Z mjr. Jerzym Juszkiewiczem, wiceprezesem Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Jak trafił Pan do więzienia na Rakowiecką?
– Mieszkałem w Pionkach, między Dęblinem a Radomiem, gdzie mieściła się fabryka prochu. Skończyłem tam maturę i starałem się dostać na wyższą uczelnię w Warszawie. Od samego początku byłem w Pionkach w komórce WiN-u. Jej komendantem był prof. Pyrek, zaś jego zastępcą Szepelak, a potem ja. Wkrótce w Warszawie spotkałem się ze swoim dalekim krewnym, oficerem AK, który szukał kontaktu z WiN-em. Obiecałem, że mu go umożliwię. Po powrocie do Pionek skontaktowałem się z prof. Pyrkiem, przedstawiłem mu sprawę i spytałem, czy pozwoli mi na bliższy kontakt z nim.
Zgodził się, później doprowadziłem do ich spotkania i tak zaczęło się życie komórki warszawskiej. Współpracowała z nami także jego siostra. Z początku to była niewielka komórka, ale zdołaliśmy uzyskać sporo kontaktów, pisaliśmy raporty, które przekazywałem w specjalny sposób do Poznania. Po pewnym czasie jednak prof. Pyrka i nasze łączniczki aresztowano.
Zmieniliście zasady konspiracji?
– Trzeba było z powrotem organizować jakoś Pionki. Na dowódcę zaproponowałem swojego znajomego, weterana walk 1920 r., por. Alojzego Suchorzewskiego. Przez pewien czas pełnił tę funkcję, ale znów zaczęły się aresztowania. Udało mi się w tym czasie dostać na uczelnię wyższą, pojechałem do Garbatki, gdzie moja mama organizowała ośrodek zdrowia. Jednocześnie miałem ciągły kontakt z nową komórką, którą od połowy 1946 r. dowodził Ryszard Widelski „Irydion”, odnaleziony i zidentyfikowany niedawno na Łączce.
To była komórka wywiadowcza Zarządu Głównego WiN w Warszawie o kryptonimie „Syrena-Wisła”, która przekazała m.in. informację o planach likwidacji przez UB komendanta głównego WiN gen. Franciszka Niepokólczyckiego „Niedźwiadka”. Widelski był też współorganizatorem nieudanego zamachu na szefa MBP Stanisława Radkiewicza. Przyszła kolejna wiosna i członkowie resztki WiN z Pionek zdecydowali się ujawnić.
Po słynnej amnestii?
– Tak, ale dla mnie to była fatalna sprawa, bo w takim układzie zupełnie mnie odkrywali. Pojechałem natychmiast do Warszawy i zameldowałem o sytuacji. Poradzono mi, że również powinienem się ujawnić, co ostatecznie uczyniłem i oddałem broń. Oczywiście dalej pracowałem dla komórki warszawskiej. Była jednak taka zasada, że jeśli ktoś się ujawnił, to od tej pory trzeba go bardzo delikatnie „używać”, bo jest już jednak człowiekiem znanym UB. Dostałem się w końcu na wyższą uczelnię i do akademika i tak dotrwałem do lutego 1948 roku. Wtedy była ta wielka wpadka IV Zarządu WiN.
Aresztowali Pana?
– Tak, jako pierwszego z naszej komórki wraz z kolegą Stanisławem Skoczewskim, którego wprowadziłem do WiN-u. Zawieźli mnie na początku do ministerstwa, gdzie od razu wsadzono do małej „budy”. Nie można było ani wstać, ani się położyć. W nocy rozpoczęły się przykre śledztwa, podczas których chciano, żebym sypał kolegów. Oczywiście nie zgodziłem się. Wywożono mnie na górę, najpierw była rozmowa, a potem bicie. Najgorsze było sadzanie na nodze od krzesła, co było nie do wytrzymania. Człowiek udawał wtedy, że traci równowagę, wówczas był kopany i przez chwilę był zwolniony z tej tortury, potem znów sadzano na kości ogonowej. Trwało to godzinami. Czwartego dnia, siedząc w swojej celi, usłyszałem kobiecy głos mówiący po francusku. Zapytałem przez małe drzwiczki, czy mogłaby mi dać trochę słomy. Odparła, że muszę poprosić o to swojego śledczego.
Zgodził się?
– Zawieziono mnie windą na kolejne śledztwo, gdzie z satysfakcją oznajmiono mi, że będę bity przez wiele godzin. Gdy śledztwo się skończyło, zwróciłem się do oficera śledczego, by dał mi trochę słomy do celi. Zdziwił się i powiedział: „Do jakiej celi, ty siedzisz w karcerze. Nie wiesz, że siedzisz w karcerze?”. Odparłem, że nie wiem. Wtedy do pokoju śledczego weszło nagle z 12 ludzi, na przedzie szedł major zaciągający mocno po rosyjsku. „Wy naprawdę nie wiecie, że jesteście w karcerze? A ile wy byście siedzieli w tej swojej celi?” – zapytał mnie ten major. „Trzy miesiące, a potem chyba by mi się przykrzyło” – odpowiedziałem mu. Złapał się za głowę i powiedział, że nie będą czekać trzech miesięcy, i kazał mnie zabrać z karceru do celi.
Kogo Pan w niej zastał?
– Było tam łóżko, na którym leżeli dwaj ludzie, przykryci dość grubym płaszczem. Położyłem się obok, rano okazało się, że jeden z nich był bogatym Szwajcarem, właścicielem dużej firmy farmaceutycznej. Wkrótce znów na krótko trafiłem do karceru, ale tylko na 8 godzin. Pamiętam, że byłem bardzo głodny i najadłem się tam suchego chleba, który zostawili wcześniej przetrzymywani tam więźniowie. Po trzech miesiącach zostałem przesłany na Rakowiecką. Wsadzili mnie na początku do celi z Boruckim, przedwojennym oficerem, który przez wiele lat był wieziony bez rozprawy. Prawdopodobnie w końcu go zabili. Później siedziałem z fantastycznym człowiekiem, byłym właścicielem fabryczki czekolady panem Gorzkowskim, który za własne pieniądze kupił konia i bronił Polski w 1920 roku.
Wówczas na krótko zetknąłem się w wiezieniu z moim komendantem Widelskim, z którym mogłem zamienić parę słów. Ważne dla mnie było również spotkanie z inżynierem Sudlicem, człowiekiem wysoko postawionym w AK, który przeszkolił mnie w czasie okupacji i zaangażował przy ukrywaniu ubytku prochu. Bardzo skutecznie to robiłem, bo przez dwa lata nikt nie został złapany ani skazany, a tego prochu było bardzo dużo. Można powiedzieć, że Sudlic ocalił mi życie.
W jaki sposób?
– Powiedział mi, że w czasie przesłuchań nic nie wspomniał o mnie i mojej współpracy z AK. Gdyby to uczynił, z pewnością zostałbym zlikwidowany, a tak dostałem na szczęście tylko 15 lat, choć żadne amnestie mnie nie obejmowały. Gdy w 1956 r. wyszedłem z więzienia, nie poinformowano mnie, że dostałem tylko przerwę w odbywaniu kary i nie mogłem kontynuować nauki na uczelni wyższej. Później przeniesiono mnie na górę więzienia do dużych cel, gdzie spotkałem m.in. Kazimierza Pużaka, sądzonego w procesie szesnastu. Siedziałem wtedy razem z Edmundem Tudrujem „Mundkiem” z oddziału mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, odnalezionym teraz na Łączce. Do końca był aktywny, to był fantastyczny chłopak.
Co Pan wie o próbie ucieczki więźniów na początku 1949 roku?
– W ostatniej, zbiorowej celi tuż nad ubikacją wywiercono otwór, czekano tylko na odpowiedni moment do ucieczki. Wykorzystano to, że ubikacja była zabudowana do sufitu. Tak długo dłubano w stropie, aż udało się zrobić dziurę. To była duża cela, było w niej wiele osób, wśród nich słynni „zaporczycy”. Ktoś jednak doniósł o próbie ucieczki. Nagle zrobił się szum i zaczęto wyprowadzać ludzi z cel, nas przeniesiono wtedy do innego skrzydła więzienia, więc nie wiedziałem, co się stało z niedoszłymi uciekinierami. Mam jednak sporo ciekawych dokumentów, które przekazał mi niedawno zmarły płk Romuald Bardzyński, po którym przejąłem stanowisko kanclerza kapituły krzyża WiN. Ucieczka jest tam szerzej opisana, lecz potrzebuję trochę czasu, by te dokumenty, które chcę przekazać do Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce, posortować.
Mieszano Panów w celach ze zwykłymi przestępcami?
– Polityczne cele miały zawsze grupkę bandziorów, którzy w nich rządzili. Mieli nóż, dodatkowy chleb i kawę. W mojej celi był jeden młody bandzior, któremu zaimponowałem pewnymi rzeczami, bo prowadziłem m.in. w celi gimnastykę. Gdy go kiedyś wezwano, przyszedł do mnie i zapytał, czy nie chciałbym zostać celowym. Wahałem się, jednak współwięźniowie poradzili, żebym przyjął tę propozycję, bo wtedy będzie szansa na zlikwidowanie wpływów innych celowych i kapusiów. Zażądałem, by dodatkowy chleb i kawę, która przysługuje celowemu, była do dyspozycji lekarza, który będzie je rozdzielać wśród najbardziej potrzebujących. Poprosiłem też, by każdy zdeklarował, czy i jak często dostaje jakieś paczki, którymi zaczęliśmy się dzielić jak w kołchozie. Pewnego razu wyprowadzono mnie i mojego serdecznego kolegę, cichociemnego Mariana Gołębiewskiego i wrzucono do celi przestępców. Nie zrobili nam krzywdy, ale nie rozumieli, za co siedzimy.
To prawda, że płk Gołębiowski szydził ze swoich oprawców w celi?
– Gołębiewskiego chcieli strasznie sponiewierać w więzieniu. Kiedyś posadzili go w dużej sali i przez dłuższy czas chodzili wokół niego, przyglądając się mu. Marian wyłączył się w pewnej chwili – jak mi później opowiadał – i zaczął przypominać sobie jakieś miłe rzeczy. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, wtedy jeden z oficerów nie wytrzymał i zapytał w wulgarny sposób, dlaczego się uśmiecha. On na to odparł: „Nie zrobię wam przyjemności, bo wy na pewno chcielibyście mnie tak z dziesięć razy powiesić. Ja za pierwszym razem wam odejdę”. „Patrzcie jeszcze z nas kpi” – mówili ubecy. To był bardzo twardy człowiek. Nie chciał podpisać prośby o ułaskawienie, w końcu wyszedł jednak na wolność.
Mieliście świadomość, że prowadzone są egzekucje?
– Oczywiście. Wyprowadzenia były o określonej porze, dokładnie o godz. 17.00. Gdy już kogoś wyprowadzali w tym czasie, to było fatalnie, bo już nie wracał. Byłem świadkiem, jak wyprowadzili „Mundka”, wcześniej wiele razy z nim rozmawiałem, nie miał nadziei na uwolnienie. Pamiętam, że mówił: „Jerzyku, mnie na pewno nie ułaskawią”. Urodziło mu się dziecko, którego już nie zobaczył. Więźniowie na Rakowieckiej byli w różnej kondycji, wielu było twardych, ale też bardzo cierpieli, bo tęsknili za rodziną. Z Rakowieckiej przewieziono mnie i Gołębiewskiego do więzienia w Rawiczu. To był dla mnie najcięższy okres. Zabrano nam paczki, a jedzenie było fatalne. Grochówka, którą nam podawano, była czarna od robaków. Bardzo ciężko zachorowałem na żołądek. Później były Wronki, gdzie byłem chyba rekordzistą w siedzeniu na betonie. Dopiero gdy umarł Stalin, przeniesiono mnie na drewnianą podłogę. Byłem pewien, że dłużej niż dwa lata nie przetrwam w takich warunkach.
Po wyjściu z więzienia dotknęły Pana jakieś represje?
– Nie mogę powiedzieć, że były one jakieś bezpośrednio wyczuwalne, natomiast do pewnego czasu ciągle mnie pilnowano. Przeważnie byli to jednak ludzie nienadzwyczajnej inteligencji, bardzo łatwo można ich było więc w pewnych układach rozpracować. Ubowcy ukradli mi nawet ubranie w więzieniu, wyszedłem z niego w pożyczonym. Odrzucono możliwość mojego powrotu na uczelnię. Moją matkę zwalniano z pracy, żyliśmy więc w wielkim niedostatku.
Powstanie panteonu na Łączce, który upamiętni wszystkich odnalezionych w tym miejscu, to dobry pomysł?
– Tak, dlatego że będzie to ważne, szczególnie dla młodzieży, miejsce. Gdyby każda rodzina oddzielnie pochowała swojego bliskiego, to pewne rzeczy by się rozmyły. W Warszawie potrzebujemy takich silnych akcentów patriotycznych.
Dziękuję za rozmowę.

