Strasburg stał się dzisiaj areną ogólnoeuropejskich protestów rolników. Decyzja Ursuli von der Leyen o podpisaniu umowy z krajami Mercosuru dolała oliwy
do ognia. To właśnie ten ruch przelał
czarę goryczy?
– Rolnicy w całej Europie z całą pewnością nie mają powodów do zadowolenia – i to właśnie dlatego te protesty są czymś więcej niż tylko demonstracją. To czytelny sygnał wysyłany w stronę europosłów, bardzo konkretny bodziec polityczny: albo tę umowę uda się zatrzymać, albo przynajmniej skutecznie opóźnić jej wejście w życie
– do czasu, gdy sytuacja polityczna w UE będzie dużo korzystniejsza. Najbardziej realnym scenariuszem jest
dziś odesłanie jej do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, co automatycznie mogłoby wstrzymać cały proces jej wejścia w życie nawet na rok czy dwa. Kluczowe jest jednak nie tylko tempo, ale też sama istota sprawy.
Na co Pan szczególnie liczy?
– Liczę przede wszystkim na to, że TSUE zakwestionuje tryb ratyfikacji tej umowy i nakaże przekazanie jej do parlamentów narodowych. Gdyby tak się stało, sytuacja diametralnie by się zmieniła, bo wtedy każdy kraj członkowski musiałby ją osobno zatwierdzić, a osiągnięcie jednomyślności w tej sprawie jest, mówiąc wprost, mało realne. W takim wariancie wejście umowy z Mercosurem
w życie stałoby się niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe. Dlatego nasz nacisk jest jasny i logiczny: Parlament Europejski powinien skierować umowę do TSUE, jednocześnie wnosząc o podważenie sposobu jej ratyfikacji i domagając się, by ostateczne decyzje zapadły
w parlamentach państw członkowskich. To jedyna droga, by zatrzymać proces, który dla europejskiego rolnictwa może mieć bardzo poważne i długofalowe konsekwencje.
W tle tych protestów coraz wyraźniej wybrzmiewa temat budżetu Unii Europejskiej na kolejne siedem lat?
– Skoro już przyjechaliśmy tu z całej Europy i skoro sytuacja jest tak poważna, to nie chodzi wyłącznie o jedną umowę czy jedną decyzję polityczną. Toczy się walka
o przyszłość wspólnej polityki rolnej – i to walka nie
z rynkowymi gigantami czy sieciami handlowymi,
lecz o realny, solidnie osadzony budżet, który pozwoli tej polityce w ogóle funkcjonować. Rolnictwo europejskie
da się obronić tylko wtedy, gdy wspólna polityka rolna pozostanie silna, dwufilarowa i będzie z roku na rok wzmacniana, a nie systematycznie drenowana z pieniędzy
i znaczenia. Bez stabilnego finansowania nie ma mowy
ani o bezpieczeństwie żywnościowym, ani o utrzymaniu konkurencyjności europejskich gospodarstw,
ani o realizowaniu jakichkolwiek ambitnych celów klimatycznych, które Bruksela tak chętnie zapisuje
w dokumentach. To są dziś główne postulaty, wokół których wszyscy się jednoczą, bo alternatywy po prostu
nie ma. Albo Unia zdecyduje się realnie bronić własnego rolnictwa, albo będzie musiała pogodzić się z jego stopniową marginalizacją.
Do Strasburga przyjechały tysiące rolników, organizatorzy mówili nawet o zgromadzeniu do 10 tys. osób. Była też polska delegacja?
– Trzeba jasno powiedzieć, że masę, ten prawdziwy ciężar protestu, stanowili rolnicy z Francji i Belgii. To naturalne, bo są najbliżej, mają najlepszy dojazd i tam napięcie wokół polityki rolnej Unii jest dziś szczególnie wysokie. Ale obok nich byli przedstawiciele praktycznie wszystkich państw, często symbolicznie, po kilka czy kilkanaście osób, po to, by pokazać jedność i wspólny interes. W tym gronie była również Polska. Wystawiliśmy własną delegację, w której znaleźli się przedstawiciele Samoobrony, Krajowej Rady Izb Rolniczych, NSZZ RI „Solidarność” oraz innych organizacji związkowych. Zorganizowaliśmy autokar, co przy tej porze roku, zimą, przy kosztach i logistyce tak długiej trasy nie było ani łatwe, ani tanie. Do Strasburga nie jedzie się
dziś rekreacyjnie. To jest poważna wyprawa i realne poświęcenie. Mimo to byliśmy na miejscu i protestowaliśmy razem z innymi, bo tu chodziło nie o liczby, tylko o jasny sygnał: europejscy rolnicy, także z Polski, mówią jednym głosem i nie zamierzają odpuścić.
Bruksela i Strasburg właśnie otrzymały wyraźny sygnał, że środowisko rolnicze
nie może być dłużej ignorowane?
– Sygnał został wysłany, ale pozostaje pytanie,
czy zostanie odebrany z należytą powagą. W mojej ocenie jest szansa, bo rolnicy to nie marginalna grupa społeczna
– to fundament bezpieczeństwa żywnościowego i zarazem gospodarcza oś większości krajów Unii, tam gdzie koncentrują się obszary wiejskie i uprawy rolne. To temat kluczowy nie tylko dla poszczególnych państw, ale też
dla całej Unii i jej stabilności ekonomicznej.
Presja wywierana na Parlament Europejski to dziś jedyna realna strategia, by chronić interesy europejskich rolników
i konsumentów?
– Tak, wygląda na to, że obecnie to niemal jedyna skuteczna droga. Inne sektory siedzą cicho, konsumenci również nie zabierają głosu, choć przecież chodzi o ich zdrowie. Właśnie dlatego presja na Parlament Europejski jest tak ważna. W dzisiejszym świecie nie da się być samotną wyspą. Chodzi więc o to, żeby produkty
z Mercosuru, które mogłyby wejść na rynek europejski, były traktowane dokładnie według tych samych rygorów, jakie obowiązują u nas. Nie może być sytuacji, w której laboratoria w Brazylii same decydują o normach, albo oznakowanie i kontrola są tylko iluzoryczne. Wiemy doskonale, że żywność tam produkowana często korzysta
z metod GMO, które w Europie są zakazane, a stosowanie chemikaliów jest dużo bardziej liberalne. Stąd cała ta walka o jasne przepisy, rzetelne kontrole i transparentne oznakowanie, żeby europejski konsument nie był narażony, a rolnik miał równe szanse. To nie jest spór ideologiczny, tylko walka o zdrowy rozsądek i bezpieczeństwo na rynku żywności.
Problem w tym, że Komisja Europejska działa jak ciało niedemokratyczne?
– Widać pewną obojętność i mechanizmy, które sprawiają wrażenie, że decyzje zapadają w sposób nie do końca demokratyczny. Przez cały czas próbowano na siłę doprowadzić do podpisania tej umowy, stosując różne sztuczki i obejścia procedur, bez wstrzymania się
i poważnej dyskusji. Nawet jeśli ta umowa może przynieść Europie wymierne korzyści, należałoby równocześnie utworzyć fundusz zabezpieczający rolników – nie tylko
w ogólnoeuropejskim wymiarze, ale też konkretnie chroniący interesy polskich gospodarstw, które są fundamentem bezpieczeństwa żywnościowego i stabilności sektora rolnego. To jest element, który pokazuje, że bez odpowiedniej ochrony lokalnych producentów cała polityka staje się oderwana od rzeczywistości i ryzykowna dla obywateli.
Sprawa umowy z Mercosurem
i niedemokratyczne działania Komisji Europejskiej mogą stać się początkiem szerokiego zjednoczenia środowiska rolniczego w Europie?
– Bez wątpienia widać, że rodziny rolnicze w Europie
już zaczynają się jednoczyć. Stanowisko Copa Cogeca, reprezentujące organizacje rolnicze ze wszystkich państw członkowskich, było jednoznaczne – solidarność w tej sprawie jest pełna i bezprecedensowa. Protesty, które obserwowaliśmy w Strasburgu, pokazały, że zjednoczenie jest nie tylko deklaracją, lecz praktycznym działaniem.
To był protest o charakterze europejskim, pokazujący siłę wspólnego głosu rolników, i możemy się spodziewać,
że podobne akcje będą się odbywać w poszczególnych krajach, wzmacniając presję na decydentów i wymuszając realną dyskusję o polityce rolnej Unii.
W czwartek w Parlamencie Europejskim
ma się odbyć głosowanie nad odwołaniem Ursuli von der Leyen, m.in. w związku
z kontrowersjami wokół umowy
z Mercosurem. Niemka powinna zostać odwołana?
– Decyzję o tym podejmą oczywiście politycy, ale z mojego punktu widzenia wszystko sprowadza się do zasad demokracji. Jeśli Ursula von der Leyen podejmowała decyzje, omijając demokratyczne procedury, ignorując głosy krajów członkowskich i traktując swoje kompetencje jak prerogatywę osobistą, to taka postawa jest nie do przyjęcia i powinna spotkać się z konsekwencjami.
Każda trudna decyzja musi być transparentna i zgodna
z regułami wspólnoty – jeśli nie jest, w gruncie rzeczy podważa zaufanie nie tylko do niej samej, ale też do instytucji europejskich w ogóle. W dzisiejszym świecie potrzebujemy jedności i jasnych reguł, bo brak spójności może prowadzić do poważnych konsekwencji dla całej Europy. Nasz protest w Strasburgu wyrażał właśnie ten sprzeciw – odejście Ursuli von der Leyen stało się symbolem utraty zaufania, bo decyzje podejmowane
w sposób arbitralny nie mogą być fundamentem
dla przyszłości wspólnego rynku i bezpieczeństwa europejskiego rolnictwa.
Czy zdrowy rozsądek w końcu wróci
do polityki rolnej UE?
– Niestety, na razie pozostaje to melodią przyszłości
– dużo będzie zależało od presji społecznej, zrozumienia wśród europosłów i gotowości do podejmowania decyzji, które będą dyktowane nie tylko politycznymi kompromisami, lecz także realnym interesem obywateli
i rolników.

