logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Świat nie jest bezpieczny

Niedziela, 3 grudnia 2017 (20:45)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy po ostatniej próbie rakiety balistycznej Korea Północna – jak sama ogłasza – staje się mocarstwem jądrowym?

– Wprawdzie nie ma definicji, która określałaby ściśle, od posiadania ilu rakiet z głowicami jądrowymi dane państwo staje się mocarstwem jądrowym, natomiast faktem jest, że reżim Kim Dzong Una posiada tego typu broń, co więcej, dysponuje rakietami zdolnymi do jej przenoszenia, i to na duże odległości. I to jest już niewątpliwie poważna sytuacja.

Na ile w tych – trzeba przyznać licznych próbach, bo od lutego tego roku reżim Una przeprowadził ich 12 – więcej jest teatru, a ile autentyczności?

– Nie wiemy, jakimi motywami kieruje się północnokoreański dyktator. Jednak zakładając pewien racjonalizm i przyjmując, że te działania to nie jest objaw tylko szaleństwa, można przyjąć, że Korea Północna stawia sobie ambitne cele, aby rozszerzyć swój „świetlany” ustrój na kraje ościenne, w tym w szczególności na Koreę Południową. W związku z tym Kim Dzong Un uważa, że środkiem do zrealizowania tych celów czy operacji będzie właśnie broń atomowa lub też szantażowanie tą bronią innych państw. Tak to może wyglądać od strony racjonalnej. Oczywiście problem, który tutaj istnieje, jest podobny do tego, o którym nieraz już mówiłem w odniesieniu do Rosji, a mianowicie, że jak by na to nie spojrzeć, jest to zabawa chłopca zapałkami, który może wywołać pożar, a więc wojnę. Przy czym warto podkreślić, że niektórzy przywódcy tego świata nie byliby specjalnie zmartwieni takim obrotem sprawy.      

Jak zapowiadał kilka miesięcy temu prezydent Donald Trump, kolejna próba nuklearna reżimu północnokoreańskiego spotka się z „ogniem i furią”. Tyle że, jak widzimy, nic takiego nie ma.

– To jest retoryka, która – na całe szczęście – nie znalazła, czy też nie znajduje, realizacji. Pytanie brzmi: która kolejna próba z użyciem broni nuklearnej przez reżim Kim Dzong Una spowoduje ewentualne uderzenie prewencyjne ze strony Stanów Zjednoczonych? Uważam, że o tym należy mówić, kiedy przywołujemy słowa prezydenta Donalda Trumpa. Póki co ze strony Waszyngtonu nie ma ani ognia, ani furii, która zmiotłaby północnokoreański reżim. Jedyne środki, jakie są stosowane, to próby różnego rodzaju nacisków, np. poprzez nakładanie sankcji i przekonywanie innych państw regionu oraz Rady Bezpieczeństwa ONZ, aby zastosować możliwie najbardziej dotkliwe sankcje wobec Korei Północnej.

Czy nie jest tak, że póki co to koreański – nieobliczalny – dyktator ma przewagę i to on może szantażować państwa zachodnie, a nie odwrotnie?

– To jest niewątpliwie problem. Jak wiadomo, i co do tego nie ma wątpliwości, użycie broni jądrowej w wymiarze strategicznym, w każdym wariancie – czym grozi przywódca Korei Północnej – będzie katastrofą dla ludzkości. W związku z tym cywilizowany świat zdaje sobie sprawę, jakie mogą być konsekwencje użycia broni jądrowej, i dlatego wszyscy obawiają się takiego rozwiązania. Po II wojnie światowej mieliśmy dość długi okres pokoju i mimo napięć blok zachodni: Stany Zjednoczone i NATO z jednej, a blok sowiecki z drugiej strony, które dysponowały bronią nuklearną – mając świadomość, czym może się skończyć użycie tego typu broni – mimo wszystko nie odważyły się na taki wariant, co w konsekwencji mogłoby się skończyć III wojną światową. Teraz jest pytanie, czy prężenie muskułów przez reżim Kim Dzong Una nie sprawi, że dojdzie do jej wybuchu.

Dlaczego świat wcześniej nie zrobił właściwie nic, żeby zatrzymać zapędy Korei Północnej?

– Po pierwsze, jest pytanie, co świat mógł uczynić wobec tego, co robi Korea Północna. Trzeba byłoby przeprowadzić inwazję i siłą odsunąć koreańskich komunistów od władzy. Tyle że takie siłowe rozwiązanie wydaje się, że nie wchodzi w rachubę.

Ale wcześniej, kiedy za prezydentów Busha seniora czy Clintona reżim północnokoreański nie dysponował bronią jądrową, byłoby to chyba możliwe…?

– Czy wyobraża Pan sobie przywódcę zachodniego mocarstwa, który podjąłby decyzję o zaatakowaniu – nawet takiego kraju jak Korea Północna?

Kto ponosi winę, kto odpowiada za umocnienie pozycji Korei Północnej?

– Cały wewnętrznie podzielony świat, ze sprzecznymi interesami międzynarodowymi. Wciąż istnieją mocarstwa, które mają swoje różnego rodzaje ambicje, co więcej, nie są w stanie pogodzić się z tym, że jedno z tych państw – mianowicie Stany Zjednoczone – skonstruowało pewien międzynarodowy ład, który jak widać funkcjonuje, tymczasem inne mocarstwa, zwłaszcza zaś Rosja, dążą do tego, aby ten światowy ład zmienić. I skoro realizują politykę, która ujawnia wzajemne sprzeczności, to nic dziwnego, że taki reżim jak Kim Dzong Una z tego korzysta, buduje i umacnia swoją pozycję, przy okazji próbując też coś uszczknąć dla siebie. Ale – jak już wspomniałem – jest to efekt braku zrozumienia po stronie wielkich światowych mocarstw, które nie mogą się pogodzić z obecnie obowiązującym międzynarodowym ładem.

Mamy wprawdzie mały nacisk militarny, zapowiedzi kolejnych sankcji i de facto nic nierobienie wobec reżimu północnokoreańskiego. Czy to nie tylko nie robi wrażenia na Kim Dzong Unie, ale wręcz jeszcze bardziej go nakręca?

– Ma pan rację. Świat co jakiś czas doświadcza tego typu sytuacji, kiedy po jednej stronie muskuły pręży dyktatorska, autorytarna władza, a po drugiej są państwa demokratyczne. Demokracja – w odróżnieniu od systemów autorytarnych – charakteryzuje się tym, że stara się porozumieć czy wręcz ułożyć – nawet z najgorszym przeciwnikiem, żeby nie powiedzieć wrogiem, i w związku z tym szuka rozwiązań kompromisowych. Celem jest oczywiście stabilizacja i pokój na świecie. Natomiast dyktatura, która nie liczy się z nikim i ma w swoich rękach wszystkie instrumenty decyzyjne, w perfidny sposób to wykorzystuje – jako objaw słabości przeciwnika – i eskaluje swoje żądania. W efekcie te akcje wcześniej, czy później doprowadzą do tego, co stało się 1 września 1939 roku.

Czy dzisiaj można rozwiązać problem Korei Północnej i powstrzymać Kim Dzong Una przed dalszą destabilizacją świata?

– W mojej ocenie trudno będzie cokolwiek zrobić dopóty, dopóki północnokoreański dyktator sam nie wykona jakiegoś ruchu, a przekraczając przysłowiową czerwoną linię, sam nie zmusi do reakcji Stanów Zjednoczonych, zresztą zgodnie z tym, co już w sierpniu powiedział – cytowany przez pana redaktora – prezydent Donald Trump, że jeśli Kim Dzong Un nie wstrzyma się ze swoimi dyktatorskimi zapędami, to jego działania spotkają się z ogniem i furią, jakiej świat jeszcze nie widział.

Tylko czy wtedy nie będzie już za późno...?   

– Owszem, nie można tego wykluczyć. Tak naprawdę do końca nie wiemy, jakim arsenałem dysponuje Kim Dzong Un. Pentagon potwierdził, że reżim północnokoreański dysponuje technologią, która umożliwia nie tylko nazywanie go państwem nuklearnym, co więcej, dysponuje rakietami balistycznymi umożliwiającymi przenoszenie ładunków nuklearnych w dowolne miejsce Stanów Zjednoczonych w niewiele ponad 40 minut oraz na terytorium Europy w jeszcze krótszym czasie, bo zaledwie w ciągu 30 minut. To oznacza, że świat nie jest bezpieczny.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl