logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Pole minowe w słowniku

Wtorek, 1 kwietnia 2014 (02:03)

Z prof. Wiarą Małdżiewą z Instytutu Filologii Słowiańskiej UMK w Toruniu, uczestnikiem sympozjum „Wychowanie inaczej. Gender – o co tu chodzi?”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

 

Poruszyła Pani w swoim wystąpieniu problem kreowania rzeczywistości gender przez język. Dlaczego?

– Bo język gender jest szczególnie niebezpieczny. Bardzo często, mówiąc studentom o tym, czym jest język, zaczynam od tego, co Pismo Święte mówi nam na jego temat. Jeśli przyjrzymy się opisowi stworzenia, to zobaczymy, że Bóg wypowiada słowo i wszystko się staje, a potem woła człowieka, by wszystko ponazywał. W semickim rozumieniu nazwa rzeczy równa jest jej istocie. I w tym sensie ten, kto daje nazwę, ma też władzę. Widzimy tutaj, że Bóg, który stwarza, mówiąc, dzieli się z człowiekiem mocą stwarzania przez język. Człowiek w różny sposób tę moc wykorzystuje, możemy zobaczyć to na przykładzie działań prasy, propagandy. Cytowane często powiedzenie Goebbelsa, że kłamstwo tysiąc razy powtórzone staje się prawdą, mówi de facto też o działaniu językowym, o tym, jak przez język można kreować rzeczywistość.

Ideolodzy gender z pewnością doskonale o tym wiedzą.

– Oczywiście. Jako lingwista, patrząc na struktury wyrażeń językowych, widzę doskonale, co dzieje się w terminologii gender. Otóż normalną funkcją języka jest nazywać i komunikować, a więc przez słowa nazywamy rzeczy, które rzeczywiście istnieją, i komunikujemy coś na ich temat. Zgodnie z regułami języka znaczenie połączenia nazw jest sumą ich znaczeń. Na przyklad „nowy dom” znaczy tyle co „nowy” plus „dom”. Jest oczywiście metafora, gdzie upodabniamy, porównujemy coś z czymś, np. „żelazne zdrowie”, czyli „zdrowie jak żelazo”, ale porównanie jest czytelne i w jakiś sposób podporządkowane regułom języka. Natomiast to, co obserwujemy w przypadku gender, to tworzenie zupełnie nowych terminów z istniejących w języku słów. Tworzone są one wbrew regułom języka i stąd same z siebie nic nie znaczą.

Może Pani podać przykłady?

– Chociażby termin „zdrowie reprodukcyjne”. Jeśli zajrzymy do słownika czy do korpusów językowych, to zobaczymy, że słowo „zdrowie” oznacza „prawidłowy przebieg procesów fizjologicznych”. Tu łączy się ono ze słowem „reprodukcja”, które oznacza „powielanie obrazów” lub „rozmnażanie się zwierząt i roślin”. To nijak się ma do zdrowia. To nie są słowa, które w sposób naturalny mogą ze sobą współwystępować. Zostają one jednak na mocy czyjejś decyzji czy dekretu połączone, stając się terminami, i zostają wprowadzone w obieg, tak jakby naprawdę coś w rzeczywistości nazywały. Powołuje się w ten sposób coś, czego w rzeczywistości nie ma. W tym sensie słowa te kreują rzeczywistość.

Podobnym wyrażeniem do „zdrowia reprodukcyjnego” jest „orientacja seksualna”. „Orientacja” to „zdawanie sobie sprawy z tego, gdzie, w jakim punkcie terenu się jest, gdzie jest która strona świata” itd. Przenośnie można mówić też o orientacji w nauce czy w jakiejś dziedzinie, przyrównując ją niejako do terenu, do przestrzeni. Z kolei definicja „seksualności” wiąże się z danymi fizjologicznymi, które charakteryzują obie płcie, nic więcej. Połączenie tych dwóch słów nie ma sumarycznego znaczenia i nie podlega ścisłej definicji jak połączenia typu „nowy dom”.

Jaka jest rola tych sztucznych konstrukcji?

– Pozwala używać takich niedefiniowalnych wyrażeń w różnych kontekstach i nadawać im znaczenie według tego, jaki jest kontekst. Stąd takie nazewnictwo ma bardzo szeroki obszar znaczeniowy, w którym mogą łączyć się ze sobą sprzeczne rzeczy. I tak „zdrowie reprodukcyjne” łączy z jednej strony macierzyństwo, z drugiej zaś aborcję, z jednej strony in vitro, z drugiej – poddanie się sterylizacji. Taka jest postmodernistyczna funkcja języka stosowana przez gender. Ideolog postmodernizmu Jacques Derrida mówił, że słowa są jak puste wagony i można wkładać w nie różne treści.

Mówi Pani o tworzeniu bytów językowych, ale czy równie niebezpieczne nie jest negowanie znaczeń istniejących słów? W przedszkolach w Szwecji zakazuje się używania słów „chłopiec”, „dziewczynka”.

– To są rzeczy skojarzone w rzeczywistości tworzonej przez język gender. Obserwujemy tu m.in. też zmianę znaczenia istniejących terminów przy zachowaniu ich formy. Tak jest np. w przypadku terminu „przemoc”, który oznacza to wszystko, co zagraża równie przewrotnie rozumianemu „bezpieczeństwu”. Dla gender przemocą jest np. „niechciana ciąża”, ponieważ „bezpieczeństwo” to „nieograniczanie partnera”. Tworzenie nowych terminów odbywa się w połączeniu z wypieraniem istniejących, tradycyjnych pojęć. Przestaje się ich używać w tekstach genderyzmu, tak jakby istniał jakiś zakaz. Chodzi tu o takie słowa jak właśnie: „chłopiec”, „dziewczynka”, „mężczyzna”, „kobieta”. Sam Derrida tuż przed swoją śmiercią radził w związku z wprowadzeniem nowej definicji związku kobiety i mężczyzny w Parlamencie Europejskim jako „związku partnerskiego”, by przestać całkowicie używać słowa „małżeństwo”.

Podobnie rzecz ma się z takimi słowami jak „sumienie”, „dobro” czy „zło”. One nie mają być używane. Wprowadza to ogromne zamieszanie w świadomości ludzi. W świadomości człowieka są bowiem zapisane pewne struktury znaczeniowe, ramy poznawcze, które, kiedy zostają zburzone, wszystko robi się względne. Jeśli zapytamy dziś kogoś, co kojarzy mu się ze słowem „jakość”, to wymieni w pierwszej kolejności takie rzeczy jak chleb, buty, usługi, czyli artefakty. To jest ta pierwsza rama poznawcza związana z jakością, która jest w naszej świadomości. I naraz mamy jeszcze inną – sprzeczną z pierwszą –ramę, którą widzimy w wyrażeniu „jakość życia” – wynika z niego na dobrą sprawę, że życie zostało przyrównane do towaru albo usług. Od kilku lat prowadzę obserwacje nad akceptowalnością tego wyrażenia, które wykazują, że ono coraz głębiej przenika do naszej świadomości. Coraz mniej sprzeciwu jest wobec „jakości życia”, wyrażenie to stało się terminem – występuje we wszystkich debatach społecznych i na sali sejmowej, co świadczy o tym, że w naszej świadomości jest swoistą paranoją.

Dziękuję za rozmowę.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik