logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Czułem moc i potęgę modlitwy

Niedziela, 30 listopada 2014 (19:23)

Aktualizacja: Poniedziałek, 1 grudnia 2014 (09:50)

Czułem moc modlitwy i potęgę modlitwy. Miałem pokój serca i mogłem być wsparciem dla pozostałych uwięzionych – powiedział ks. Mateusz Dziedzic, polski misjonarz, uwolniony z rąk rebeliantów w Republice Środkowoafrykańskiej.

Kapłan powrócił dziś do Polski i tuż po przylocie w siedzibie KEP opowiedział o swoim zatrzymaniu i prawie 6-tygodniowym przetrzymywaniu oraz okolicznościach uwolnienia.

– Cieszę się bardzo, że wróciłem do Ojczyzny. Od środy dziękuję Panu Bogu, że mnie przeprowadził przez te trudne chwile. Dziękuję też ludziom. Mówimy, że sukces ma wielu ojców, i w moim przypadku jest to prawda. Wielu ludzi pracowało nad moim uwolnieniem, wielu ludzi walczyło o moje uwolnienie – podkreślił uprowadzony kapłan, który skierował swe podziękowanie do prezydentów: Kamerunu, Konga i Rzeczypospolitej Polskiej oraz przedstawicieli dyplomacji.

– Dziękuję przedstawicielom Kościoła – dodał kapłan, wyrażając szczególne podziękowanie ks. bp. Jerzemu Mazurowi, przewodniczącemu Rady KEP ds. Misji, jak również biskupowi tarnowskiemu Andrzejowi Jeżowi oraz ks. bp. Janowi Ozdze z Kamerunu. – Był on pierwszym Polakiem, który mnie odwiedził w szpitalu. Starał się, żeby wszystko doprowadzić do końca jak najlepiej – dodał.

Największe podziękowania ks. Dziedzic skierował pod adresem ks. Mirosława Gucwy, wikariusza generalnego diecezji Bouar, który zdobył numer telefonu do rebeliantów. – To on wynegocjował, że mogli mi wysłać ubrania, lekarstwa, wodę, rzeczy do odprawiania Mszy Świętej – wyjaśnił kapłan, dodając, że dostarczone mu tą drogą lekarstwa na malarię najprawdopodobniej uratowały mu życie.

W swojej niezwykłej relacji ks. Mateusz Dziedzic podkreślił, że dzięki nieustannym telefonom ks. Gucwy do rebeliantów, wiedział, że „cała Polska się za niego modli”. – Moi drodzy, dziękuję za wsparcie modlitewne. Wielu ludzi w parafiach, w zgromadzeniach zakonnych, seminariach, wspólnotach, grupach modlitewnych modliło się za mnie. Wiedziałem o tym od księdza Mirosława, ale też czułem moc modlitwy i potęgę modlitwy. Miałem pokój serca i mogłem być wsparciem dla pozostałych uwięzionych – podkreślał.

Opowiadając o okolicznościach porwania, ks. Dziedzic zaznaczył, że kiedy w nocy  z 12 na 13 października na misji w Babou pojawili się rebelianci, od razu było jasne, że nie przyszli po pieniądze, ale chcą zabrać misjonarzy, by wynegocjować uwolnienie generała Abdullaha Miskina. – Chcieli zabrać nas obu – dodał ks. Dziedzic, wyjaśniając, jak udało mu się wynegocjować uwolnienie ks. Leszka Zielińskiego.

– Kiedy już nas prowadzili, przyszła mi taka myśl i zacząłem dyskutować w języku sango. I mówię do nich: „Zabierzecie nas dwóch, przyjdą później złodzieje, okradną misję i później powiedzą, że Ludzie Miskina zabrali misjonarzy i okradli misję” – relacjonował kapłan. Wtedy też – jak wyjaśnił ks. Dziedzic – szef grupy zdecydował, że jeden z kapłanów może zostać.

Uprowadzonego kapłana prowadzono pieszo ponad 35 km przez busz do bazy rebeliantów. Tam zastał już ok. 20 osób, których rebelianci porwali miesiąc wcześniej. Jak wyjaśnił kapłan, warunki w bazie rebeliantów były bardzo trudne i szczególnie pierwszy okres był dla niego trudny, ponieważ zachorował na malarię.

Ks. Dziedzic opowiedział także o okolicznościach uwolnienia. – We wtorek wieczorem szef rebelii przyszedł do mnie i powiedział: „musimy porozmawiać”. I dyskretnie powiedział mi wtedy, że jutro będę wolny z 15 Kameruńczykami. Środkowoafrykańczycy zostają. [...] To był bardzo trudny moment dla mnie i dla nich – wyjaśnił ks. Dziedzic. Zgodnie z planem przekazanie kapłana władzom Kamerunu nastąpiło w środę. Ks. Dziedzic został przewieziony do stolicy tego kraju Jaunde, a stamtąd do Brazaville – stolicy Kongo.

Kapłan podziękował także mediom, które informowały o tym, co dzieje się w Republice Środkowoafrykańskiej. Podziękował m.in. Radiu Maryja i Telewizji Trwam.

Zapytany o ewentualny powrót do Republiki Środkowoafrykańskiej, misjonarz odparł, że decyzje podejmie po rozmowie ze swoim biskupem.

Marta Milczarska

NaszDziennik.pl