Polski rząd wyraża się jasno – nie zamkniemy kopalni „Turów”. Wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń, odnosząc się do postanowienia Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, stwierdza jasno, że nie ma możliwości, żeby zrealizować to „kuriozalne” postanowienie. To oznacza, że będziemy płacić kary?
– Taka decyzja ze strony rządu zapadła już w maju, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – w osobie hiszpańskiej sędzi Rosario Silva de Lapuerta – wydał postanowienie o natychmiastowym zaprzestaniu wydobycia węgla brunatnego w kopalni „Turów”, uderzające w polską rację stanu. I tutaj rząd się nie zawahał i nie zmienił – ani przez chwilę – swojej decyzji. To ważna decyzja dla pracowników Kopalni Węgla Brunatnego „Turów” i spółek związanych z kopalnią oraz dla mieszkańców Bogatyni czy Zgorzelca. Przypomnę, że od kopalni „Turów” i elektrowni zależy los pracowników i ich rodzin, łącznie prawie 70 tysięcy osób. To system naczyń połączonych i jeśli kopalnia wstrzyma wydobycie, to również elektrownia nie będzie miała paliwa do produkcji energii. Tymczasem Elektrownia „Turów” produkuje blisko 8 proc. energii w Polsce. Ponadto ta decyzja Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu i tak byłaby niemożliwa do wykonania, bo kopalni nie zamyka z dnia na dzień. To są wieloletnie różnego rodzaju działania, które zapobiegają po pierwsze katastrofie ekologicznej, po drugie mają na celu zmianę miksu energetycznego i poszukiwanie gdzie indziej możliwości wytwarzania energii, a przede wszystkim wskazują miejsca pracy dla osób, które straciłyby zatrudnienie w kopalni. Decyzja rządu w tej sprawie jest zatem jasna i niezmienna.
Europarlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości wspierają rząd w tej sprawie, w przeciwieństwie do europosłów opozycji…
– Długo na ten temat dyskutowaliśmy i analizowaliśmy. W naszej opinii – eurodeputowanych PiS – i to przekazaliśmy polskiemu rządowi – nie ma żadnych podstaw do tego, aby płacić jakiekolwiek kary – jak zażyczyła sobie hiszpańska sędzia. Po pierwsze jest to postanowienie, a nie wyrok, a po drugie jest to niezgodne z traktatami. Art. 192 ust. 2 i art. 194 ust. 2 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej pokazują, że nie ma takiego trybu, jeśli zaś chodzi o bezpieczeństwo energetyczne – miks energetyczny, to jest to właściwość kraju członkowskiego.
Słyszymy, że negocjacje trwają, ale czy przed wyborami w Czechach jest szansa na dogadanie się w sprawie Turowa? Premier Morawiecki uważa, że Czesi kierują się logiką wyborczą pozbawioną gotowości do porozumienia…
– To właściwa diagnoza, tak rzeczywiście jest. Wybory parlamentarne w Czechach odbędą się za niecałe dwa tygodnie. Tymczasem odbywają się kolejne spotkania zespołów negocjacyjnych i rzeczywiście – od samego początku – Czesi eskalują swoje żądania, które są niezgodne z przepisami i umowami międzynarodowymi. Na przykład zażyczyli sobie bliżej nieokreślonych inspektorów, którzy kontrolowaliby kopalnię „Turów”. Chcieliby żebyśmy – ot tak – godzili się na kary, o których decydowałby wspomniany inspektor bez wyroku sądu. To pokazuje kulisy trwających negocjacji, które jeśli chodzi o żądania strony czeskiej, są czasami absurdalne. Z tego, co wiem Polska – wczoraj – postawiła granice, poza które się absolutnie nie przesuniemy, w związku z tym bardzo długo trwały w Pradze rozmowy, które dzisiaj są kontynuowane.
Czy możemy mówić o złej woli Czechów. Nie ma przecież wątpliwości, że jeśli chodzi o ataki na Polskę w Komisji Europejskiej, prym wiedzie Czeszka Věra Jourová, która jest w dobrych relacjach z premierem Babišem. To tylko przypadkowa zbieżność?
– Nie chciałabym używać aż tak mocnych sformułowań, bo po pierwsze wiem, w jakiej przyjaźni żyją mieszkańcy przygranicznych regionów Czech i Polski, którzy często stają się zakładnikami tego, co robi premier Czech. Z przeprowadzonych miesiąc temu badań wynika, że zarówno Polacy, jak i Czesi nie chcą tego sporu, nie chcą też być stroną tego konfliktu, nie poczuwają się również do tego, żeby w tym konflikcie uczestniczyć, i żądają, aby czym prędzej się zakończył. Mieszkańcy Czech sami więc definiują to, co dzieje się po ich stronie. Wybory zawsze powodują, że ktoś obawia się, że może przegrać – a takie obawy ma premier Babiš, który ma też spore problemy w Unii Europejskiej wynikające z niewłaściwego wydatkowania funduszy unijnych, i w tym momencie te emocje się potęgują. Mam nadzieję, że kiedy wszystkie sprawy związane z kampanią wyborczą się skończą, to rzeczywiście będziemy mogli finalizować negocjacje w sprawie Turowa – mam nadzieję z pozytywnym rezultatem.
W jakim świetle cała ta sprawa stawia nasze relacje z Czechami i czy może mieć wpływ szerzej – na relacje w ramach Grupy Wyszehradzkiej?
– Wartość Grupy Wyszehradzkiej jest ogromna. To jest też równoważenie różnego rodzaju sojuszy, które są miej lub bardziej formalne w Unii Europejskiej. Grupa Wyszehradzka jest dla nas bardzo ważna, stąd dbamy, pielęgnujemy ją w różny możliwy sposób. Mam nadzieję, że ten niepotrzebny spór w żaden sposób nie przełoży się na relacje i funkcjonowanie całej Grupy. Czekamy na wyniki wyborów w Czechach i zobaczymy, z kim będziemy te relacje na linii Warszawa – Praga układać i dalej budować.
A może komuś zależy na konflikcie polsko-czeskim, aby zachwiać jednością Grupy Wyszehradzkiej?
– Przyznam, że na razie tego nie dostrzegam. Natomiast jeśli w ogóle rozmawiamy o zewnętrznych naciskach, to są one oczywiście bardzo różnorodne, ale mają związek przede wszystkim z energetyką. Chodzi o to, że my jako państwo członkowskie Unii Europejskiej widzimy uchwalone prawo klimatyczne, a teraz mamy pakiet dla neutralności klimatycznej „Fit for 55”, czyli kilkanaście dyrektyw, rozporządzeń, nad którymi będziemy pracować, które są absolutnie nie do przyjęcia przez obywateli Unii Europejskiej. Cokolwiek by mówić, mamy dziś w Unii grę energetyczną – czasami mówię wręcz, że poszczególne rządy nie mają polityki zagranicznej, tylko politykę energetyczną, i to ona decyduje o przyszłości Unii Europejskiej. Stąd w tego rodzaju działaniach upatrywałabym siły. Nie należy też zapominać, że energia to biznes. Po stronie niemieckiej i czeskiej w niedalekiej odległości są większe kompleksy kopalń, ale o podobnej strukturze wydobywczej co w Turowie. Jeden z takich kompleksów po stronie czeskiej i niemieckiej został wykupiony przez prywatnego czeskiego właściciela, któremu zależy na tym, aby konkurencja była jak najmniejsza albo nie było jej wcale. Ponadto jeśli chodzi o prawo klimatyczne, to należy stwierdzić, że w sposób nadmiarowy nadano kompetencje korporacjom prawniczym i stowarzyszeniom – zielonym NGO-som, usiłującym wywrócić utrwalony porządek świata, którym zależy na chaosie.
Zależy im też na zamykaniu kopalń?
– Nie można tego wykluczyć. Przypomnę tylko, że o zamknięcie kopalni „Turów” zabiegała przede wszystkim Partia Zielonych, która jest bardzo aktywna na Dolnym Śląsku. Jej szefostwo współpracuje – i to od wielu lat – z międzynarodową korporacją prawniczą, która na Turowie „ćwiczy” transformację energetyczną. Jeśli do tego dodamy rosyjski Gazprom i Nord Stream 2, jeśli rzeczywiście rosyjska nitka gazowa będzie aktywna, a Niemcy staną się hegemonem w Unii Europejskiej w dystrybucji błękitnego paliwa, to są to najważniejsze czynniki, które mogą zdestabilizować sytuację energetyczną w Europie Środkowej, w tym również w Polsce.
Jeśli ulegniemy, to lista dyktatorskich zleceń, które będziemy musieli pokornie wykonywać, może być dłuższa. Jeśli się teraz ugniemy i podporządkujemy woli unijnych decydentów, to za chwilę każą nam wykonać inne decyzje dotyczące nie tylko energetyki…
– Dlatego absolutnie nie możemy się poddać – zwłaszcza że suwerenność naszego państwa zależy od bezpieczeństwa energetycznego. A takie deklaracje zawsze składaliśmy jako Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście zakusy, aby nas tej niezależności pozbawić, z pewnością będą i już są, co widać w dokumentach przygotowanych przez Komisję Europejską. Są tam przepisy uderzające w obywatela, który ma zapłacić za bliżej nieokreślone ambicje Komisji Europejskiej i w ogóle Unii Europejskiej. Tyle że ambicje Unii Europejskiej nie mają nic wspólnego z ochroną środowiska – tak jak pakiet przepisów, za których nieprzestrzeganie będą kary, mandaty, podatki. Z pierwszych czytań wynika, że czekają nas wielokrotne wzrosty cen energii elektrycznej i wielokrotne wzrosty cen gazu. Zresztą już tak się dzieje, bo przecież zwyżki cen, które są w Polsce – swoją drogą i tak jedne z najniższych w Unii Europejskiej – to nie jest kwestia decyzji polskich władz i polskich spółek, tylko to wynika z tzw. ETS, czyli europejskiego systemu handlu emisjami, w tym CO2, który podczas pandemii wzrósł trzykrotnie. Na przykład w przedsiębiorstwach pieniądze wydatkowane na pensje pracowników, na przesył gazu czy na amortyzację – to jest wartość 40 proc., natomiast ETS to aż 60 proc.
W „Rzeczpospolitej” pojawiła się informacja, że Polska otrzyma pieniądze ze środków unijnych – z Funduszu Odbudowy – jeśli uzna prymat prawa unijnego nad polskim. Czy coś na ten temat słychać w Brukseli, bo brzmi to jak szantaż…?
– W kuluarach Parlamentu Europejskiego mało się na ten temat mówi. Oczywiście jako posłowie z Polski w naszej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów o tym dyskutujemy. Są to nawet – jeśli chodzi o sformułowania – sprawy absolutnie niedopuszczalne i nie do przyjęcia, a cóż dopiero gdyby takie miały być decyzje. To jest kwestia podstawowa zapisana w Konstytucji RP, tak stanowią również konstytucje innych państw i decyzje trybunałów konstytucyjnych innych państw w sprawie wyższości krajowej ustawy zasadniczej nad prawem unijnym. Podczas różnych zdarzeń prawnych wychodzi, że konstytucje państw członkowskich są nadrzędne względem prawa unijnego. Wtedy kiedy jest konflikt między np. jakimiś rozwiązaniami w umowach międzynarodowych a prawem polskim, zawsze to polskie prawo, Konstytucja RP jest nadrzędna.

