logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Jezus prowadzi w Kościele swoją „terapię nadziei”

Środa, 24 maja 2017 (11:17)

Aktualizacja: Poniedziałek, 30 października 2017 (14:09)

Katecheza Papieża Franciszka wygłoszona podczas dzisiejszej audiencji ogólnej w Watykanie.

Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry!

Dziś chciałbym poruszyć doświadczenia dwóch uczniów z Emaus, o których mówi Ewangelia św. Łukasza (por. 24,13-35). Wyobraźmy sobie tę scenę: idzie dwóch rozgoryczonych ludzi, przekonanych, że zostawili za sobą gorycz wydarzenia, które zakończyło się źle. Przed ową Paschą byli pełni entuzjazmu, będąc przekonanymi, że te dni będą miały kluczowe znaczenie dla ich oczekiwań i nadziei całego ludu. Zdawało się, że Jezus, któremu zawierzyli swoje życie, wreszcie doszedł do decydującej bitwy: teraz miałby objawiać swoją moc, po długim okresie przygotowań i ukrycia. Tego oczekiwali. Ale tak się nie stało.

Dwaj pielgrzymi żywili nadzieję czysto ludzką, która teraz się rozsypywała w kawałki. Ten krzyż postawiony na Kalwarii był najbardziej wymownym znakiem porażki, której nie przewidywali. Jeśli rzeczywiście ów Jezus był zgodny z Bożym zamysłem, to musieli stwierdzić, że Bóg był bezsilny, bezbronny w rękach ludzi okrutnych, niezdolny do przeciwstawienia się złu.

Zatem w ten niedzielny poranek ci dwaj uciekają z Jerozolimy. W oczach mają jeszcze wydarzenia męki i śmierci Jezusa; a w duszy bolesne zadręczanie się tymi wydarzeniami, podczas przymusowego odpoczynku szabatu. To święto Paschy, które powinno zaintonować pieśń wyzwolenia, zamieniło się w najbardziej bolesny dzień ich życia. Opuszczają Jerozolimę, aby sobie pójść gdzie indziej, do spokojnej wsi. Wydają się ludźmi zmierzającymi do usunięcia palącego wspomnienia. Są więc w drodze i podążają. Ten scenariusz – droga – był już ważny w opowieściach Ewangelii. Teraz stanie się jeszcze bardziej istotny, ponieważ zaczyna się opowiadanie historii Kościoła.

Spotkanie Jezusa z tymi dwoma uczniami wydaje się zupełnie przypadkowe: wygląda jak jedno z wielu zetknięć, które zdarzają się w życiu. Dwaj uczniowie idą zamyśleni i dołącza do nich ktoś nieznany. To Jezus; ale ich oczy nie są w stanie Go rozpoznać. I wtedy Jezus rozpoczyna swoją „terapię nadziei”. To na tej drodze ma miejsce „terapia nadziei”. Kto ją przeprowadza? Jezus.

Przede wszystkim pyta i słucha: nasz Bóg nie jest Bogiem nachalnym. Pomimo że już zna przyczynę rozczarowania, pozostawia im czas, aby dogłębnie wniknęli w gorycz, która ich ogarnęła. Wypływa z tego wyznanie, które jest refrenem ludzkiego życia: „A myśmy się spodziewali...” (w. 21). Ileż smutków, ileż klęsk, ileż niepowodzeń jest w życiu każdego człowieka! W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy trochę tacy, jak ci dwaj uczniowie. Ileż razy w życiu żywiliśmy nadzieję, ile razy czuliśmy się niemal na skraju szczęścia, a potem okazało się, że jesteśmy rozczarowani na ziemi. Ale Jezus idzie razem ze wszystkimi ludźmi przygnębionymi, kroczącymi ze spuszczoną głową. I idąc z nimi, w sposób dyskretny, potrafi przywrócić im nadzieję.

Jezus mówi do nich przede wszystkim za pośrednictwem Pisma Świętego. Kto bierze do ręki Bożą księgę, nie napotka w niej opisów łatwego heroizmu, nieoczekiwanych i zwycięskich kampanii. Prawdziwa nadzieja nigdy nie jest za niską cenę: zawsze przechodzi przez porażki. Nadzieja tych, którzy nie cierpią, może wcale nie jest nawet nadzieją. Bóg nie lubi być kochany w taki sposób, w jaki kochałoby się wodza, który pociąga swój lud do zwycięstwa, niszcząc swoich przeciwników we krwi. Nasz Bóg jest wątłym światłem, palącym się w dniu zimnym i wietrznym, i chociaż Jego obecność na tym świecie wydaje się krucha, wybrał On miejsce, które wszyscy lekceważymy.

Następnie Jezus powtarza dla dwóch uczniów kluczowy gest każdej Eucharystii: bierze chleb, błogosławi go, łamie go i daje go im. Czyż w tej serii gestów nie mieści się cała historia Jezusa? I czyż w każdej Eucharystii nie ma również znaku, czym powinien być Kościół? Jezus bierze nas, błogosławi nam, „łamie” nasze życie – bo nie ma miłości bez ofiary – i daje je innym, dla wszystkich.

Spotkanie Jezusa z dwoma uczniami zmierzającymi do Emaus jest spotkaniem szybkim. Tym niemniej jest w nim zawarte całe przeznaczenie Kościoła. Mówi nam, że wspólnota chrześcijańska nie jest zamknięta w ufortyfikowanej twierdzy, ale podąża w swoim najbardziej żywotnym środowisku, to znaczy drodze. I tam spotyka ludzi, z ich nadziejami i rozczarowaniami, czasami ciężkimi. Kościół słucha opowieści wszystkich, tak jak się wyłaniają ze szkatułki osobistego sumienia; aby następnie oferować Słowo życia i świadectwo miłości Boga, miłości wiernej aż do końca. A wówczas ludzkie serce na nowo pała nadzieją. Wszyscy mieliśmy w życiu chwile trudne, mroczne, chwile kiedy szliśmy smutni, zamyśleni, bez perspektyw, mając przed sobą jedynie mur. A Jezus jest zawsze z nami, aby obdarzyć nas nadzieją. Aby rozpalić nasze serce, mówiąc: „Idź naprzód, jestem z tobą!”.
Zawarta jest tutaj cała tajemnica drogi prowadzącej do Emaus: również poprzez pozory przemawiające przeciw temu, jesteśmy stale miłowani, a Bóg nigdy nie przestanie nas kochać. Bóg będzie podążał za nami zawsze, zawsze, nawet w chwilach najbardziej bolesnych, okrutnych, w chwilach porażki: tutaj jest nasz Pan, a to jest nasza nadzieja. Idźmy naprzód z tą nadzieją! Ponieważ On jest u naszego boku, zawsze podążając wraz z nami!

Słowa Ojca Świętego skierowane do pielgrzymów polskich:

Witam serdecznie uczestniczących w tej audiencji Polaków. Każdy człowiek, każdy z nas, w trudnych momentach życia bywa zagubiony i bezradny. Potrzebujemy czyjegoś wsparcia, pomocy, rady – zwłaszcza w sferze ducha. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny, Wspomożycielki Wiernych, które dzisiaj obchodzimy, uświadamia nam wielkość daru, jakim dla każdego z nas jest wsparcie i opieka Matki Bożego Syna. Zawierzajmy Jej nasze życie. W zwątpieniach często wzywajmy Jej pomocy: Wspomożycielko Wiernych, wstawiaj się za nami. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.


Drodzy Bracia i Siostry, dobrze pamiętamy ewangeliczną scenę dwóch uczniów idących do Emaus. Przed Paschą byli pełni entuzjazmu, spodziewali się, że Jezus, któremu zawierzyli życie, objawi swoją moc, rozpocznie panowanie nad światem. Tak się jednak nie stało. Krzyż postawiony na Kalwarii rozwiał ich nadzieje. Zrozpaczeni, pełni obaw uciekają z Jerozolimy. Rozpamiętują bolesne wydarzenia męki i śmierci ich Mistrza. Nie są nawet w stanie rozpoznać Go, gdy przyłącza się do nich w drodze. Pan Jezus wchodzi z nimi w dialog, rozpoczyna swoją „terapię nadziei”. Przede wszystkim pyta i słucha. Pozostawia im czas, aby dogłębnie zrozumieli to, co się wydarzyło. Pragnie przywrócić im nadzieję. Podobnie czyni z nami. W pewnym momencie, jak owym uczniom, tak i nam pozwala się poznać. Mówi do nich i do nas przede wszystkim słowami Pisma Świętego. Przypomina, że prawdziwa nadzieja nigdy nie jest za niską cenę: zawsze przechodzi przez porażki. Pan Jezus potwierdzi tę prawdę, powtarzając gest ustanowienia Eucharystii: bierze chleb, błogosławi go, łamie i daje uczniom do jedzenia. Przypomina, że Kościół ma być znakiem tej Ofiary, znakiem Jego miłości, uobecnianej we wspólnocie wierzących. Ma on być wspólnotą nadziei, prowadzącą do Boga i świętości. Dlatego w chwilach smutków, niepowodzeń niech nam towarzyszy świadomość obecności idącego z nami przez życie Chrystusa.

KAI

NaszDziennik.pl