Ponad trzy tysiące lekarzy rezydentów zdecydowało się na wypowiedzenie klauzul opt-out. Jak to wygląda w szpitalu, w którym Pan pracuje?
– Chcę podkreślić, że to nie jest protest tylko lekarzy rezydentów, ale protest wszystkich lekarzy. Mogę powiedzieć na przykładzie Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2 im. św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, gdzie pracuję, klauzule opt-out na chwilę obecną wypowiedziało 95 lekarzy rezydentów i 85 lekarzy specjalistów. Jest zatem prawie pół na pół. To skutkuje tym, że przynajmniej na kilku oddziałach: noworodkowym, pediatrycznym, ginekologicznym, na neurologii, kardiologii czy chorobach wewnętrznych wprowadzono system pracy zmianowej. To nie gwarantuje ani ciągłości opieki medycznej, ani możliwości wykonywania większości usług medycznych. Oznacza to, że szpital będzie pracował w systemie ostro dyżurowym, czyli będziemy załatwiać tylko pacjentów w stanach zagrożenia życia. W całej Polsce jest podobnie.
Minister Konstanty Radziwiłł twierdzi, że wszystko ma pod kontrolą i nie widzi problemu, a jak widzą to lekarze w szpitalach?
– Mówiąc sarkastycznie, skoro minister Radziwiłł nie widzi problemu, to po co się martwić…?! Według ministra jest dobrze, ale tak nie jest. Zresztą to nie jest pierwszy minister zdrowia, który nie dostrzega problemów w ochronie zdrowia i może właśnie dlatego cały czas jest tak źle w tym ważnym obszarze.
Pacjenci po 1 stycznia będą bezpieczni, zostanie im zapewniona pełna opieka medyczna?
– Tego nie jestem w stanie zagwarantować. Ja nie odpowiadam za organizację opieki zdrowotnej w Polsce. Mogę powiedzieć, że wszyscy pacjenci, którzy zgłoszą się do mnie do gabinetu, uzyskają pomoc zgodnie z moją najlepszą wiedzą popartą doświadczeniem medycznym. Natomiast, co będzie z pacjentami, którzy się zgłoszą do szpitala, w którym pracuję, tego nie jestem w stanie powiedzieć, bo nowa organizacja czasu pracy nie zapewnia takiego bezpieczeństwa.
Wspomniał Pan wcześniej, że Pana szpital będzie pracował w systemie ostro dyżurowym, co oznacza, że pomoc będzie udzielana pacjentom w stanach zagrożenia życia. Jak długo da się tak pracować i czy to nie wpłynie na opóźnienie diagnostyki?
– Jako lekarze będziemy wykonywać zadania, do których jesteśmy powołani – czyli będziemy leczyć pacjentów, z tym że najprawdopodobniej poza zabiegami ratującymi życie nie będzie możliwości wykonywania zabiegów planowych. Natomiast czy to nie wpłynie na opóźnienie diagnostyki medycznej zwłaszcza nowotworów, czy nie wpłynie to na pogorszenie wyników leczenia, tego nie wiem. Prawdopodobnie tak będzie. Jest to tylko kwestia czasu. Jeśli pewnych rzeczy się nie wykonuje w trybie zaplanowanym, to w związku z wiedzą, jaką posiadamy na temat etiologii poszczególnych chorób, jeśli zaniechamy profilaktyki, jeśli zaniechamy pewnych badań diagnostycznych, które do tej pory wykonywało się w trybie – nazwijmy to – planowym, to po jakimś czasie możemy mieć efekt w postaci zwiększenia przypadków zachorowań na choroby nowotworowe w stanie zaawansowanym ze złymi rokowaniami. Spowoduje to również uciążliwość dla pacjentów, którzy będą musieli czekać w jeszcze dłuższych kolejkach. Ale to nie my lekarze odpowiadamy za system ochrony zdrowia tylko ci, którzy go organizują, którzy od pacjentów przyjmują pieniądze w postaci składek na ubezpieczenie zdrowotne.
Co sądzi Pan o projekcie ministra zdrowia, który umożliwia lekarzom anestezjologom pracę na kilku oddziałach?
– Jest to bardzo zły pomysł, bo jeśli się dopuści do tego, że lekarz będzie mógł dyżurować w kilku oddziałach równocześnie, to taki lekarz będzie miał: po pierwsze więcej pacjentów pod opieką, a po drugie wielokrotnie większą odpowiedzialność. W tym czasie może być w przychodni bądź w nocnej pomocy i jeśli w tym czasie coś stanie się na oddziale, np. umrze pacjent, bo nie udzielono mu na czas pomocy, to taki lekarz może zostać obarczony winą. Biorąc pod uwagę wyrok Sądu Najwyższego z 4 października tego roku, który uznał lekarza współwinnym tego, że nie udzielił na czas pomocy, bo w tym momencie był zajęty pracą w oddziale i udzielaniem pomocy innemu pacjentowi, to uważam, że lekarze nie powinni się na to zgadzać. W innym wypadku będziemy współodpowiadać za błędy organizacyjne dyrektorów szpitali czy ministra zdrowia.
Kilka dni temu, komentując nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, która zwiększa nakłady na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB w 2025 r., minister Radziwiłł określił jako „historyczną chwilę”. Jego zdaniem tylko złośliwi nie chcą tego dostrzec. Co na to środowisko lekarskie?
– Minister przeczy temu, co mówił jeszcze kilka lat temu, zanim został szefem resortu zdrowia. Wtedy jako nasz związkowy kolega uważał, że żadne reformy w ochronie zdrowia się nie udadzą bez zwiększenia finansowania. Natomiast biorąc pod uwagę wysokość nakładów mierzoną odsetkiem PKB, w przyszłym roku ten odsetek będzie nawet niższy w roku bieżącym. Poza tym przy obecnej sytuacji opieki zdrowotnej, która ma ponad 10 miliardów złotych zadłużenia, to wzrost o mniej więcej cztery miliardy w roku przyszłym to jest kropla w morzu potrzeb. Sześć procent, jakie mamy osiągnąć za siedem lat, jest już dzisiaj niewystarczające i już ten fakt powoduje, że ta propozycja Ministerstwa Zdrowia nie jest warta funta kłaków. Jeśli ktoś jest głodny, to nie zaprasza się go na obiad za pięć lat, tylko najdalej za pół godziny, najdalej za godzinę. Dlatego obiecywanie czegoś, co wykracza poza kadencję rządu, jest czystą mrzonką. Obecny rząd ma wpływ tu i teraz na to, co się dzieje z budżetem i to obecny rząd może dać bądź nie środki na ochronę zdrowia. Natomiast jeśli się planuje coś na wyrost siedem lat do przodu, to są właściwie dwie kadencje i moim zdaniem nie jest to poważna propozycja, tylko zwykła gra na czas. Tyle tylko, że taką grę na czas obserwujemy już co najmniej 25 lat.
Jak sprawdza się sieć szpitali, która miała usprawnić organizację udzielania świadczeń opieki zdrowotnej przez szpitale oraz przychodnie przyszpitalne i poprawić dostęp pacjentów do leczenia specjalistycznego?
– Przecież gołym okiem widać, że nic to nie dało – zresztą tak jak prognozowaliśmy. Sieć szpitali nie dotyka żadnego z najbardziej istotnych problemów opieki zdrowotnej, w tym najistotniejszego – czyli niedofinansowania. Kolejki do świadczeń zdrowotnych, rozbudowana biurokracja w największym stopniu są spowodowane przez niedofinansowanie i jeśli się tego nie zmieni, to żadne inne pozorowane zmiany nie przyniosą odczuwalnej poprawy. Wszystko, co obserwujemy, to zmiany pozorowane, natomiast nie usuwamy zasadniczej przyczyny, czyli niedofinansowania opieki zdrowotnej, a z drugiej strony poprzez zbiurokratyzowanie podnosimy koszty działania systemu. To powoduje, że deficyt jest jeszcze większy, niż mógłby być przy obecnym poziomie finansowania.
Zatem jaki był ten mijający rok w ochronie zdrowia?
– Wydaje się, że mijający rok był kolejnym trudnym rokiem, w którym jeszcze bardziej się objawiły niedobory w ochronie zdrowia – wprawdzie dorzucono więcej pieniędzy na operacje zaćmy, co skróciło kolejki oczekujących na ten zabieg, ale to jest tylko kropla w morzu potrzeb. Głównie szpitale są zadłużone i obsługa tego zadłużenia też, w znacznym stopniu uszczupla pieniądze, które możemy wydać na opiekę zdrowotną. Jesienią otrzymałem informację, że obsługa bodajże ośmiu szpitali, które są w gestii marszałka województwa podkarpackiego, to koszt rzędu ośmiu milionów złotych. I chociażby o te pieniądze są uszczuplane środki na opiekę zdrowotną. Gdyby nie było długów, mielibyśmy osiem milionów złotych więcej na wykonanie świadczeń medycznych. Więc tylko to pokazuje, jakie są rzeczywiste problemy i nierozwiązywanie tych problemów, odkładanie ich na później generuje dodatkowe koszty, które pogłębiają i tak trudną sytuację w ochronie zdrowia w Polsce.
Można mówić o dialogu środowisk medycznych z resortem zdrowia?
– Byłem na spotkaniu zorganizowanym z inicjatywy lekarzy rezydentów, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że był to stracony czas, że z ministrem zdrowia nie mówimy jednym językiem. Minister Radziwiłł – w mojej ocenie – utracił kontakt z rzeczywistością i bez wstrząsu, bez zmiany sposobu myślenia dalsze rozmowy nie mają sensu.
Z czego wynika ta niemoc resortu?
– To dowód, że tak naprawdę minister zdrowia nie ma nic do powiedzenia. Jego zadaniem jest zaprząc nas, lekarzy i w ogóle środowisko medyczne, do pracy i ma pretensje, że nie chcemy pracować więcej, choć sam kiedyś – po śmierci jednego z naszych kolegów na dyżurze – mówił, że każdy powinien pracować tyle, ile może. Jak widać, na każdą okazję ma inny komentarz, co powoduje, że jest człowiekiem niewiarygodnym. Z drugiej strony widać, że nic nie może i ewentualna zmiana też nic nie da, bo szef resortu zdrowia tylko firmuje decyzje, które zapadają gdzie indziej, tzn. w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i w Ministerstwie Finansów. W związku z tym zmiany personalne niczego nie dadzą, jeśli się nie zmieni sposób patrzenia na problemy w ochronie zdrowia.
Co może być kluczem do zmiany sposobu myślenia przez osoby decyzyjne?
– Kluczem jest to, że politycy wyższego szczebla, począwszy od parlamentarzystów na ministrach i ich rodzinach skończywszy, jest to, że nie korzystają oni z systemu ochrony zdrowia w takim zakresie jak zwykli pacjenci, tylko mają do dyspozycji kliniki rządowe, dlatego nie widzą problemu. Gdyby posłom czy ministrom przyszło stanąć ze zwykłymi Polakami od godz. 4 nad ranem w kolejkach do rejestracji i pół roku czekali na wizytę dajmy na to u neurologa, rok do endokrynologa, czy w kolejkach na zabiegi, to sytuacja zmieniłaby się, bo sami inaczej patrzyliby na system, który jest chory. Polacy nie korzystają z takich przywilejów i to ich dotyczą ograniczenia, przeszkody czy bariery, z czego to my, lekarze, mamy się tłumaczyć, bo oficjalnie, z góry idzie przekaz, że wszystko jest w porządku, tylko lekarze są źli. Ale to nieprawda.

