Media mainstremowe próbują lawirować. Oto meldunki łamiących wiadomości: „Ataku terrorystycznego na »Charlie Hebdo« dokonało czterech napastników – w tym jeden, który prowadził citroena, którym przyjechali na miejsce zbrodni. Napastnicy uciekli z miejsca zdarzenia, są poszukiwani”. I wspomnienie o dwunastu ofiarach „zajścia”.
O zbrojnym napadzie (w żadnym wypadku nie możemy przesądzać, że był to zamach terrorystyczny!) w Paryżu na dziennikarzy dokonanym przez „nieznanych sprawców” (napastników pochodzących z innego niż Francja kraju) ubranych na czarno, mówiących w innym języku niż francuski, wykrzykujących powtarzający się jak mantra slogan religijny, którego nie mogę przytoczyć, bo obraziłby wyznawców pewnej monoteistycznej religii, niczego nie możemy na razie powiedzieć. Przynajmniej tak wnioskuję z meldunków pochodzących z mainstreamowych mediów. No może jedynie słowo „citroen” jest ważną poszlaką w sprawie. Musieli to być jednak Francuzi. Uzbrojeni Francuzi.
Nie jesteśmy na szczęście jeszcze zakładnikami poprawności politycznej, więc mówmy wprost. Wspomniany „napad zbrojny” na redakcję „Charlie Hebdo”, czyli terrorystyczny atak islamistów, innymi słowy: radykalnych muzułmanów, prezentujących swe poglądy za pomocą hasła wizytowego: „Allah akbar” (niezależnie od tego, czy jest to Nigeria, Irak, Londyn czy Paryż) jest kolejną tragiczną odsłoną wojny światowej, jaka trwa oficjalnie od września 2001 roku. A terroryzm islamski dopiero nabiera tempa na Starym Kontynencie. Tak jak wspominałem kilkakrotnie na łamach „Naszego Dziennika”, dżihadyści szkolący się w Iraku i Syrii pewnego dnia powrócą do przybranych ojczyzn, dodam od razu, do znienawidzonych „ojczyzn”, które chcą jak najszybciej zmieniać na kalifaty.
Wojownicy „świętej” wojny inspirują młodych, których nie stać na wyprawę do Syrii czy Iraku. Ci, dla których są oni idolami, a którzy zostali w Paryżu, Brukseli, Londynie, będą próbowali udowodnić, że nie są mniej gorliwymi wyznawcami Allaha. W Londynie, Paryżu czy Marsylii nietrudno zdobyć kałasznikowy i granaty.
Atak terrorystyczny wstrząsnął prezydentem socjalistą Francois Hollandem. Dziwne, w końcu to jego dewastacyjna polityka „wolności, tolerancji, równości, braterstwa, lewacka wersja: róbta co chceta”, to przecież idee poprawności politycznej szerzone przez jego partię oraz lewicowe media sprzysiężone w walce z katolicyzmem są główną przyczyną katastrofy, jaka dopadła „najstarszą córkę Kościoła”.
Dziś Francja boryka się z wrogiem wewnętrznym, ze zwolennikami Państwa Islamskiego, którzy ukrywają się na obrzeżach wielkich aglomeracji miejskich, w dzielnicach, do których nawet policja boi się wkraczać, gdzie ustanowiono już dawno, choć na razie nieoficjalnie, prawo szariatu i sądy honorowe.
Takich wydarzeń jak atak na pismo „Charlie Hebdo” będzie niestety coraz więcej. W pierwszych komentarzach po tragicznym zajściu prezydent Hollande powiedział dziennikarzom, że w ostatnich tygodniach udaremniono kilka podobnych zamachów.
Europa sama się o to prosi. Poprawność polityczna lewicowych gazet, zabijanie w Europie tożsamości chrześcijańskiej, tchórzostwo polityków, decydentów, urzędników państwowych wobec ofensywy islamizacji państw Unii Europejskiej, niekontrolowany strumień imigrantów muzułmańskich, wśród których przemycani są świetnie wyszkoleni ekstremiści, ponadto masowa propaganda w internecie nakłaniająca muzułmanów do prowadzenia wojny z niewiernymi, wszędzie gdzie prawo szaratu nie jest jedynym prawem, a islam nie jest religią państwową przyczyniają się do zmierzchu Okcydentu. Każdy taki śmiały „napad” przyciąga nowych zwolenników dżihadu, a fanatycy zdobywają posłuch u młodych, gniewnych frustratów. Jak uczą nas bolesne doświadczenia zamachów terrorystycznych w Londynie, nie musi być tak, że mordów religijnych dokonują przyjezdni, przybysze, obcy, ale swoi, ci, którzy wychowali się na ulicach europejskich miast, chodzili co piątek do londyńskich meczetów, słuchali kazań swoich imamów, praworządnych obywateli Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii czy Holandii. Tymczasem w mediach socjalliberalnych ciągle ten sam refren. „Nieznani sprawcy nieznanej sprawy”.

