logo
logo

Zdjęcie: www.stansilawozog.pl/ -

Europa dryfuje w niebezpiecznym kierunku

Niedziela, 10 grudnia 2017 (20:31)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Bruksela wraca do starej, sprawdzonej metody?

– Decyzja, jaka zapadła w czwartek o skierowaniu pozwu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom, odnośnie do kwot rozdysponowania imigrantów na poszczególne kraje, to kontynuacja ataków na Polskę. Przyznam, że jest to posunięcie dla mnie zaskakujące, bo Eurostat (Europejski Urząd Statystyczny), który trudno posądzać o sprzyjanie Prawu i Sprawiedliwości, podał, że pod względem liczby imigrantów przyjętych przez państwa Unii Polska plasuje się na drugim miejscu. Fakty są bowiem takie, że imigrantami są nie tylko przybysze z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, ale także z Ukrainy, którzy uciekają ze swojego kraju w obliczu regularnej wojny na wschodzie tego państwa wywołanej agresją ze strony Rosji. I Eurostat to zauważa. Natomiast nie widzi czy raczej nie chce tego faktu dostrzec KE.

Ale wydawało się, że z chwilą wygaśnięcia programu relokacji z końcem września sprawa będzie zamknięta…

– Jak widać, nie dla wszystkich. Jest to tym bardziej dziwne, że program przymusowej relokacji z 2015 r. narzucający kwoty imigrantów nie znajduje żadnych podstaw prawnych w traktatach europejskich. Tymczasem nie stąd, ni zowąd ocknięto się i zapowiedziano – w tej chwili jest to już decyzja – skierowanie przeciwko Polsce sprawy do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Jak z pozycji Parlamentu Europejskiego jest odbierany Timmermans z atakami na Polskę?

– Obserwując działania i efekty działań tandemu Frans Timmermans – Jean-Claude Juncker, można się zastanowić, czy z tymi ludźmi wszystko jest w porządku. Nie wiem, czy to, co robią ci politycy, to przejaw choroby, czy uzależnienia od środowisk decyzyjnych, które dyktują, w jakim kierunku ma zmierzać Unia. Timmermans podczas debat na sesji plenarnej europarlamentu, posiedzeń KE czy konferencji nie słyszy zadawanych pytań i ogranicza się do wygłaszania kwestii, którą nie umiem powiedzieć, czy sam sobie przygotowuje, czy przygotowują mu inni. Widać, że jest zagubiony. Można się zastanawiać, czy wynika to ze sromotnej klęski, jaką w jego rodzinnym kraju poniosła partia, która go desygnowała na stanowisko pierwszego wiceprzewodniczącego KE, co oznacza, że z upływającą kadencją PE może być końcem jego przygody z wielką europejską polityką i karierą na unijnych salonach. 

We wrześniu skończył się narzucony program przymusowej relokacji migrantów, który się nie sprawdził. Co oznacza kolejna próba podejścia do tego tematu?

– To są działania nie tylko KE, ale też niektórych rządów państw członkowskich. O ile jeszcze byłbym w stanie zrozumieć działania polityków greckich czy włoskich, którzy – mając problem z wciąż przybywającymi nielegalnymi imigrantami z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu – próbują się go pozbyć, o tyle nie mogę zaakceptować samobójczych działań przywódców innych państw, które – widząc tragiczne efekty bezrefleksyjnej polityki imigranckiej – idą w zaparte i chcą się tym nieszczęściem dzielić z innymi. Dlatego jako Polska nie akceptujemy takiej polityki. Przypomnę też, że to nie Polska stworzyła ten problem. Problem z imigrantami mają także Niemcy czy Francja. Stan wyjątkowy we Francji wprawdzie skończył się 1 listopada, ale praktycznie wciąż trwa. Środki bezpieczeństwa, środki represyjne, które mnie również dotykają, kiedy udaję się do Strasburga, praktycznie nie ustały. Niestety, bezpieczeństwo we francuskich miastach zarówno tych dużych, jak i małych wcale się nie poprawiło. Podobnie jest w Niemczech.

Do tych problemów bezpieczeństwa we Francji czy w Niemczech dochodzą też problemy gospodarcze…

– Nie tylko gospodarcze, ale i finansowe. Tak na dobrą sprawę przeciwko Francji już osiem czy dziewięć lat temu powinno się wdrożyć procedurę nadmiernego zadłużenia. Nic od tego czasu się nie zrobiło, dlatego to się w tej chwili mści, bo dług publiczny nad Sekwaną galopuje. Podobna sytuacja jest w Niemczech, przy czym tam ten kryzys ma inne podłoże – nie tyle gospodarcze czy ekonomiczne, bo gospodarka niemiecka stoi dobrze, ile bezpieczeństwa. Na dobrą sprawę nie wiadomo, ilu uchodźców dotarło do Niemiec i ilu faktycznie tam wciąż przebywa. Podawane wielkości różnią się nawet o osiemset tysięcy, co jest potężną ilością. Wszystko to jest efekt problemów politycznych, bo – jak wiemy – po 2,5 miesiąca od wyborów parlamentarnych Niemcy wciąż nie mają rządu. Co więcej, nie wiadomo, jaki ten rząd przybierze kształt i jak się to skończy, czy nie będą potrzebne przedterminowe wybory. Martin Schulz, który po wrześniowych wyborach początkowo usunął się w cień, powoli wraca na scenę i wzorem prezydenta Francji Emmanuela Macrona wzywa do reformy UE. Francja i Niemcy reformę Unii widzą odmiennie niż Polacy czy Brytyjczycy.

Jeśli pozostajemy przy Schulzu, to wzywa on wręcz do stworzenia czegoś w rodzaju Stanów Zjednoczonych Europy…

– Ta nowa struktura, która według Schulza miałaby powstać do 2025 roku, jest nie do przyjęcia. To wszystko sprawia, że ta napięta sytuacja wcale nie jest łagodzona, a te zapowiedzi, co więcej – pogróżki są bardzo niebezpieczne – zwłaszcza że mówi o nich Niemiec, i to Martin Schulz. Jeśli słyszymy o wzięciu odpowiedzialności za proces odnowy Europy, i to przez Niemcy, to nie brzmi to dobrze. Pamiętamy, czym w historii kończyły się próby odnawiania Europy przez Niemcy. Tak czy inaczej trudno przewidzieć, kiedy sytuacja w Niemczech ulegnie normalizacji. Co by jednak nie powiedzieć UE, w ogóle Europa dryfuje w bardzo niebezpiecznym kierunku, a całe to wspomniane przeze mnie podłoże i okoliczności, cała sytuacja gospodarcza, polityczna to wszystko powoduje, że szuka się na siłę innego frontu, który ma odwrócić uwagę społeczeństwa międzynarodowego, a takim celem do ataków – w przekonaniu Niemiec, Francji czy unijnych technokratów – jest Polska.

Tyle że to nie w Polsce dzieje się źle. Zachodni politycy tego nie widzą?

– Chęć upokorzenia Polski, która nie jest spolegliwa wobec narzucanych z góry pseudoreform, jest silniejsza od racjonalnych argumentów. Dam przykład: kiedy w czwartek rano wyjeżdżałem z Brukseli, na lotnisku widziałem tłumy Katalończyków ubranych w barwy narodowe, z flagami katalońskimi, z okrzykami – można rzec – bojowymi i widząc to, zastanawiałem się, co to jest. Szybko dowiedziałem się o planowanym właśnie na czwartek w Brukseli proteście, który zgromadził ponad 50 tysięcy Katalończyków. Na ulicach protestowali oni przeciwko temu, jak UE postępuje wobec Katalonii. Ci ludzie protestowali przeciwko aresztowaniu przywódców rządu katalońskiego, ale ten temat jakoś nie przebija się czy to w debacie europarlamentu – na sesjach plenarnych, czy podczas posiedzeń komisji. Kiedy zaś pada pytanie, to odpowiedź zawsze jest taka sama: to są sprawy wewnętrzne Hiszpanii, więc KE czy w ogóle UE – zgodnie z zapisem traktatowym – nie może w te kwestie ingerować.

Inne są jednak standardy wobec Polski…               

– Dokładnie. Sprawy dotyczące Polski – czy to reform szeroko pojętego wymiaru sprawiedliwości, czy też innych obszarów – spotykają się ze sprzeciwem, krytyką i dlatego słyszymy, że jest to naruszenie swobód obywatelskich, zagrożenie dla demokracji, postępowanie niezgodne z Konstytucją. Ale to jest czysta hipokryzja, bo jeśli zapytać liderów tych ataków na Polskę o szczegóły dotyczące Konstytucji, to żaden nie potrafi odpowiedzieć. To paradoks, że ci, którzy nie mieli nawet w rękach Konstytucji RP, nie mówiąc już o zapoznaniu się z jej treścią, usiłują przywoływać czy wręcz wskazywać – zresztą bardzo ogólnie – rzekomo naruszane fragmenty. To niedorzeczne, że unijni politycy usiłują nam, Polakom, zabraniać reformowania naszego krajowego podwórka, argumentując, że jest to niezgodne z Konstytucją i ponoć z traktatem o Unii Europejskiej. Jednak kiedy zapytać o konkrety, to nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi, z którym artykułem traktatu lizbońskiego czy jakimkolwiek innym dokumentem jest to sprzeczne. Podobnie jest z opiniami Komisji Weneckiej.

Jeszcze dobrze parlament nie przyjął prezydenckich ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, a Komisja Wenecka już feruje wyroki. Jak w tej sytuacji powinien zachować się polski rząd?

– Nie oglądając się na innych, powinniśmy robić swoje. To jest skandal, bo opinia Komisji Weneckiej co do prezydenckich projektów ustaw została wydana już na etapie drugiego czytania w Sejmie, kiedy można jeszcze składać poprawki. Owszem, dzisiaj jesteśmy już po trzecim czytaniu i po głosowaniu w Sejmie, ale przed pracami w Senacie, który będzie procedował nad tymi ustawami. Można oczywiście przewidzieć, jaki będzie finał, natomiast niezależnie od tego nie może być tak, że ktoś w Komisji Weneckiej traktuje siebie jako nieomylnego wróża, wyprzedzając niejako fakty. Przede wszystkim jest to urąganie zasadom stanowienia prawa, jeśli przed zakończeniem procedowania wydaje się opinie do dokumentu, którego de facto jeszcze nie ma. Na razie jest projekt dokumentu. Komisja Europejska, Komisja Wenecka czy Rada Europy powinny się zająć przede wszystkim tymi sprawami, do rozstrzygania których są powołane, a nie – jak w tym przypadku – szukać tematów zastępczych. Gra idzie o przyszły kształt Europy, która będzie Europą ojczyzn, suwerennych państw, jak proponuje Warszawa i Budapeszt, ale będzie lewacka, jak proponuje Martin Schulz, który zbiera siły po stronie swojego planu. Schulz – co by o nim nie powiedzieć – nie owija w bawełnę, ale mówi wprost o swoich celach, natomiast KE czy Komisja Wenecka próbują straszyć Polaków sankcjami i wywrzeć nacisk na polski rząd, próbują zahamować reformy naszego kraju.

Platforma i Nowoczesna nie potrafiły zablokować tych reform, dlatego teraz inicjatywę próbują przejąć instytucje międzynarodowe?   

– Przecież opozycja totalna powiedziała kiedyś, że rząd PiS obali ulica albo zagranica i w tym dążeniu są konsekwentni. Ulica im nie wychodzi, dlatego próbują robić wszystko, żeby uaktywnić zagranicę, licząc, że jej działania zmuszą polski rząd do zaniechania reform. Tyle tylko, że to PiS otrzymało demokratyczny mandat do kierowania i reformowania Polski i z tej drogi nie zejdziemy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl