Niemiecki dziennik „Bild”, powołując się
na dokumenty wojskowe Bundeswehry, poinformował o nowych kierunkach działań rosyjskich, które poza Ukrainą mogłyby objąć także terytorium państw NATO.
– Sytuacja może się rozwinąć bardzo niebezpiecznie. Może dojść do zamrożenia wojny na Ukrainie, skoro ani jedni, ani drudzy nie mogą przechylić szali na swoją korzyść.
Co więcej, Władimir Putin może całą akcję próbować rozwinąć na kierunku zachodnim. Stały się rzeczy niedobre i obawiam się, że mogą one zaowocować pogłębieniem tego konfliktu. Okazało się, że tzw. Zachód, jeśli chodzi
o wsparcie militarne, nie udzielił Ukrainie wystarczającej pomocy i Ukraińcy nie mieli sił, żeby dokonać przełamania linii obrony, którą Rosjanie zbudowali na okupowanych przez nich ziemiach. Sytuacja jest w tej chwili patowa,
bo Ukraińcy nie mają sił i środków, by przełamać obronę rosyjską, z kolei Rosjanie nie są zdolni rozbić Ukrainy.
Wobec tego na Kremlu może się pojawić następujący pomysł: Zachód dzisiaj nie jest w stanie w sposób wystarczający dozbroić Ukrainy. Powiedzmy też, że kluczowym elementem w dotychczasowym wsparciu Kijowa była Polska. Nie tylko dlatego, że przekazaliśmy duże ilości uzbrojenia, że wykonujemy zamówienia dla Ukrainy, jeśli chodzi o sprzęt – armatohaubice Krab itd., nie tylko dlatego, że Polska jest hubem, przez który dociera wsparcie dla Ukrainy, ale także przez zaangażowanie władz Polski z prezydentem Dudą na czele, które wykonały wielką rzecz dla walczącej Ukrainy. I to wszystko, niestety, się skończyło.
Również po stronie Zachodu, m.in. w Stanach Zjednoczonych, pojawiło się zmęczenie trwającym konfliktem i pomocą Ukrainie.
– To sprawia, że Ukraina nie dostaje tego, czego
jej potrzeba. Istnieje obawa, że może być trudno
z jakąkolwiek pomocą. Zmiana władzy w Polsce sprawia,
że możemy być głównym celem, jeśli chodzi o uderzenie rosyjskie. Przy czym to uderzenie wcale nie musi oznaczać działania militarnego i wybuchu wojny. Oczywiście Rosja może, ale nie musi tego zrobić. Natomiast w związku ze zmianą władzy, która zachowuje się w sposób skrajnie nieodpowiedzialny, pojawiły się sprzyjające okoliczności, takie jak pogłębiający się chaos i kryzys wewnętrzny
w Polsce. To sprawia, że możemy się stać tzw. państwem upadłym i Rosja, wykorzystując wszystkie swoje siły
i możliwości, jakie ma również na terenie Polski, będzie dążyła do tego, by ten wewnętrzny kryzys u nas pogłębiać, żeby polaryzacja postaw była głęboka, co mogłoby się przełożyć na rozruchy, a nawet wojnę domową. W tym kierunku to wszystko, niestety, zmierza. Jeżeli Putinowi udałoby się to osiągnąć, wtedy Ukraina nie będzie miała szans na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz i sama wpadnie
w ręce rosyjskie. Sądzę, że tego typu rozumowanie mogło się pojawić na Kremlu.
Wobec tego jakie plany pojawiają się na Zachodzie? Polska przez ostatni czas też była dość wstrzemięźliwa, jeśli chodzi
o wspieranie Ukrainy – zresztą nie bez powodu…
– Ukraina sama jest temu winna. Władze Ukrainy, prezydent Wołodymyr Zełenski względem Polski, która pierwsza stanęła, aby wspierać Ukrainę, zaczęli wykonywać różne nieprzyjazne gesty. Pojawiła się informacja, że władze Ukrainy miały działać na rzecz obalenia rządu Zjednoczonej Prawicy i że miało to być uzgodnione
z Niemcami. Jeśli to rzeczywiście jest prawda, to Ukraina sama na siebie ukręciła bicz. A u nas doszło do zmiany władzy i jest dzisiaj to, co jest.
Jednak wczoraj prezydent Andrzej Duda
w Davos mówił o coraz większym zagrożeniu ze strony Rosji, a jednocześnie dodał, że Ukrainę trzeba wspierać w walce, że zmęczenie wojną Rosji przeciwko Ukrainie jest zjawiskiem niezwykle niebezpiecznym. Sytuacja jest chyba dość napięta?
– To, że Ukrainę należy wspierać, to jest sprawa oczywista, tylko czy Polska – mam na myśli przede wszystkim prezydenta, który jest przez rząd Donalda Tuska na wszelkie sposoby atakowany, wręcz zwalczany, będzie
w stanie to zrobić. Prezydent Duda, owszem, wysyłał wobec „koalicji 13 grudnia” różne pojednawcze gesty,
ale odpowiedź zawsze jest taka sama – negatywna, lekceważąca. Ze strony koalicji Tuska są głosy, że prezydenta Dudę trzeba usunąć ze stanowiska.
Swoją drogą usłyszeliśmy już opowieści tzw. prawników strony rządowej, że trzeba się wyrwać z prawnej pułapki, że niekoniecznie trzeba przestrzegać reguł prawnych, ale jak się da, to należy to obchodzić, łamać prawo i przeć do przodu. I prezydent Andrzej Duda, który jest gwarantem, który stoi na straży porządku konstytucyjnego, przeszkadza ekipie Tuska, a więc trzeba go usunąć.
Takie głosy słychać, ale jaki to będzie miało wpływ na ewentualne wsparcie dla Ukrainy, to aż strach pomyśleć. Państwo, które jest zdezorganizowane, w którym toczą się walki polityczne, w którym chwieje się cały system ustrojowo-prawny, gdzie ludzie skaczą sobie do oczu
i do gardeł z nienawiścią, takie państwo nie może stanowić zaplecza i wsparcia, jakim byliśmy dla Ukrainy.
Tusk nie zdaje sobie sprawy, że takimi działaniami, jak nalot na Pałac Prezydencki
i aresztowanie posłów na Sejm, gra
w orkiestrze Putina?
– To nie są ludzie zdolni do refleksji. Natomiast są to działania korzystne dla Kremla. Moskwa i Mińsk są niezwykle zadowoleni. Alaksandr Łukaszenka może się czuć usatysfakcjonowany, że jego wezwania, aby w Polsce władzę objął silny polityk Tusk, że wtedy będzie inaczej,
że będzie można różne rzeczy odblokować w relacjach itd., się zmaterializowały. Dyktator z Mińska może się cieszyć
i mieć nadzieję, że ten jego plan się spełni.
Dzisiaj, kiedy sytuacja jest niepewna,
MON kierują politycy PSL z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem na czele. Co z tego może wyniknąć?
– Można tylko załamać ręce… Ale dla przypomnienia: PO
z PSL już zarządzały resortem obrony i kierowały siłami zbrojnymi. Wtedy ministrami byli politycy z Platformy,
ale wiceministrami dla odmiany byli przedstawiciele tzw. ludowców. Zatem nie jest to jakieś nowe otwarcie, ale pewna kontynuacja, tyle że w zmienionej konfiguracji. Niestety, czarno to widzę. Tak jak od dłuższego czasu
za rządów Zjednoczonej Prawicy byłem optymistą, jeśli chodzi o kierunek polityki obronnej i o to, co Polska może osiągnąć, tak dzisiaj widzę, że wpadamy w czarną dziurę
i nie bardzo wiadomo, gdzie skończymy, gdzie jest to dno, do którego jako państwo niestety zmierzamy.
W jakim kierunku to zmierza, było widać
po jednej z pierwszych decyzji Kosiniaka-
-Kamysza, który jako nowy szef MON zdecydował o likwidacji podkomisji smoleńskiej. To chyba pokazuje, kto pociąga za sznurki?
– Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Przypomnę, że Władysław Kosiniak-Kamysz już jako minister w rządzie Tuska poprzednim razem przeprowadził – jak to mówił Paweł Graś – dwie najbardziej paskudne sprawy w kraju. Chodzi o podwyższenie wieku emerytalnego Polakom oraz zabranie im pieniędzy z OFE. Wprawdzie nie tak dawno mówił, że to był błąd, ale wniosków, jak widać, wciąż nie wyciągnął. I choć było inne rozwiązanie, to znów wszedł
w koalicję z Tuskiem. Z jego zachowania i postawy widzę, że jego zależność od Tuska i uznanie kierowniczej roli Platformy są w nim mocno zakorzenione. To sprawia,
że „koalicja 13 grudnia” przepełniona nienawiścią
do Prawa i Sprawiedliwości się trzyma.
Chyba kluczowa dla wojny na Ukrainie
może być decyzja amerykańskich wyborców. Wybór Donalda Trumpa byłby na rękę Putinowi?
– Nie. Inaczej patrzę na Donalda Trumpa niż jego przeciwnicy. Myślę, że dużo racji jest w tym, o czym ostatnio powiedział w jednym z wywiadów. Podkreślił, że kiedy był prezydentem, wojen nie było. I to jest prawda. Zaznaczył też, że Putina do tego, co dzisiaj robi, zachęcił prezydent Joe Biden, przede wszystkim wycofując się
z Afganistanu w sposób, który był haniebny, i że to rozzuchwaliło Putina i otworzyło drogę do konfliktu
i napaści rosyjskiej na Ukrainę. W którymś momencie Trump powiedział też, że jeśli ponownie zostałby wybrany na prezydenta i mógłby decydować, to postawi Putinowi
i Zełenskiemu żądanie zakończenia tej wojny. A jeśli wojna się nie skończy, jeśli nie zostanie zawarty pokój, to on pomoże Ukrainie w taki sposób, że Ukraina tę wojnę wygra.
Zatem nie jest tak, jak próbują to przedstawiać przeciwnicy czy wrogowie, że Trump jest przyjazny Putinowi, tylko – moim zdaniem – wręcz odwrotnie.
Myślę, że rację ma też, kiedy mówi, że Niemcy, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, żyją na koszt Stanów Zjednoczonych, nie spełniając założeń NATO, czyli zobowiązania wydatkowania 2 proc. PKB na obronność. I Trump ma rację, twierdząc, że państwa NATO muszą zacząć płacić
na wspólny wysiłek obronny, czego Niemcy nie robią. Zatem nie jest tak, że Biden pomaga Ukrainie, a Trump
nie będzie pomagał. Biden i Trump to dwa różne charaktery, mamy dwa różne sposoby postępowania,
ale Trump to nie jest człowiek, który chciałby Putinowi ustępować, a tym bardziej przed nim kapitulować.
Z Trumpa propaganda stworzyła takiego czarnego luda, ale tak nie jest. Trump jest znienawidzony przez ideologiczne, lewackie ośrodki, które nie przepadały też za rządami Zjednoczonej Prawicy w Polsce. Przypomnijmy sobie,
gdy Joe Biden wygrał wybory w Stanach Zjednoczonych,
to koalicja Tuska miała nadzieję, że prawica rządząca
w Polsce będzie miała kłopoty, jeśli chodzi o relacje transatlantyckie. Okazało się, że ich nadzieje były płonne, bo interes Stanów Zjednoczonych był ważniejszy niż sympatie i antypatie polityczne, które reprezentował Biden i jego środowisko.
Czego nie można było powiedzieć
o ambasadorze Marku Brzezinskim…
– Ambasador Brzezinski wyraźnie stał i stoi po stronie ówczesnej opozycji, a obecnej władzy, czego zresztą
nie krył. Oczywiście z prezydentem Andrzejem Dudą, ministrem Mariuszem Błaszczakiem się spotykał, ale sympatia jego była wyraźnie po stronie totalitarnej opozycji.
Co więcej, milczy, kiedy władza Tuska zamiata żelazną miotłą.
– Udaje, że nie widzi, ale zapewniam pana redaktora, że gdyby w ten sposób, jak Tusk, rządził premier Mateusz Morawiecki, to świat zostałby postawiony na równe nogi, także za sprawą stacji komercyjnej z Wiertniczej. Swoją drogą Tuskowi wydaje się, że jest sprytny, wysuwając do czarnej roboty swoich ministrów, Bartłomieja Sienkiewicza czy Adama Bodnara, a sam udaje, że nie ma z tym nic wspólnego, i kreuje się na gołąbka pokoju wyznającego politykę miłości. Myślę, że rola Tuska jest prosta – to destrukcja Polski. Trzeba zahamować rozwój gospodarczy, zdezorganizować wszystko. Przygotowane przez rząd Zjednoczonej Prawicy inwestycje dotyczące
obronności, bezpieczeństwa energetycznego, rozwoju komunikacyjnego, jak CPK, unicestwić, skłócić Naród
i odejść do Brukseli po nagrodę.
Polska armia, według tej ekipy, wcale nie musi być duża, bo i po co, zwłaszcza że uzbrojenie mamy kupować
w Stanach Zjednoczonych i Korei Południowej, a nie od Niemców. To wszystko, co w tej chwili dzieje się w Polsce, to jest wykonanie pewnego zamiaru, scenariusza napisanego w Berlinie i Brukseli. Towarzystwo, które rządzi dzisiaj Polską, dogadało się świetnie z postkomunistami, którzy zawsze uważali, że trzeba mieć pana nad sobą – przedtem to była Moskwa, a teraz jest Berlin i tak razem prowadzą Polskę na manowce. Mam nadzieję, że ten spektakl nie potrwa długo i że nie zdołają zniszczyć Polski na tyle, że trzeba ją będzie odbudowywać przez długie lata. Choć z drugiej strony nieszczęście polega na tym,
że podobno najtrwalsze są stany przejściowe.

