Co się dzieje na Lewicy? Czy to, co ostatnio obserwujemy, to tylko wewnętrzny spór w rodzinie?
– Na lewicy mamy wyraźny konflikt. Jeśli dzisiaj politycy wszystkich lewicowych frakcji nie usiądą do stołu i nie podejmą rozmów, nie wystudzą emocji i temperatury sporu, to może być różnie. Jedno jest pewne, że co by nie powiedzieć przed tą formacją trudne dni, które pokazują, że ktoś próbuje lewicę rozgrywać. Jak pamiętamy w 2019 r. powstała „wielka” koalicja Nowej Lewicy, której ideą było zjednoczenie środowisk lewicowych pod jednym szyldem. Na dzień dobry deklarację o przystąpieniu do tego formatu złożyły „Wiosna”, Razem i SLD. Ustalenia były takie, że na potrzeby wyborów powstaje wspólna lista i wszyscy idą razem walczyć o mandaty do Sejmu. Zaproszeni do tego towarzystwa zostali także inni, ale głównym celem tych działań było zjednoczenie lewicy. Dzisiaj mamy rok 2021 i uruchomione wcześniej procedury cały czas trwają. I tak „Wiosna” Roberta Biedronia złożyła wniosek o likwidację swojej partii i w czerwcu tego roku została rozwiązana. Skoro powstaje nowy polityczny podmiot Nowa Lewica, to nie ma potrzeby dłużej utrzymywać „Wiosny”, która – jak widać – była bytem przejściowym.
W piątek trochę się jednak zmieniło, ponieważ część SLD patrzy krytycznie na ten zjednoczeniowy projekt Nowej Lewicy?
– Minął czas wyborów, kto miał się dostać do parlamentu, to się dostał, do głosu zaczynają dochodzić doły partyjne zaniepokojone tym, iż – według planów – nowa formacja w ramach partii ma się składać z dwóch frakcji tworzących jeden byt – frakcja SLD i frakcja „Wiosny”. W mojej ocenie nie jest to takie proste, jak z pozoru może wyglądać. Mianowicie nie jest żadną tajemnicą, że na Lewicy był konflikt między obecnym liderem Włodzimierzem Czarzastym a eurodeputowanym Leszkiem Millerem.
I od tego się zaczęło?
– Dokładnie. Leszek Miller, który od jakiegoś czasu bardzo się uaktywnił jako krytyk, kwestionował nawet przywództwo Włodzimierza Czarzastego, m.in. oskarżając obecnego lidera, że zmiany na Lewicy są nielegalne. Proszę jednak pamiętać, że zarówno Leszek Miller, jak i Marek Belka czy Włodzimierz Cimoszewicz zostali eurodeputowanymi, startując z list Koalicji Obywatelskiej, która umożliwiła tym panom – działaczom, żeby nie powiedzieć notablom byłego systemu – powrót do wielkiej polityki.
Czy tylko tym odkurzonym notablom systemu komunistycznego, reanimowanym przez Koalicję Obywatelską zależy na ewentualnym konflikcie? Pierwsze komentarze mówiły, że przede wszystkim PiS może na tym skorzystać…
– Kiedy przysłuchiwałem się komentarzom polityków mówiących o tym, że największy interes z rozbicia Lewicy może mieć PiS, to przyznam, że mnie to rozśmieszyło. To jakaś bzdura. Po pierwsze, to nie jest ten elektorat, to nie jest grupa ludzi, która bez większych problemów może przejść z SLD czy w ogóle środowisk lewicowych do Zjednoczonej Prawicy. Pomijając rozmowy liderów Lewicy z przedstawicielami rządu, a w konsekwencji wspólne głosowanie nad decyzją o zasobach własnych Unii Europejskiej, trzeba powiedzieć, że są to jednak dwa różne światy, dwie różne polityczne bajki. Dlatego – w moim odczuciu – całą tę historię rozgrywa Leszek Miller, a w tle jest nie kto inny, jak Donald Tusk. To właśnie Tuskowi cały ten spór jest na rękę. Ma okazję przejąć paru posłów, zwiększyć stan posiadania i podciągnąć sondaże. Jednocześnie będzie chciał osłabić Zjednoczoną Prawicę w głosowaniach nad Polski Ładem – oczywiście w kwestiach socjalnych. Proszę zwrócić uwagę, że bieżące sondaże – w zależności od tego na czyje zamówienie robione jest badanie – dają lewicy ok. 6-7-procentowe poparcie. Co więcej, w kuluarach sejmowych coraz głośniej mówi się o frakcji lewicowej, która mogłaby powstać na gruncie Platformy po to, aby stworzyć coś w rodzaju „lewej nogi”. Do tego jednak potrzebne byłoby SLD. Wszyscy są zatem skazani na koalicję, na zbudowanie bloku czy to europejskiego czy obywatelskiego – jak zwał tak zwał – pod wodzą Donalda Tuska.
Jednak osobą najbardziej zainteresowaną rozbiciem całej Lewicy jest nie kto inny, jak Donald Tusk…
– Zgadza się. Temu mają służyć wewnętrzne waśnie i nieporozumienia na Lewicy. Słabą postacią w tym lewicowym rozdaniu jest Robert Biedroń i jego była już formacja „Wiosna”, która po wejściu do parlamentu nie zdała egzaminu.
Co wcale nie przeszkadza Włodzimierzowi Czarzastemu stanąć po stronie Roberta Biedronia.
– Włodzimierz Czarzasty stara się wyjść z twarzą z całej tej sytuacji i trzeba mu przyznać, że chce być solidarnym, lojalnym wobec Roberta Biedronia. Zbuntowana kilkuosobowa grupa polityków, którzy sprzeciwili się powołaniu w partii tylko dwóch frakcji, mówi wyraźnie: nie zgadzamy się i zaczynamy wszystko od nowa. To jest polityka, tu nie ma miejsca na sentymenty. Kiedy była potrzebna solidarność przy wyborach, to ci panowie i panie nie widzieli problemu, żeby „Wiosna” i inne środowiska weszły do lewicowej koalicji. Chodziło tylko o to, żeby zbudować blok, który zbierze odpowiedni elektorat umożliwiający przekroczenie progu wyborczego i dostanie się do Sejmu. Dzisiaj ewidentnie pojawia się lepsza oferta, którą jest Platforma.
Czemu zatem ma służyć narracja, że rozpad lewicy jest na rękę PiS-owi?
– Chodzi o to, żeby zdyskredytować Włodzimierza Czarzastego i jego środowisko; że poszło na układ i zadaniową, bo zadaniową, ale jednak koalicję z PiS-em przy głosowaniu nad Krajowym Planem Odbudowy. Dlatego zarzucają Czarzastemu, że zachowuje się jak sojusznik PiS-u. Dużo w tym jednak fantazji dziennikarskich i politycznych, a jednocześnie sprytne schowanie osoby, która najwięcej na tym korzysta, czyli Donalda Tuska. Fakty są takie, że PiS nie byłoby zainteresowane rozbiciem lewicy, dlatego że kwintesencją będą głosowania nad projektami w ramach Polskiego Ładu – w obszarach społecznych, jakie mają się odbyć w Sejmie jesienią. I nie wierzę w to, że posłowie Lewicy będą przeciwko, żeby np. kwota wolna od podatku została podwyższona. Nie wierzę, żeby zagłosowali przeciwko, bo to wynika z ich lewicowej idei. Inaczej mówiąc, w interesie PiS-u jest nierozbijanie Lewicy, ale wręcz przeciwnie, żeby na Lewicy była jedność, żeby Lewica była podmiotowa. I to jest najprostsza odpowiedź na to, co dzieje się dzisiaj na Lewicy. Warto zatem obserwować wydarzenia, bo sytuacja jest dynamiczna. Mamy zapowiedź nowej partii złożonej z dwóch frakcji i wygląda, że ewidentnie, że pachnie tu rozwodem.
Projekt zakłada stworzenie dwóch frakcji w obrębie Nowej Lewicy, z dwoma przewodniczącymi…
– Takie było założenie od początku. Jak widać grupa zawieszonych z europosłem Markiem Baltem i Tomaszem Trelą jest innego zdania i mówi, że to oni są ważniejsi, że jako SLD mają większy dorobek i nie godzą się na równy podział. I tu zaczynają się schody, bo mamy awanturę w lewicowej rodzinie.
Czy czkawką nie odbije się „reanimowanie” przez Platformę Leszka Millera, który jest dzisiaj jednym z większych przeciwników i oponentów Włodzimierza Czarzastego?
– Leszek Miller stał się mistrzem drugiego planu, krytykuje, ale de facto sam nic nie robi, za niego robią to jego ludzie. Mamy zatem prywatną wojnę między Millerem a Czarzastym, którzy – jak widać – mają coś sobie do wyjaśnienia. Jednocześnie chyba dość znacząca może się okazać opinia Leszka Millera, który twierdzi, że jeśli Lewica chce przetrwać i coś znaczyć, to musi się trzymać większego, czyli Koalicji Obywatelskiej, jako bloku i oprzeć swoją przyszłość właśnie o tę formację.
Był jednak czas, o czym wspominał podczas dzisiejszej konferencji Krzysztof Gawkowski, kiedy Lewica miała w sondażach 12-13 proc. poparcia, a więc porównywalnie z tym, co przed powrotem Tuska miała Platforma.
– To prawda, ale nieumiejętny sposób prowadzenia polityki koalicyjnej powoduje, że sami siebie podgryzają. W partiach zawsze wygrywają interesy personalne, nie merytoryczne, i tu też tak się dzieje. Jeżeli personalia są ważniejsze niż merytoryczna praca i działania, to takie przesilenie może zniszczyć każdą formację.
Trzeba chyba jednak oddać Włodzimierzowi Czarzastemu, że to on po upadku, kiedy SLD wylądował poza parlamentem, sukcesywnie odbudowywał pozycję tej formacji?
– Owszem, to był czas niewdzięczny, bo nikt nie chciał rozmawiać z partią, której nie ma w parlamencie. To rzeczywiście był czas krytyczny i w takich sytuacjach umiejętność i sztuka wyjścia z kryzysu wskazują, czy ktoś jest skuteczny. Włodzimierzowi Czarzastemu i jego otoczeniu trzeba oddać, że okazali się skuteczni i wyprowadzili SLD z politycznej otchłani. SLD był na równi pochyłej, w jej dolnym odcinku i zmierzał do unicestwienia. I wtedy na czele tej formacji, czy wśród tych, którzy podnosili SLD z ruin i aktywnie pracowali, nie było Leszka Millera, który wolał współpracować z Koalicją Obywatelską czy Europejską i z jej list – wraz ze wspomnianymi wcześniej kolegami Belką i Cimoszewiczem dostał się do PE, miękko lądując na politycznej emeryturze. Tak to wygląda.
Jaki los może spotkać Włodzimierza Czarzastego? Czy utrzyma się na pozycji lidera?
– Myślę, że tu może się spełnić stara sprawdzona na gruncie parlamentarnym, partyjnym zasada – wróg, śmiertelny wróg, kolega z partii. W polityce tak jest wszędzie.

