logo
logo

Zdjęcie: br. Szymon OFMCap/ -

Europo! Patrz na Wiedeń

Piątek, 15 września 2017 (12:06)

Kazanie o. Andrzeja Potockiego OP wygłoszone w warszawskim kościele Ojców Kapucynów 12 września 2017 roku podczas Mszy św. w 334. rocznicę odsieczy wiedeńskiej. Uroczystość zorganizował Komitet Obchodów Rocznic Wiktorii Wiedeńskiej.

Moi Zacni, moi Drodzy!

 

Nasza rocznica – taki jest już przywilej tych bardziej szacownych rocznic – zachęca do pamięci historycznej. Jednak bylibyśmy krótkowzroczni, zatrzymując się jedynie przy zestawieniu dat: 1683 i 2017. Nieodzowna jest radykalnie szersza perspektywa. To w imię pamięci historycznej trzeba widzieć wielowiekową rozciągłość kontaktów Europy ze światem arabskim i islamem. Dlatego że ów interesujący nas dziś fenomen odsieczy wiedeńskiej nie był faktem samym w sobie, izolowanym od tego, co było wcześniej, i tego, co miało nastąpić później – już na naszych oczach.

Dobrze znamy rzeczywistość kwitnących w starożytności Kościołów chrześcijańskich w północnej Afryce; Kościołów zmiecionych przez Arabów. Potem trzeba widzieć Hiszpanię opanowaną przez nich w VIII w.  – aż do utworzenia kalifatu Kordoby, czyli w istocie państwa islamskiego. Z czasem następuje parcie islamu na Europę z drugiej strony. Zdobycie przez Turków Konstantynopola w 1453 roku oznacza kres cesarstwa wschodniorzymskiego. Otwiera drogę na Bałkany. Może nas dziwić, dlaczego Kara Mustafa wyruszał na Wiedeń spod Belgradu. No bo po prostu Turcy już tam byli.

Jednak po drodze – drodze dziejów – jest Lepanto. Największa w dziejach bitwa morska w 1571 roku; starcie Państwa Osmańskiego z Ligą Świętą, zatem z już jednoczącą się we wspólnej obronie Europą. Rozumiemy, że w tym zjednoczeniu najistotniejsza rola miała przypaść ówczesnym morskim potęgom: Hiszpanii i Wenecji. Bitwa zdecydowanie wygrana.

Kolejna inwazja islamu po stu latach. To już na Europę Centralną. Kara Mustafa jest pewny zwycięstwa. Zapowiada utworzenie kalifatu europejskiego. Cesarz Leopold opuszcza Wiedeń. Papież Innocenty XI, czując osobistą odpowiedzialność za obronę chrześcijaństwa, przejmuje inicjatywę. Woła do znakomitego stratega, sprawdzonego już w bojach, Jana Sobieskiego: „Królu, ratuj Europę!”. Tak pochód  islamu w XVII wieku zatrzymuje  pod wodzą polskiego  króla zjednoczona we wspólnej obronie Europa.

 

Moi Drodzy!

 

W takim klimacie historycznym staje Maryja. Jak rozumieć, że po Lepanto ustanowiono święto Matki Bożej Zwycięskiej, z czasem nazwane świętem Matki Bożej Różańcowej, a po Wiedniu święto Imienia Maryi? Oba święta w dniach wiekopomnych rocznic. Widać czyjej pomocy przypisywano  zwycięstwo.

Jan III Sobieski  ruszał pod Wiedeń z dewizą „Cor Mariae – spes mea” – „Serce Maryi moją nadzieją”. Armia Sobieskiego była wojskiem na wskroś maryjnym. Wszyscy żołnierze należeli do bractw różańcowych albo Sodalicji Rycerskiej. Podczas drogi modlili się na różańcu. Ksiądz biskup Józef Zawitkowski, głosząc rocznicowe kazanie na wiedeńskim Kahlenbergu 12 września 2010 roku, mówił: „Wielki królu Janie III Sobieski, szedłeś pod Wiedeń po spowiedzi, po Komunii Świętej, z wołaniem Godzinek »Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy«.  I wierzyłeś, że Bóg zwycięży!”.  A potem to słynne Sobieskiego:  „Przybyliśmy,  zobaczyliśmy,  Bóg zwyciężył”.  Powtórzę:  widać czyjej pomocy przypisywano  zwycięstwo. Jeszcze sięgnijmy do kazania ks. bp. Zawitkowskiego:  „Czy tu, na Kahlenbergu, nie rodzi się w naszym myśleniu pytanie: kto był w tych wydarzeniach zwycięzcą? Dla człowieka wiary odpowiedź jest prosta: Bogurodzica! Ta, co Jasnej broni Częstochowy! I tak będzie zawsze, dokąd Naród będzie wierny i zachowa wiarę. Bóg nas ocali”.

To „zawsze” miało się sprawdzać.  Po Bitwie Warszawskiej 1920 roku naczelny wódz Józef Piłsudski informował kard. Aleksandra Kakowskiego, że sam nie wie, „jak myśmy tę wojnę wygrali”. Ale wiedział to pewien rozbitek Armii Czerwonej, uciekinier, który chłopom spod Zambrowa opowiadał o swojej wielkiej armii, ale i o widoku Matki, która osłaniała Polaków.

Tak staje przed nami historia.  Sprzeniewierzylibyśmy się przeszłości, ale także przyszłości, ale także samym sobie, gdybyśmy nie przywoływali tamtych wydarzeń, a zwłaszcza sensu dziejów, którego z tamtych wydarzeń nie wolno nam nie wyprowadzać. Myślmy historycznie. Konfrontujmy obrazy dziejów z naszym europejskim i polskim dziś. I wreszcie: myślmy z troską, choć i z nadzieją, o przyszłości.

Widzimy, że usiłowania wejścia islamu do Europy  nie są czymś nowym.  To w istocie   długofalowy proces dziejowy. Stąd to, co dziś, nie musi nas zaskakiwać. Zmieniają się kostiumy historyczne, ale zjawisko jest trwałe. Kiedyś stawały na horyzoncie zbrojne najazdy, dziś jesteśmy brani na litość. W naszych odruchach miłosierdzia musimy wszak stale odróżniać uchodźców oraz imigrantów. Tych pierwszych pcha do ucieczki – a zwykle uciekają całymi rodzinami – okrutna wojna. To zwłaszcza uciekinierzy z Syrii. Trudno nie myśleć z troską o ich losie. Jeśli to możliwe, pomagać. Zwłaszcza i przede wszystkim tam – na miejscu. By nie musieli ruszać w nieznane i szukać łaskawego chleba. Tych drugich widzimy zwłaszcza w łodziach przez Morze Śródziemne zmierzających z północnej Afryki do brzegów Europy. To głównie młodzi mężczyźni. Zwykle bez bagażu. Do wędrówki pchają ich potrzeby ekonomiczne. Statystyczny imigrant może nie myśli o podboju Europy. O tym debatują ideologowie, inspiratorzy będący gdzieś daleko. Z czasem spośród tych imigrantów będą organizować bojówki dla swych dalekosiężnych celów. Przecież nie tylko my znamy historię. Także oni.

W Europie  Zachodniej już powstają, zrazu z niewielkich grupek przybyszów,  muzułmańskie partie polityczne i te wchodzą w życie publiczne. Rzecz dla partii oczywista. Dla kandydatów na członków partii mniej ważne są programy tych ostatnich. Istotna pozostaje identyfikacja kulturowa i religijna ze światem pochodzenia. Natomiast – nie możemy tego nie widzieć – stare partie w krajach europejskich zaczynają się liczyć i muszą się liczyć z nowym, islamskim elektoratem. Wręcz szukać jego poparcia. W tym tkwi rachunek polityczny. Imigrantom nie można się narażać. Zwłaszcza tym, którzy uzyskają czynne prawo wyborcze. I tak oto na naszych oczach postępuje islamizacja Europy. 

 Brigitte Bardot w 1999 roku napisała w pewnej książce: „Mój kraj, Francja, moja ojczyzna, moja ziemia znów najechana została przez masę obcokrajowców, przede wszystkim muzułmanów”. Za tę publiczną skargę sąd skazał aktorkę na grzywnę 50 tys. franków. Zresztą skazywana była parokrotnie.  Wydarzenia naszego czasu znamy. Doprawdy, trudno o nich mówić bez bólu. To ataki terrorystyczne, grasujące bandy i ataki seksualne w Kolonii pamiętnego sylwestra przed niewielu laty, ostatnio tragiczne wydarzenie w Rimini. Znamy to i rozumiemy, skąd się to bierze. A jeśli nie rozumiemy, to w takim dniu jak dzisiejszy otwórzmy nasze oczy i nasze umysły.

Parcie islamu na Europę liczy już setki lat. Pytamy z zatroskaniem:  kto zatrzyma inwazję w naszych dniach?  Gdzie mamy szukać nowego Sobieskiego?  Trzysta trzydzieści cztery lata temu z inspiracji Ojca Świętego Europa solidarnie skrzyknęła się do obrony. W imię czego? To źle postawione pytanie. Trzeba pytać: w imię kogo? I odpowiedź: w imię Chrystusa. Bo Europejczycy chcieli bronić wiary, chcieli bronić Boga. Dziś Europa Zachodnia nie ma siły duchowego oporu, by przeciwstawić się agresji. Co więcej, uparcie głosi hasła tolerancji, wielokulturowości, co jest równoznaczne z zaproszeniem tych, którzy nie mają ani interesu, ani zamiaru integrować się ze starymi społeczeństwami Europy. Ani  identyfikować się z tym, co tradycyjnie europejskie. Gdy słyszą o europejskich hasłach tolerancji i wielokulturowości, powiadają: my tu będziemy dobrze się czuli. Te hasła zapewniają przybyszom kulturowy, a i prawny komfort. Oto tak zwane wartości europejskie lansowane przez polityczne gremia Zachodu pokazują  już całkiem nową twarz Europy. Europa straciła mechanizmy obronne. W tym ten główny mechanizm, któremu na imię chrześcijaństwo.  Wiemy, że w  Europie Zachodniej jest ono w odwrocie. To dlatego współczesny islam uderza dziś w Europę w jej najsłabszym miejscu: od zachodu.

 

To na takim tle refleksji historycznej i zadumy nad naszym dziś, nie próbując dawać recept dla politycznych rozwiązań – bo ambona nie jest od tego, ale jest miejscem, z którego mamy pobudzać sumienia – chciałoby się wołać: obudź się, Europo! Patrz na stary Wiedeń i wiekopomne zwycięstwo króla Jana. Potem, Europo,  spójrz na siebie – na co się zgadzasz i co proponujesz.

 

Europo!

Niech obudzi Cię ta jutrzenka, której na imię Maryja. Zwycięska Maryja. Tak byśmy chcieli, by to Ona obudziła Europę.

Niech tego wieczoru przy sercu Sobieskiego biją nasze serca: dla Boga, dla Maryi, dla coraz bardziej zagubionej Europy, wreszcie niech biją te serca dla naszej Umiłowanej Ojczyzny.

Amen.

o. Andrzej Potocki OP

Aktualizacja 15 września 2017 (12:46)

NaszDziennik.pl