Z prof. Mieczysławem Rybą, kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX w. KUL, rozmawia Marcin Austyn
Podległa rosyjskiemu ministerstwu kultury Generalna Dyrekcja ds. Międzynarodowych Wystaw i Targów Książek promuje na warszawskich targach książkę „Pieszo po katyńskich mitach” Anatolija Tiereszczenki, kwestionującą udział Sowietów w zbrodni katyńskiej. Organizatorzy powinni jakoś interweniować?
– Z pewnością ta sprawa nie powinna pozostać bez komentarza, bo tego rodzaju retoryka jest oburzająca. Przecież mówimy o sprawach wyjaśnionych, oczywistych, co do których nie mamy żadnych wątpliwości. Jeśli ktoś wciąż nie wie, kto jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, to jego stan wiedzy leży poniżej wszelkich granic krytyki, a autor takich poglądów rozmija się z wszelkimi standardami naukowymi.
Historycy od lat mozolnie walczą o prawdę katyńską, tymczasem dostarczane są nam de facto sowieckie materiały propagandowe. Czemu służy taka polityka?
– W Rosji i ogólnie na Wschodzie historia jest narzędziem polityki, a nie nauką, która dąży do poznania prawdy. Tam historia jest pisana w perspektywie imperialnej. Nas to oburza, ale tam uważa się, że właśnie tak prowadzi się politykę. To wynika z różnic cywilizacyjnych.
To, że w Rosji taka literatura jest codziennością, znaczy, że ma być ona promowana na Zachodzie?
– Zapewne tego rodzaju publikacji całkowicie nie unikniemy. One mogą być traktowane jako ciekawostka ilustrująca nam miejsce, w jakim obecnie znajduje się Rosja i kierunek, w jakim podąża, czy też to, jaka jest jej aktualna polityka historyczna. To – informacyjnie – jest dla nas istotne, bo już same kolportowane treści historyczne są pozbawione sensu. Niestety autorzy tego rodzaju publikacji powstających w Rosji nie muszą liczyć się ze źródłami, z literaturą przedmiotu. W zamian wrzucają do swych „dzieł” hasła propagandowe. Teraz taka książka prezentowana jest na warszawskich targach. To w pewnym zakresie okoliczność zawstydzająca, bo choć organizatorzy nie odpowiadają za treść publikacji, to powinni się odnieść do faktu pojawienia się tej pozycji na rynku zachodnim.
Jak to jest, że o Józefie Stalinie autor pisze tylko w superlatywach? Byli tylko wielcy przywódcy wielkiej Rosji?
– To mieści się w kontekście współczesnej imperialnej polityki rosyjskiej, w której Stalin zbrodniarz jest zastępowany Stalinem, który pokonał Hitlera, i to jest postrzegane jako jego wielka zasługa. Tak się to w Rosji przedstawia, oczywiście fałszywie, ale taki obraz ma spinać wizję imperialnej Rosji.
W książce przeczytamy też np. o agresywnej Polsce mającej zakusy na posowieckie kraje. Dzieje się to w okresie, kiedy agresorem jest Rosja…
– Rosjanie w swojej ideologii, wręcz mitologii państwowej, uważają ziemie ruskie za należne państwu rosyjskiemu jako „jednoczycielowi” tych ziem. I tak to wszystko mieści się w tej ich gmatwaninie pojęć. Trzeba też pamiętać, że nasz kraj jest postrzegany w Rosji z perspektywy cywilizacyjnej. Bo przed wiekami Polska była obecna na Wschodzie, niosąc tam zachodnią cywilizację. Nie mówię tu o dzisiejszym postmodernizmie, ale o cywilizacji łacińskiej, chrześcijańskiej, która dla nich jest czymś obcym, jest zagrożeniem. Ponadto dziś jesteśmy tam postrzegani poprzez wypadki ukraińskie, w których nasza rola jest umyślnie przeceniana. Właśnie tak do wspierania imperialnej polityki Moskwy mobilizowane jest społeczeństwo.
Obecne władze Rosji mówią o Katyniu jako zbrodni stalinowskiej, tymczasem pod auspicjami resortu kultury tej samej władzy kolportuje się zafałszowaną historię. Skąd ten rozdźwięk?
– Tego rodzaju politykę zawsze prowadzi się wielogłosowo. Bo Władimir Putin nigdy nie powie tego samego co np. Władimir Żyrinowski. Jest on jednak utrzymywany w sferze życia politycznego po to, by mógł wygłosić tezy, których nie wypada głosić przedstawicielom władz państwowych. I właśnie takie propagandowe publikacje odgrywają tu analogiczną rolę.
Dziękuję za rozmowę.

