w pierwszej połowie XIX wieku. Jednak trzy wyjazdy, jakie realizowałem w ciągu ostatniego roku, miały służyć dokończeniu książek, które od jakiegoś czasu czekały na dopełnienie materiałami archiwalnymi. Prawda jest taka, że odpowiedzialny historyk nie może kończyć pracy, wydawać werdyktów, nie może publikować swoich tez, jeżeli wcześniej ich nie zweryfikuje w materiale archiwalnym. Jeśli są na dany temat dostępne niewykorzystane dotąd dokumenty archiwalne, dotarcie do nich jest wręcz obowiązkiem każdego badacza trzymającego się klasycznego warsztatu badawczego.

Moje badania wyróżniały się chyba tym, że zawsze starałem się wykorzystać pełną dostępną dokumentację. Tym bardziej że w archiwach Federacji Rosyjskiej, przechowujących spuściznę centralnych instytucji imperium rosyjskiego i sowieckiego, wciąż można odnaleźć zupełnie nieznaną dokumentację dotyczącą wielu najważniejszych wydarzeń czy postaci historycznych, o których nasza wiedza jest skąpa, niedokładna czy wręcz błędna.

Jakie książki w oparciu o kwerendy w archiwach rosyjskich chciał Pan dokończyć, co dzisiaj – po decyzji o wydaleniu Pana z terytorium Federacji Rosyjskiej – stoi pod znakiem zapytania? 

– Chronologicznie rozpoczynając od wieku XVIII, muszę wymienić książkę o dziejach zesłania i ucieczki z Syberii Maurycego Augusta Beniowskiego, węgierskiego szlachcica, konfederaty barskiego walczącego o wolną Rzeczpospolitą, którą traktował jak swą drugą ojczyznę. Został za to zesłany aż na Kamczatkę, gdzie zawiązał spisek, podniósł bunt zesłańców, de facto opanował stolicę prowincji i zbiegł na zdobytym rządowym statku, odkrywając nieznane wcześniej lądy na północnym Pacyfiku.

Ponadto zbierałem materiały do książki o prawdziwych okolicznościach tzw. spisku koronacyjnego z 1829 r., który znany jest szerzej z dramatu „Kordian” Juliusza Słowackiego.

Brałem też udział w grancie historyków literatury poświęconym Juliuszowi Słowackiemu i jego wyprawie na Wschód 1836-1837, z której powrócił z poematem „Podróż na wschód”, pierwopisem „Anhellego” i całą masą innych utworów. To wszystko było wpisane w notatnik z tej podróży, który zaginął po wkroczeniu Armii Czerwonej 17 września 1939 r. Odnalazłem go dopiero przed paru laty, jako zakatalogowany do zbiorów Rosyjskiej Biblioteki Państwowej, znanej wcześniej jako Biblioteka Lenina. Efektem prac zespołu znakomitych historyków literatury, których wspieram, będzie pierwsza naukowa edycja tego notatnika z utworami i rysunkami zarówno w wydaniu tradycyjnym, jak i internetowym. Przygotowuję także nową edycję swojej książki, która została nagrodzona w 2000 r. jako najlepsza monografia historyczna roku i dotyczy tego, jak Rosjanie odbierali Powstanie Styczniowe.

Na czym koncentrował się Pan podczas przerwanej kwerendy? 

– Prócz kontynuacji wymienionych tematów, teraz swoje wysiłki skupiałem na rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, szukając dokumentów dotyczących uczestników polskiego ruchu społecznego i niepodległościowego przed rokiem 1917 i 1918. Dotarłem m.in. do zupełnie nieznanych dokumentów dotyczących Józefa Piłsudskiego, które zamierzałem ogłosić. Ponadto usiłowałem rozpocząć kwerendę dotyczącą polityki sowieckiej w okresie międzywojennym wobec Polaków. Z tym były również związane wykłady poświęcone tzw. operacji polskiej NKWD z lat 1937-1938, w wyniku której NKWD zamordowała od 111 do ok. 200 tysięcy Polaków. Na tę konferencję zostałem zaproszony do Memoriału i Instytutu Polskiego w Petersburgu.

Może właśnie ten ostatni etap Pana pracy był niewygodny dla strony rosyjskiej i stąd działania FSB i ostatecznie wydalenie Pana z terytorium Rosji?

– Wiążącej odpowiedzi na to pytanie musieliby udzielić ci, którzy podejmowali w sposób tajny decyzje w mojej sprawie. Konferencje – jak ta w Instytucie Polskim w Sankt Petersburgu – wykłady czy seminaria, także w siedzibie moskiewskiego Memoriału, odbywały się już wcześniej w tym roku. Gościliśmy również naszych rosyjskich kolegów, badaczy, z końcem września, podczas międzynarodowej konferencji w Warszawie, w Belwederze, z udziałem prezydenta RP. Warto też dodać, że zbrodnie NKWD, których rocznica właśnie przypada, były popełniane nie tylko na Polakach – chociaż to Polacy stanowili największą grupę etniczną represjonowaną w ramach tzw. operacji narodowościowych NKWD. To są sprawy do dzisiaj nie do końca zbadane, nieupamiętnione, a masowe groby zamordowanych wszystkich narodowości – nieekshumowane – wciąż czekają choćby na symboliczne upamiętnienie. Zresztą nie tylko w Rosji, także – może nawet bardziej – na Białorusi. Rosyjskie władze mają z tym problem i – z udziałem Cerkwi prawosławnej – próbują wykazać dobrą wolę, tzn. biorą udział w obchodach, pochylają się przed kamerami nad grobami pomordowanych. Trudno zapomnieć jednak, że są to spadkobiercy kolejnych wcieleń służb specjalnych odpowiedzialnych za te zbrodnie. Szczególnie na prowincji, poza dużymi miastami, lokalne władze nieraz nie życzą sobie, aby się tym zajmować.

Jest to zatem rodzaj pewnej gry?

– To jest gra, podczas której jednym pozwala się, a innym zabrania badać przeszłość i dokumentować zbrodnie. Zresztą praktycznie nikt z masowych morderców z epoki sowieckiej nie odpowiedział za swoje czyny. Wszyscy – a na pewno większość z nich – pewnie już nie żyją, spoczywają jednak na honorowych miejscach na cmentarzach, jak chociażby stalinowski kat Polaków i Rosjan Wasilij Błochin, który doskonalił swe umiejętności w okresie Wielkiego Terroru na polskich i rosyjskich ofiarach, by wykorzystać je niewiele później do egzekucji w Katyniu. Nie przywrócimy życia zamordowanym, nie ukarzemy już katów. Jednak jest w naszej mocy, aby mówić prawdę o tych strasznych czasach i w ten sposób oddać sprawiedliwość niewinnym ofiarom polskim, rosyjskim i innych narodowości. Od nas też zależy, czy jako fundament naszej tożsamości wybieramy totalitarne dziedzictwo katów czy męczeństwo ich ofiar. Wierzę, że od tego też zależy, jaki świat zostawimy naszym dzieciom. Bardzo chciałbym, aby ten świat był lepszy od tego, z którego strasznym dziedzictwem nie potrafimy się uporać.

Jak dowiedział się Pan, że jest persona non grata w Rosji?

– W Rosji byłem od 14 listopada i była to kontynuacja moich kwerend. Na oficjalne zaproszenie Instytutu Polskiego w Sankt Petersburgu pojechałem tam wygłosić dwa wykłady dotyczące tzw. operacji polskiej NKWD. Po powrocie z Petersburga, z piątku na sobotę, późnym wieczorem po godz. 23.00, przy wysiadaniu z pociągu na Dworcu Leningradzkim w Moskwie, zostałem zatrzymany przez umundurowany patrol policji. Po wylegitymowaniu zaprowadzono mnie do czegoś w rodzaju tajnego pokoju przesłuchań, bo trudno było nazwać to miejsce posterunkiem, i oddano mnie w ręce nieumundurowanych funkcjonariuszy, którzy się nie wylegitymowali, poza tym, że twierdzili, iż są z Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Całe zajście było nagrywane kamerą. Przedstawiono mi nakaz opuszczenia Rosji w trybie natychmiastowym, w ciągu 24 godzin, w przeciwnym wypadku miałem zostać deportowany. Jednak w normalnych okolicznościach, w tego typu wypadkach osoba ma – o ile pamiętam – cztery dni na opuszczenie terytorium danego państwa. Owszem, dokument, na podstawie którego wydano decyzję, był datowany na 21 listopada, natomiast ja zostałem zatrzymany w nocy z 24 na 25 listopada i de facto została mi jedna doba na opuszczenie Rosji.

To mogło być działanie z premedytacją?

– Nie umiem powiedzieć, czy to oryginalne poczucie humoru rosyjskich służb, czy może chodziło o to, że w Petersburgu byłby skandal, gdyby zatrzymano mnie w czasie konferencji lub bezpośrednio po wykładach. Poczekano więc do nocy z piątku na sobotę, gdy instytucje państwowe zarówno w Rosji, jak i w Polsce nie pracują, co wydatnie utrudnia kontakt i otrzymanie pomocy prawnej. I to według mnie jest najbardziej logiczne wytłumaczenie. W tej sytuacji w ciągu jednego dnia musiałem pospiesznie zorganizować powrót do Polski, co było możliwe dzięki pomocy kolegów i rodziny.

Jak wyglądało wręczenie tego postanowienia? 

– Po pierwsze, dopytywano się, czy zrozumiałem, że muszę opuścić terytorium Federacji Rosyjskiej w ciągu jednego dnia, a następnie domagano się, żebym złożył swój podpis pod tym dokumentem. Na co odpowiedziałem, że skoro w Polsce przez połowę swojego życia w PRL, przy zatrzymaniu przez Służbę Bezpieczeństwa, starałem się niczego nie podpisywać, to teraz też nie podpiszę, dopóki nie będzie tu przedstawicieli polskiej ambasady. W tej sytuacji panowie, wśród których był jeden umundurowany – bodajże dowódca patrolu, który mnie doprowadził – sami podpisali przedstawiony dokument. Następnie – i to jest kuriozalne – kartka została przedarta. Część z podpisami została w rękach funkcjonariuszy, a ja otrzymałem poszarpaną resztę postanowienia, w którym były powtórzone wspomniane wcześniej stwierdzenia. W dokumencie powołano się na prawo bodajże z 1996 r. dotyczące łamania zasad wjazdu i wyjazdu z Federacji Rosyjskiej.

Czy w tym piśmie i czy w ogóle podano Panu przyczynę decyzji o zatrzymaniu i wydaleniu z Rosji?

– Nie, nie podano, choć domagałem się tego. W odpowiedzi usłyszałem, że nie mają oni obowiązku informować mnie o przyczynach wydalenia z Rosji.

MSZ Rosji potwierdziło jednak, że jest to reakcja na wydalenie z Polski – na początku października – naukowca Rosyjskiego Instytutu Studiów Strategicznych Dmitrija Karnauchowa.

– Agencja Informacyjna Rosji TASS zaraz w poniedziałek przedstawiała całe wydarzenie, streszczając informację polskich mediów tak, jakby w Rosji nic o tym nie wiedziano. Wszystko zatem być może szło w kierunku stwierdzenia u mnie tzw. schizofrenii bezobjawowej, jak nazywano w ZSRS wymyśloną specjalnie jednostkę chorobową, której jedynym dowodem miało być niezadowolenie z istniejącego systemu politycznego, w celu umieszczania dysydentów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, tzw. psychuszkach.  Tym bardziej że dokument, jaki otrzymałem, był pozbawiony podpisów i jakiejkolwiek pieczątki. A zatem, tak na dobrą sprawę, sam mógłbym sobie napisać i wydrukować taki tekst. Natomiast o fakcie wydalenia prof. Karnauchowa z Polski dowiedziałem się bardzo pobieżnie z internetu, podczas pobytu w Paryżu. Dopiero teraz usłyszałem więcej, zwłaszcza od dziennikarzy rosyjskich, którzy wyraźnie chcieli łączyć oba przypadki, domagając się odnoszenia się do sprawy Dmitrija Karnauchowa. Przypadku tego jednak nie znam dokładnie. Natomiast jeśli chodzi o mnie, to moje teksty, książki, artykuły, wykłady są znane i dostępne. Jeśli można na ich podstawie udowodnić tezę, że stanowię zagrożenie dla państwa rosyjskiego, chciałbym poznać argumentację.

Czuje się Pan elementem gry, jaką Rosja prowadzi z Polską?

– Można by powiedzieć, że jestem bohaterem z przypadku, ale wychodzi na to, że stałem się raczej – bez takiej intencji – uczestnikiem swoistego castingu na kolejną ofiarę operacji specsłużb. Niestety, nie mam na to żadnego wpływu, poza wolą jak najlepszego wypełniania mej pracy, zgodnie z przysięgą doktorską, składaną na moim uniwersytecie, i zobowiązującą mnie do dążenia w swoich badaniach do prawdy. Moje pokolenie wychowane w PRL uczyło się z tekstów rosyjskich dysydentów – jak autor „Archipelagu GUŁag” Aleksander Sołżenicyn – przesłania, by „nie żyć w kłamstwie…”.  Wierzę, że na tej właśnie płaszczyźnie, tj. poszukiwania prawdy w przeszłości, możliwe jest wzajemne zrozumienie w teraźniejszości i próba zabezpieczenia dla naszych dzieci przyszłości, nawet między skonfliktowanymi państwami i narodami.

Co oznacza działanie FSB w kontekście prowadzonych przez Pana prac naukowo-badawczych?

– Nie ukrywam, że zablokowanie możliwości prowadzenia kwerend w rosyjskich archiwach bardzo skomplikuje moje zawodowe życie i planowane prace. Ale są przecież inne, znacznie poważniejsze zdarzenia, kiedy np. dochodzi do pobić lub kiedy giną dziennikarze.

Będzie Pan chciał jeszcze wrócić do Moskwy i kontynuować działalność badawczą?

– Z całą pewnością, ale nie jestem szaleńcem. Jeśli będę się czuł w miarę bezpiecznie i nie będzie mi towarzyszyć świadomość, że za chwilę zostanę deportowany lub wrzucony do aresztu, to na pewno będę chciał wrócić do archiwów rosyjskich. To jest moja praca i tym się od wielu lat zajmuję. Mogę się wylegitymować jakimś dorobkiem naukowym, książkami, które są znane na całym świecie. Nie jestem celebrytą czy gwiazdą, która szuka sztucznie poklasku, ale badaczem, który od lat łączy pracę naukową i dydaktyczną. To, co się teraz stało, z pewnością jest katastrofą, jeśli chodzi o moje plany naukowe i dotychczasowy sposób wykonywania tej pracy. Uważam jednak, że sprawa ta powinna zwrócić większą uwagę na los innych badaczy działających w samej Rosji w trudniejszych warunkach oraz na problem dostępu do zbiorów archiwalnych. 

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl