logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Polacy nie rozumieją tej zmiany

Piątek, 8 grudnia 2017 (20:27)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Panie Profesorze, jaki jest powód odwołania, rezygnacji – jak zwał, tak zwał – premier Beaty Szydło?

– To jest decyzja Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości, w szczególności zaś prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który – jak można przypuszczać – miał ogromny wpływ na jej podjęcie. Trudno szukać innej argumentacji niż ta, która się pojawia, którą można określić jako chęć zmiany wizerunku i działań rządu jeszcze bardziej w kierunku nastawionym na gospodarkę, na ekonomię, również z wyraźnie zarysowanym odniesieniem międzynarodowym, a także z zaakcentowaną próbą pozyskania elektoratu centrowego, który jest do zagospodarowania. I to – jak sądzę – są główne argumenty, jakie przemawiają za tą zmianą.

Tylko czy wyborcy, zwolennicy PiS takie wyjaśnienie przyjmą, bo na razie komentarze w sieci wskazują na to, że ludzie z tymi zmianami się nie zgadzają...

– Taka sytuacja wynika z faktu, iż premier Beata Szydło, a także rząd, którym kieruje, ma bardzo duże poparcie. Co warto podkreślić, premier Szydło wzięła na siebie cały ciężar odpowiedzialności, a także stała na czele polskiego rządu w konfrontacji i sporze z Komisją Europejską o Trybunał Konstytucyjny. To premier Szydło w styczniu 2016 r. podczas debaty w Parlamencie Europejskim skutecznie broniła Polski przed atakami. I, co istotne, wyszła z tego zwycięsko. Polacy to pamiętają i dlatego dzisiaj zmiana na stanowisku premiera nie jest czytelna dla zwykłych ludzi. Stąd nowy premier Mateusz Morawiecki, ale także całe ugrupowanie PiS będzie miało pewną trudność, żeby wykazać, że zmiana na stanowisku – odbieranego bardzo pozytywnie szefa rządu – rzeczywiście miała sens. Premier Szydło jest osobą bardzo odpowiedzialną i trzeba zaznaczyć, że zachowuje się bardzo lojalnie wobec PiS.

Czy mimo wszystko ta decyzja nie odbije się negatywnie na notowaniach PiS?

– Oczywiście takie ryzyko istnieje. Jest to ryzyko związane z tym, że część wyborców PiS – przynajmniej na tym etapie – tego ruchu nie rozumie. Wynika to również z faktu, że ta zmiana i wszystkie związane z nią okoliczności, rozważania – także medialne – trwały zbyt długo. Co więcej, ogłoszenie rekonstrukcji rządu i de facto zmiany premiera dokonało się w dniu, kiedy w Sejmie było procedowane wotum nieufności Platformy dla rządu i większość parlamentarna obroniła rząd Beaty Szydło.

Jakie zaplecze polityczne ma wicepremier Morawiecki?

– Mateusz Morawiecki jest stosunkowo krótko w polityce i jego pozycja w PiS – zwłaszcza w strukturach lokalnych – z całą pewnością nie jest tak wyraźna jak pozycja premier Beaty Szydło. Stąd zaufanie do nowego premiera – pomijając poparcie, jakie ma ze strony prezesa Kaczyńskiego – nie jest aż tak duże, jak mogłoby się wydawać. Stąd, aby to zaufanie i należną sobie pozycję zdobyć, będzie musiał popracować. Ponadto dzisiaj Sejm uchwalił nowe ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy, co zamyka pewien bardzo emocjonalny etap prac w parlamencie. Stąd Mateusz Morawiecki po desygnowaniu na premiera RP przez prezydenta Dudę ma niejako czystą kartę i nowe otwarcie także w perspektywie europejskiej. I to wszystko, również wspomniana przeze mnie wcześniej lojalność Beaty Szydło może uspokajać nieco nastroje społeczne, choć niewątpliwie zamieszanie i niezrozumienie w odbiorze tej zmiany jest i trudno się temu dziwić.

Była premier powinna zostać w nowym rządzie?

– To, że Beata Szydło zostaje w rządzie, to z całą pewnością jest duży plus i ogromna pomoc dla premiera Mateusza Morawieckiego. Beata Szydło, jak gdyby skumulowała bardzo duży kredyt zaufania społecznego, stając się twarzą dobrej zmiany. Zresztą osoba Beaty Szydło była nie tylko twarzą tego rządu, ale wcześniej stała się twarzą kampanii parlamentarnej i prezydenckiej Andrzeja Dudy. I jeśli zostanie w rządzie, to ułatwi PiS wytłumaczenie Polakom całej tej nie do końca jasnej i oczywistej sytuacji. Co więcej, będzie dużym wsparciem dla nowego premiera.

Jak może przebiegać ta współpraca?

– Każdy premier ma ściśle określone kompetencje i dwóch premierów na pewno nie będzie. Natomiast to, że Beata Szydło zostaje w rządzie, to jest zabieg, który ma pokazać, że PiS – mając świadomość zaskoczenia i niezrozumienia tej decyzji, jakie się pojawiło w elektoracie, co widać zarówno w internecie, jak i na różnych forach, w związku z tym ma to pokazać, że Beata Szydło nadal będzie bardzo ważnym elementem nowego rządu. Mimo że zmienia się premier, to Beata Szydło nie jest na aucie, ale wciąż jest w grze i będzie miała duży wpływ na bieg spraw. Pokazanie takiego wizerunku ma w znaczący sposób uspokoić wyborców PiS, a także działaczy tego ugrupowania, bo również partyjne doły zastanawiają się nad racją, jaka stoi za zmianami. A racja jest wykładana. Dorobek Beaty Szydło jest tak duży, że nie można było jej odstawić na bok ot tak, bo na to z pewnością sobie nie zasłużyła. Mateuszowi Morawieckiemu na tle wysokich sondaży poparcia Beaty Szydło nie będzie łatwo zbudować własną wysoką pozycję.

Czy zmiana na fotelu premiera była konieczna i czy Mateuszowi Morawieckiemu nie można było dokonywać reform gospodarczych, uzdrawiania finansów publicznych z pozycji wicepremiera?

– Za tą zmianą stoją inne argumenty nie tyle czysto reformatorskie, bo po cóż byłoby dokonywać aż tak gruntownej zmiany. Według mnie, chodzi tu bardziej o elementy wizerunkowe. To sygnał dla świata biznesu i finansów. Wiadomo też, że Mateusz Morawiecki oprócz kompetencji w zarządzaniu gospodarką ma szerokie kontakty zagraniczne, które będzie można wykorzystać dla poprawy relacji i ocieplenia wizerunku Polski na scenie europejskiej. Premier Morawiecki w sytuacji, kiedy wszystkie sprawy, które siłą rzeczy były wprowadzane w atmosferze konfrontacyjnej, bo opozycja totalna stanowiła opór, a zagranica te działania wspierała, i kiedy te – nazwijmy to – sporne reformy są już przeprowadzone, a drażliwych tematów jest mniej, premier Morawiecki będzie miał inne zadania do wykonania. Całą swoją energię będzie mógł skupić na tym, co jako wicepremier i szef resortu finansów rozpoczął. Nie oznacza to – jak pan redaktor zauważył – że Mateusz Morawiecki nie mógł przeprowadzać tych reform tak, jak to robił dotychczas, bo oczywiście mógł.

Jak Pan ocenia możliwości współpracy premiera Morawieckiego ze stroną społeczną z NSZZ „Solidarność”, która – jak zauważył to przewodniczący Piotr Duda – dotychczas nie była – delikatnie rzecz ujmując – wzorcowa?

– Pamiętajmy, że Mateusz Morawiecki jako wicepremier i minister finansów miał inną perspektywę w negocjacjach ze związkami zawodowymi. Jako „główny księgowy” musiał brać pod uwagę perspektywę bezpieczeństwa finansów państwa. Stąd naturalną rzeczą, która występuje w każdych okolicznościach, była konfrontacja między związkami zawodowymi a stroną rządową. Pytanie jest takie, jak będzie się zachowywał w roli premiera, bo ta funkcja zmienia dotychczasową perspektywę. Jak to będzie wyglądało, pokaże praktyka. Dzisiaj nie jesteśmy w stanie rozstrzygać, jakie będą ewentualnie kwestie sporne i czy w ogóle będą. Zwracam uwagę, że obietnice rządu, kluczowe dla związków zawodowych, jak obniżenie wieku emerytalnego czy płaca minimalna, były realizowane także wtedy, kiedy Mateusz Morawiecki był wicepremierem i ministrem finansów.

Desygnowanie Mateusza Morawieckiego na premiera oznacza, że PiS idzie w kierunku bardziej liberalnym, a mniej społecznym, jak to było dotychczas?  

– Mateusz Morawiecki jako wicepremier brał udział w działaniach, które ustawiały rząd Beaty Szydło w pozycji prospołecznej. Program „Rodzina 500+”, leki dla emerytów i szereg innych spraw to wszystko nie byłoby możliwe do zrealizowania, gdyby nie uszczelnianie w ściąganiu podatków i walka z mafiami VAT-owskimi. Te działania rządu były spięte w jedną całość i trudno powiedzieć, że Mateusz Morawiecki występował tu w roli liberalnego czy antyspołecznego polityka. Natomiast Beata Szydło ma dłuższy staż w PiS i nic dziwnego, że w przeciwieństwie do Morawieckiego była bardziej utożsamiana z tym prospołecznym programem PiS. Miała też bardzo ciepły wizerunek kobiety, osoby, która umie sobie poradzić nawet w konfrontacyjnych sytuacjach, w aspekcie społecznym, ale także na arenie międzynarodowej. Jak z tym wszystkim poradzi sobie premier Mateusz Morawiecki, to zobaczymy. Bycie premierem to jest funkcja mająca znacznie szerszy aspekt niż tylko odpowiedzialność za gospodarkę. Tu jest cały szereg różnych działek, zadań, które trzeba będzie ogarnąć. Sądzę, że prezes Kaczyński obdarza Mateusza Morawieckiego bardzo dużym zaufaniem i dopiero praktyka pokaże, jak się z tego zaufania i zobowiązania wywiąże. Nie ulega wątpliwości, że w tej dziedzinie, za którą odpowiadał do tej pory, się sprawdził. Budżet ma się dobrze, finanse państwa również, mafie VAT-owskie zostały w dużej mierze zwalczone, a ich działalność zredukowana, wzrost gospodarczy jest na wysokim poziomie i tak naprawdę trudno w tej materii gospodarczej cokolwiek zarzucić Mateuszowi Morawieckiemu. Co by jednak nie powiedzieć, jest to dla niego nowa funkcja, gdzie będzie miał do czynienia nie tylko ze sferą gospodarczą, ale także z oświatą, nauką, kulturą. Do tego dochodzą sprawy socjalne, a więc mnóstwo odcinków, za które premier bierze odpowiedzialność, bo odpowiada za cały rząd.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl