logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Co może przemówić do Putina?

Czwartek, 6 kwietnia 2017 (21:12)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W Estonii trwa rozmieszczanie żołnierzy z 5. batalionu piechoty The Rifles z Wielkiej Brytanii oraz sprzętu wojskowego. Czy na Putinie może to robić wrażenie?

– Związki taktyczne, które przesuwają się bezpośrednio w pobliże rosyjskiej granicy, nie mają większego znaczenia militarnego, a jedynie wymiar wizerunkowy. Fakty są takie, że bataliony brytyjskie, które docierają w pobliże granicy z Rosją, są natychmiast namierzone i tak naprawdę wystarczyłaby jedna salwa rosyjskich rakiet taktycznych, żeby zmieść je z powierzchni ziemi. Stąd pod względem militarnym ta obecność sił sojuszniczych w postaci batalionu czy nawet brygady nie ma absolutnie strategicznego znaczenia.

Kiedy możemy mówić o realnej sile?

– Decyzja o wzmocnieniu wschodniej flanki NATO zapadła w ubiegłym roku w trakcie szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie i obecność wojsk sojuszniczych jest tego konsekwencją. Natomiast jeżeli chcemy mówić poważnie o skuteczności związków taktycznych, to musimy je liczyć w tysiącach czy nawet w dziesiątkach tysięcy. Proszę zwrócić uwagę, że Rosjanie na swoim terytorium mają zorganizowane jednostki operacyjne w wielkości dywizji, których liczebność oscyluje w granicach setek tysięcy. Amerykanie czy Brytyjczycy, żeby stworzyć równowagę sił i wejść do walki, muszą z całego świata ściągnąć swoje jednostki. Stany Zjednoczone na całym świecie mają rozsianych kilkaset baz, z których w razie potrzeby – żeby zrównoważyć siły, które Moskwa ma cały czas w zanadrzu i żeby móc realnie przystąpić do działań zbrojnych – muszą ściągnąć lotnictwo, wojska pancerne itd. Na przeprowadzenie tak potężnej logistycznie operacji potrzeba czasu – od jednego do nawet dwóch miesięcy. Tak czy inaczej siły wielkości batalionu czy brygady, które NATO rozmieszcza na flance wschodniej, to bardziej kwestia wizerunkowa, co w przełożeniu na realia ściśle militarne nie ma istotnego znaczenia.  

Czy jest coś, co pod względem militarnym jest w stanie zrobić wrażenie na Putinie?

– Tak naprawdę wrażenie na Putinie może zrobić rozbudowa Sił Zbrojnych o dodatkowe kilka nowych brygad operacyjnych i rzeczywiste stworzenie kilkusettysięcznych wojsk Obrony Terytorialnej. Takie siły oczywiście Rosja może nawet pokonać, ale jest to dla niej nieopłacalne politycznie, gospodarczo i wojskowo. Tak więc tylko własne siły zbrojne, które wytrzymają samodzielnie w walce co najmniej miesiąc, mogą liczyć na realne wsparcie sojuszników.

Czy to oznacza, że zagrożenie ze strony tych batalionów dla Rosji jest niewielkie?

–Powiem więcej, a mianowicie to, że dla Rosji zagrożenie ze strony tych batalionów jest praktycznie żadne.

W co zatem grają Rosjanie?

– Rosyjska gra ma szerszy wymiar, a mianowicie jest nastawiona na to, aby wypchnąć wojska amerykańskie z kontynentu europejskiego. I temu celowi podporządkowuje swoje działania. Pozostałe kwestie to tylko teatr. Warto też uświadomić sobie, że w ramach ewentualnego konfliktu zbrojnego wojska lądowe będą miały drugorzędne znaczenie, natomiast w pierwszym rzędzie zostaną użyte wojska rakietowe. Mają one to do siebie, że mogą razić cele oddalone od granicy z Rosją nie 50 czy 100 km, ale kilkaset kilometrów. To oznacza, że uderzenie zostanie skierowane na setki baz NATO. W tym czasie przetrwać uderzenie będą mogły tylko te bazy, które dysponują bardzo silną osłoną antyrakietową. Reasumując, przesuwanie jednostek Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Kanady bezpośrednio przy granicy z Rosją, biorąc pod uwagę ich małą liczebność, z militarnego punktu widzenia nie ma większego znaczenia. Rosjanie wprawdzie awanturują się, podnosząc te kwestie, i będą to robić nadal, ale z punktu widzenia militarnego nie ma to większego znaczenia.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl