logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Stawką jest suwerenność państwa polskiego

Niedziela, 5 września 2021 (12:44)

Aktualizacja: Niedziela, 5 września 2021 (19:50)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Bruksela znów próbuje strofować Polskę. Komisarz ds. gospodarczych Paolo Gentiloni miał powiedzieć, że kwestia wyższości prawa unijnego nad prawem krajowym jest powodem przeciągających się negocjacji z Warszawą na temat polskiego Krajowego Planu Odbudowy, a komisarz Didier Reynders wskazuje, że komisja czuwa nad tym, czy polskie władze „w pełni wdrażają” orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

– To nic nowego. Myślę, że to było spodziewane. Być może premier Mateusz Morawiecki liczył, że po kompromisie budżetowym będzie jakiś czas spokoju, ulgi, że Unia odpuści, ale wygląda na to, że nie, bo o tym rozstrzygają kwestie geopolityczne. Prezydent Joe Biden dał wolną rękę kanclerz Angeli Merkel i Niemcy porozumiały się z Rosją w sprawie podziału wpływów w Europie Środkowej. W związku z czym jest realizowana niemiecka koncepcja Mitteleuropy. Natomiast Unia Europejska – Bruksela jest rodzajem bata, którym Polska będzie okładana, dopóki się nie podporządkuje. Maksymalnym celem tych działań jest zmiana władzy w Polsce – zresztą po to do kraju powrócił Donald Tusk, który takie ma zadanie. Chodzi o całkowitą zgodę na dominację Berlina za pośrednictwem Brukseli, a zarazem całkowitą zgodę na ideologiczną dominację, która jest wykładnią całego imperium, czyli ideologia gender,  ideologia rewolucji kulturowej czy seksualnej.

Jeśli to się nie powiedzie, to czeka nas obalenie rządu?

– To jest cel minimum. Jeśli z jakiegoś powodu nie da się  zmienić władzy w Polsce, to będzie próba złamania nas i stąd ten cały szantaż finansowy. To już ma miejsce. W sejmikach wojewódzkich straszy się radnych, że jeśli będą się bronić przed ideologią, to samorządom odbierze się pieniądze. Natomiast gra na poziomie rządowym idzie o grubsze cele. Tyle że jeśli uznano by wyższość unijnego prawa nad prawem krajowym nad Konstytucją RP, to będzie to oznaczało utratę suwerenności państwa. Takie próby trwają, mimo że w wielu orzeczeniach trybunałów krajowych – łącznie z Niemcami – jest określona jasno wyższość prawa krajowego. Tylko że Niemcy są w centrum imperium, a my jesteśmy jego peryferiami i mamy się podporządkować. I to wszystko odbywa się właśnie w takim paradygmacie, co więcej – nie wygląda na to, żeby ta presja miała osłabnąć.

Niebawem w Polsce z wizytą ma gościć kanclerz Angela Merkel.      

– Zobaczymy, jakie będą efekty tej pożegnalnej wizyty Angeli Merkel w roli kanclerza Niemiec, czy dojdzie do jakiegoś porozumienia. Pamiętajmy, że Niemcy są przed wyborami i prowokacja białorusko-rosyjska może też zdestabilizować ich scenę polityczną, więc pewnie mają interes w tym, żeby Polska zatrzymała tę migracyjną falę u bram Europy. W związku z tym być może złagodzą swoje stanowisko. Ale czy tak się stanie? Trudno powiedzieć.

Może – jak Pan Profesor zauważył wcześniej – należało twardo zagrać podczas negocjacji budżetowych?

– Owszem, może należało zagrać ostrzej, może nałożyć weta na próby wiązania funduszy unijnych z tzw. praworządnością, ale grać do końca twardo, zdecydowanie. Wygląda na to, że innej linii nie ma. Bruksela i państwa wiodące w Unii nie posługują się traktatami, co więcej –  łamią traktaty, a więc już nie prawo rozstrzyga, ale siła. Siła ponad prawem i to, że my działamy zgodnie z prawem, że staramy się wykazać wyższość Konstytucji RP nad unijnym prawem, że podobnie jest w innym krajach i że nawet jeśli w przypadku Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego ulegniemy, to wszystko nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia, bo Bruksela wymyśla nowe rzeczy i nawet gdybyśmy się zgodzili na uznanie wyższości prawa unijnego nad naszym prawem krajowym, to za chwilę ośrodki unijne stwierdzą, że łamiemy praworządność, bo  nie ma u nas w szkołach edukacji seksualnej – tej w genderowym rozumieniu – i de facto musimy się zgodzić na demoralizację dzieci. To wymuszanie uległości na nas będzie trwało aż do końca, aż do całkowitego upodlenia, czyli podporządkowania się w sensie gospodarczym, politycznym i w sensie ideologicznym temu unijnemu imperium, na którego czele stoją Niemcy.

Wygląda na to, że rząd nie chce się ugiąć przed tą presją. Premier Morawiecki zareagował stanowczo, stwierdzając: „Nikt nie będzie nas pouczał, czym jest demokracja i praworządność, gdyż Polska ma bardzo długą i szlachetną historię walki z wszelkiego rodzaju totalitaryzmami i despotami”.

– To jest wypowiedź, to są słowa. Przypomnę tylko, że  mieliśmy wiele takich szumnych, stanowczych wypowiedzi, ale gra z naszej strony nie była jednak twarda. Ostatecznie cofaliśmy się i teraz rodzi się pytanie: czy tym razem też się cofniemy? Moim zdaniem metoda cofania się i gry na czas dzisiaj chyba nie spełni już swojej roli, bo nie mamy obrońców. Ameryka Bidena już nie stanie po naszej stronie, wręcz przeciwnie, więc w tej grze jesteśmy osamotnieni. Tylko że taka twarda, ostra gra przeciw nam nie byłaby skuteczna, gdybyśmy nie mieli infantylnego nastawienia sporej części polskiego społeczeństwa, które w Unii Europejskiej widzi jedynie pozytywy. Dla takich ludzi nie byłoby problemu, żeby sprowadzić Polskę do rangi niemieckiego landu, byleby tylko otrzymać fundusze unijne. I dlatego ten szantaż finansowy jest skuteczny. Również dlatego, że mamy w Polsce pół sceny politycznej całkowicie zwasalizowanej w sensie mentalnym, pomijając już element agenturalny. Chyba trudno wyobrazić sobie drugi kraj, w którym ta uległość wobec innych byłaby – wśród klasy politycznej – tak daleko posunięta jak u nas. Zatem wszelkie powiązania są tak silne, że prowadzą do mentalnego podporządkowania wobec obcych, stąd też tak twarda gra z drugiej strony. Rodzi się jednak kolejne pytanie, czy obóz patriotyczny w Polsce nie powinien jechać do samego końca twardo, bo jedno jest pewne, że presja i naciski Brukseli na nasz kraj się nie zatrzymają. Widać wyraźnie, że elity brukselskie mają taki nakaz, a  mianowicie dopóki idzie miękko, to gramy aż do całkowitego zwasalizowania Polski. W tej sytuacji najlepsza dla nich byłaby zmiana rządu. Stąd te naciski są tak skorelowane z tym, co mówi Tusk i co mówią unijni biurokraci.

Unia Europejska nie ma innych problemów, tylko zajmuje się praworządnością w Polsce? Przecież sytuacja staje się coraz bardziej napięta, jeśli chodzi o zewnętrzne granice, presję migracyjną i działania hybrydowe Mińska i Moskwy.

– Praworządność jest tylko pretekstem, młotkiem, którym uderza się w niepokornych. Gra prowadzona jest pod Niemcy, które mają swoje stare plany. Chodzi o to, że Europa Środkowa, według tej koncepcji, ma być zapleczem ekonomicznym, przestrzenią ekspansji – tak Niemcy definiowali swoje cele, taka, według nich, miała czy ma być rzeczywistość. W tym projekcie Polska ma centralne znaczenie, dlatego Niemcy chcą teraz wykorzystać otwierające się polityczne okienko związane z tym, że Stany Zjednoczone, administracja prezydenta Joe Bidena daje im wolną rękę. Nic zatem dziwnego, że Berlin chce wykorzystać ten czas na załatwienie swoich interesów. Jeśli podporządkuje sobie Polskę, to w Europie Centralnej nie ma innego bytu, który stałby naprzeciwko temu planowi. I to jest dzisiaj szczególnie niebezpieczne, bo gdyby Europa była budowana na zdrowych podstawach ideowych i nie byłoby rewolucyjnych ideologii, nie byłoby to aż tak niebezpieczne. Natomiast sytuacja jest trudna i tak jak niegdyś Sowieci podporządkowywali sobie wszystko na bazie komunistycznej ideologii, tak dzisiaj Berlin wykorzystuje do tego ideologię rewolucyjną. I stąd jest to wszystko takie groźne – nie tylko w sensie podporządkowania sobie suwerenności, ale również w kwestiach ideowych, duchowych. To jest niewyobrażalne zagrożenie, bo pochód ideologiczny jest tak niebezpieczny, tak niszczy cywilizację europejską, że trudno to sobie nawet wyobrazić. Jest to zatem ogromne zagrożenie  duchowe, a także zagrożenie suwerenności, ale to jest jeden z ich głównych celów.

Co ciekawe, Niemcy – jak to bywało dawniej – bratają się z Rosją. Trudno uciec od porównań do czasów, które wspominamy bardzo źle?

– Dokładnie. Proszę zwrócić uwagę, że Angela Merkel pod koniec swego urzędowania udaje się do Moskwy, do Putina, tym samym pozostawiając manifest swojemu następcy – ktokolwiek by nim nie był – co dalej trzeba robić, jaką linię kontynuować. Chodzi o budowę silnego niemieckiego imperium w Europie przy współpracy z Rosją, przy podziale z Moskwą stref wpływów. A my jesteśmy ofiarą tej zmowy.

Wobec tego, co Pan Profesor powiedział, nie wygląda na to, żeby kanclerz Merkel przyjeżdżała do Warszawy z misją pojednawczą?  

– Przyjeżdża do Polski, bo jest jeden ważny temat:  sytuacja na naszej wschodniej granicy. Niemcy traktują nas jako swoją strefę wpływów, co widać chociażby w sferze gospodarczej, gdzie wymiana handlowa z nami jest ogromna i zdaje się przewyższa nawet wymianę z Rosją, co więcej – jest o wiele bardziej różnorodna. Wymiana Niemiec z Rosją dotyczy głównie sfery surowcowej, a z nami ten wachlarz jest większy. I Niemcy chcą nas spacyfikować, żeby nie przyszło nam przypadkiem do głowy – w jakiejś perspektywie – prowadzić suwerenną grę. Jednocześnie Polska jest dla Niemiec buforem, dlatego zdają sobie sprawę – historycznie to czytają, że z Rosją się dogadywali, ale później dochodziło do konfliktów. I to, że za miesiąc są w Niemczech wybory, oraz to, że Białoruś, a w istocie Rosja, prowadzi wojnę hybrydową, z punktu widzenia interesów Berlina jest to groźne. Proszę zwrócić uwagę, że tak ostro występujący Berlin czy Bruksela – w końcu to jedno i to samo – przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości nie popiera agresywnych działań totalnej opozycji w kontekście granicy wschodniej. Dlatego że wpuszczenie fali migracji islamskiej za pośrednictwem Białorusi zdestabilizuje kraje nadbałtyckie, stworzy potężne problemy w Polsce, ale ci migranci nie zostaną nad Wisłą, ale pójdą dalej – do Niemiec. I tu przypomina się rok 2015 i polityka otwartych drzwi, która doprowadziła do ogromnego kryzysu i destabilizacji społecznej w Niemczech. Dlatego partia CDU, która teraz stanęłaby przed podobnym problemem, mogłaby przegrać z kretesem zbliżające się wybory. I to jest jedna z przyczyn, dla których Angela Merkel pojawi się w Warszawie.

Może warto wykorzystać tę sytuację i przynajmniej próbować negocjować z Niemcami?       

– Tak jak zrobiła Turcja, która – jak pamiętamy – dużo wynegocjowała od Niemiec, wypuszczając migrantów na teren Europy. My jesteśmy tylko etapem na drodze ewentualnej fali i nie jest tak, że sami sobie robimy tym problem, ale przede wszystkim Niemcom, którzy mają tego świadomość. Stąd potrzebna jest z naszej strony ostra, twarda gra, bo – pamiętajmy – nad nami nikt się nie ulituje. Dlatego ta kwestia powinna i – moim zdaniem –  będzie głównym tematem rozmów premiera Morawieckiego oraz kanclerz Merkel. Przed nami też manewry wojskowe armii rosyjskiej i białoruskiej „Zapad-2021”. I to, że kanclerz Merkel dogadała się z Putinem w kwestii Nord Stream 2 czy w kwestii podziału wpływów w Europie, nie oznacza, że to koniec ambicji Moskwy. Putin chętnie posunie się dalej, chcąc jeszcze bardziej poszerzyć swoje wpływy. Na pewno chciałby przejąć kontrolę nad państwami bałtyckimi i połączyć się z Kaliningradem w sensie różnych możliwości przepływu towarów, ludzi itd. Jednocześnie bez Polski nie ma ratunku dla krajów nadbałtyckich. Niemcy, które w tej chwili przejmują pełną sterowność w Europie Centralnej, zapewne zdają sobie z tego sprawę. Sądzę, że podczas rozmów w Warszawie powinniśmy podejmować te wszystkie kwestie, łącznie z odpuszczeniem nam nacisku ze strony Brukseli.

Bo jeśli nie, to otworzymy tranzyt migrantów od naszej wschodniej granicy do Berlina…     

– Nie chciałbym aż tak dosadnie tego określać, ale sądzę, że różne scenariusze są tu możliwe. Kanclerz Merkel, ustawiając tutaj swoją pseudoagenturę polityczną, widzi,  jak to się wszystko nieracjonalnie zachowuje, choćby biorąc pod uwagę wyczyny polityków totalnej opozycji przy granicy z Białorusią. Więcej jest z tego wstydu niż pożytku. Jeśli zaś chodzi o nas, to jest stara zasada: negocjuj i walcz, walcz i negocjuj. Skoro Niemcy walczą z nami, to będą też negocjować, tylko pytanie: jak my odpowiemy? Na pewno stoi przed nami kwestia zgody na powiązanie unijnych funduszy z praworządnością i nie można wykluczyć, że Bruksela będzie próbowała grać z nami bardzo twardo i blokować nam pomoc pocovidową, co mogłoby nas dużo kosztować, ale teraz uległość też nas dużo kosztuje. Pytanie jest zatem: ile możemy stracić, a ile zyskać?

      Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl