logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Reforma, której nikt nie chce, musi być odwołana

Czwartek, 24 października 2013 (21:28)

Z Tomaszem Elbanowskim ze Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, inicjatorem akcji „Ratuj Maluchy i starsze dzieci też”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Komu służy reforma edukacyjna przygotowana przez rząd, skoro większość Polaków jest jej przeciwna?

– Jest to reforma, którą rząd robi sam dla siebie. Właściwie teraz już nie wiadomo dlaczego, bo jest przecież jasne, że ta reforma jest niechciana przez społeczeństwo. Rodzice nie chcą posyłać sześciolatków do pierwszej klasy. Ponadto rząd nie przeznaczył poważnych pieniędzy na tę reformę, nie wyznaczył standardów, które mają spełnić szkoły, dlatego tak przygotowana pseudoreforma polskiej oświaty nie miała prawa się udać. Teraz mamy do czynienia z ogromnym poruszeniem społecznym, dwa lata temu było to 350 tys. podpisów pod ustawodawczą inicjatywą obywatelską, dzisiaj jest to już blisko milion głosów sprzeciwu. Widać, że oburzenie społeczne rośnie. Rząd znalazł się w pułapce, o czym może świadczyć fakt, że nie może liczyć na większość sejmową. 

   

Skąd, Pana zdaniem, decyzja marszałka Sejmu Ewy Kopacz, aby głosowanie nad Państwa wnioskiem nie odbyło się dzisiaj, bezpośrednio po debacie, ale żeby odłożyć je na później?

– Kiedy w czerwcu składaliśmy w gronie 50 rodziców z całej Polski wniosek o referendum z poparciem blisko miliona osób, marszałek Kopacz wiele mówiła wtedy o zaufaniu, jakie powinniśmy mieć do niej i do władz. Niestety dzisiaj możemy powiedzieć, że to zaufanie zawiodła. Mało tego, nie usłyszeliśmy nawet wyjaśnienia, dlaczego wprowadziła taki co najmniej dziwny tryb obradowania: debata jednego dnia, a głosowanie dopiero na następnym posiedzeniu Sejmu, jak dobrze pójdzie. Za dwa tygodnie będziemy mieli do czynienia z głosowaniem bez debaty, czyli będzie to takie głosowanie na sucho, bez możliwości wypowiedzenia się. Moim zdaniem, była to decyzja polityczna. Wygląda na to, że rząd przestraszył się, że nie będzie miał wystarczającej liczby głosów po swojej stronie. Część posłów PSL chce głosować za referendum i dlatego premier wykorzystał to, że ma marszałka z PO, i głosowanie odłożył, licząc, że odwlekając sprawę, uda mu się zebrać większość. Szkoda tylko, że dokonało się to z lekceważeniem głosów miliona obywateli.

 

Akcja zbierania podpisów pod obywatelskim wnioskiem o przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum edukacyjnego m.in. w sprawie obowiązku szkolnego dla sześciolatków zjednoczyła polskie społeczeństwo. Czy, zważając na dzisiejszą dyskusję w Sejmie, zjednoczy też parlamentarzystów?

– Dzisiejsze obrady przebiegały w bardzo nerwowej atmosferze. Tymczasem nasi rodzice od dwóch miesięcy odwiedzają biura poselskie, gdzie nie ma kamer czy błysków fleszy i w tej atmosferze rozmowy przebiegają zupełnie inaczej. Są nawet posłowie koalicji, którzy dali się przekonać do poparcia obywatelskiego wniosku o przeprowadzenie ogólnopolskiego referendum edukacyjnego.

 

PO może nie chcieć referendum, ale dlaczego nie chce dyskusji. Dzisiejsze Pana wystąpienie w Sejmie było praktycznie pierwszym publicznym głosem rodziców w obronie dzieci. Dlaczego dopiero teraz?

– Już od pięciu lat występujemy w tej sprawie, staramy się dotrzeć do ministerstwa edukacji, do premiera Tuska. Występowaliśmy podczas obrad edukacyjnego okrągłego stołu zorganizowanych jeszcze przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który przychylił się do głosów rodziców i zawetował ustawę o reformie edukacyjnej. Niestety większością zaledwie kilku głosów prezydenckie weto zostało odrzucone.  Od pięciu lat staramy się dotrzeć do polityków rządzącej koalicji z naszym komunikatem, że rodzice polskich dzieci nie chcą tej reformy, uświadamiając o jej fatalnym przebiegu i skutkach, jakie przyniesie. To, o czym mówiliśmy i co zapowiadaliśmy na etapie pomysłu rządowego, dzisiaj sprawdza się w praktyce. Są szkoły, w których nauka odbywa się w systemie trzyzmianowym, mamy do czynienia z falstartami szkolnymi sześciolatków, problemy mają również pięciolatki, które zostały przymusowo wcielone do zerówek szkolnych. Zbieramy głosy coraz bardziej niezadowolonych rodziców, przedstawiamy raporty parlamentarzystom, a także rządowi. Doszliśmy jednak do punktu, kiedy nie możemy liczyć na polityków i na to, że podejmą korzystną dla dzieci decyzję, dlatego wniosek o referendum. Chcemy, żeby to ogół obywateli zdecydował. Z pewnością będzie to lepsza decyzja niż polityków, którzy przez pięć lat pokazali, że potrafią tylko pogłębiać chaos.  

 

Jaka jest szkolna rzeczywistość na progu roku szkolnego 2013/2014?

– W szkołach brakuje pieniędzy. Tak na dobrą sprawę na wszystko muszą się składać rodzice. W raporcie na naszej stronie rzecznikrodzicow.pl zamieściliśmy relacje z różnych szkół, z których przebija się ponury obraz polskich placówek edukacyjnych. Najmłodsze dzieci jeżdżą do szkół autobusami ze starszymi uczniami, często autobusami kursowymi PKS, często jest tak, że idą do szkoły poboczami ruchliwych dróg. W szkołach brakuje świetlic i kiedy rodzice pracują, sytuacja staje się bardzo trudna. Rząd chce objąć obowiązkiem szkolnym najmłodsze dzieci, nie zapewniając odpowiednich ku temu warunków. O tym wszystkim mówimy, pokazując, jaka jest rzeczywistość. Mamy nadzieję, że w końcu ten nasz głos przebije się przez mur obojętności urzędników, rozsądek przeważy i ta szkodliwa społecznie reforma edukacyjna zostanie odwołana.  

 

Czy ta inicjatywa referendalna to wstęp do zmiany systemu szkolnictwa w Polsce?

– Przede wszystkim chcemy powstrzymać szkodliwe zmiany, zatrzymać tę rewolucję, którą zaczęła minister Hall, która jest fatalnie odbierana przez rodziców i nauczycieli. Dysponujemy bowiem danymi, które wskazują jednoznacznie, że ta reforma jest niechciana także przez nauczycieli. Często pracują oni w skrajnych warunkach, mają zbyt liczne klasy. Wśród tych sześciolatków są także dzieci, które nie są jeszcze gotowe do spędzenia 45 minut w ławce, a taka niestety jest rzeczywistość polskiej szkoły i taki jest program, który np. wymaga od sześciolatka umiejętności kaligrafowania. Generalnie nauczyciele też nie są zadowoleni, oni też w pewnym sensie są ofiarami tej reformy. Obniżenia wieku szkolnego nie chce nikt poza ministerstwem edukacji. Już czas, by ta reforma została odwołana.

 

Zgadza się Pan ze stanowiskiem minister edukacji Krystyny Szumilas, która w odpowiedzi na Pana dzisiejsze wystąpienie stwierdziła, że Polska za granicą jest postrzegana jako kraj sukcesu edukacyjnego?

– Niestety pani minister nie ma się czym pochwalić. W ostatnim czasie mamy do czynienia z masową likwidacją szkół, rodzice buntują się przeciwko systemowi edukacji, który przymusza ich do działań niekorzystnych dla ich dzieci. Brakuje nawet tak standardowych rzeczy jak: świetlice, szatnie czy stołówki szkolne. Innymi słowy, edukacja polskich dzieci to temat zaniedbywany przez polski rząd. Minister Szumilas wypowiada się wyłącznie z pozycji statystyk, dużo też mówi o wynikach testów, które nie świadczą o całej edukacji. O poziomie absolwentów wypowiadają się natomiast nauczyciele na kolejnych etapach edukacji i wynika z tego, że polska edukacja ma się coraz gorzej. W tej sytuacji, jeżeli poważnie traktujemy nasze dzieci i ich edukacyjną przyszłość, zmiany są konieczne.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl