Magna pars życia i kapłańskiej posługi św. Andrzeja Boboli stanowią dawne polskie Kresy. Pierwszy pobyt Boboli w Pińsku miał miejsce w latach 1642-1646. Przez pięć lat pełnił tu priorytetowe obowiązki kaznodziei, kierownika nauk w miejscowym kolegium jezuickim, opiekował się Sodalicją Mariańską ziemian. Nasz święty najdłużej, bo ponad dwadzieścia lat, posługiwał w Wilnie. Kolejno zaś na polskich Kresach przebywał dłużej w Nieświeżu i Bobrujsku oraz w sumie blisko 10 lat w Pińsku.
Po raz drugi przybył Andrzej Bobola na Pińszczyznę z Wilna latem 1652 roku i pozostał tam aż do swej straszliwej, męczeńskiej śmierci 16 maja 1657 roku. Miał wtedy już ponad 60 lat. Dlatego w pracy kapłańskiej, głównie misyjnej, wspomagał świętego zaledwie 30-letni współbrat jezuita Marcin Tyrawski. Biograf świętego jezuity, ks. Jan Poplatek (zm. 1955), również jezuita, tak scharakteryzował teren działalności ewangelizacyjnej Boboli: „Jedną z największych trudności była bezdrożność tamtych okolic, zwłaszcza na południe od Pińska. Ludność skupiała się w wioskach wzniesionych na piaszczystych wydmach, otoczonych lasami i bagnami, pędziła w nich życie prawdziwie leśnych ludzi. Ich stan religijny był wprost opłakany. Katolicy, rozrzuceni wśród schizmatyków, przyjmowali ich formy religijne. Poza chrztem nie dbali o inne sakramenty, w prawdach wiary zupełnie nieuświadomieni. Jedyną ich modlitwą były słowa ”Hospody, pomiłuj„, jedyną praktyką, jaką objawiali swój katolicyzm, było powstrzymanie się od mięsa, i to w sobotę”.
Biedny lud Pińszczyzny, żyjący przede wszystkim z rolnictwa i zbieractwa runa leśnego oraz zamieszkujący głównie wśród lasów, pozbawiony oświaty, hołdował licznym gusłom i przesądom. W niedzielę i święta – wróćmy do opisów ks. Poplatka – zjeżdżali tłumnie do Pińska, gdzie w najlepsze odbywały się targ, sprzedaż i zakupy. Na znak dzwonu udawali się do kościoła lub cerkwi, by otrzymać „błogosławieństwo’’, a potem wypełniali karczmy i gospody, skąd wracali na noc do domów, często bez grosza zarobionego na targu. Biedni ludzie, którzy wiedzieli, że nie mają i nie będą mieli szans na odmianę swego losu, żyli bez nadziei na inne, godniejsze życie. Tacy często otwierają swoje serca na wyższe wartości duchowe. Andrzej Bobola pokochał ludzką biedę i ludzi żyjących w bezradności, nierzadko głodnych.
Na Kresach nasz święty był przede wszystkim wędrownym misjonarzem docierającym regularnie do konkretnych stałych stacji misyjnych w Duboi, Janowie, Łahiszynie, Łuczaju, Podhaciu, Przerośli, Śniadyniu, Turowie, Wiłkomierzu i Wołkowysku. Były to miejsca, gdzie zwykle zatrzymywał się dłużej. Bywało, że nawet na kilka tygodni. Ze stacji misyjnej chodził od wsi do wsi i pojedynczych gospodarstw – domów oddalonych od siebie często nawet o kilkanaście i więcej kilometrów. Teren ten, różnorodny etnicznie, zasiedlony był w XIV wieku w dużej części przez Polaków z Mazowsza oraz potomków jeńców z różnych wojen – m.in. z Tatarami, Wołochami i Kozakami – jakie ciągle miały miejsce u granic ówczesnej wielkiej Rzeczypospolitej. Zamieszkali w poleskich wsiach i lasach, w biednych na ogół warunkach tzw. Poleszucy dzielili się jednak na miejscowych od pokoleń – tzw. szlachtę zagrodową i na spolszczonych chłopów osiadłych tutaj po różnych wojnach i zmianach granic. Styl życia, codzienność i obyczajowość jednych i drugich były bardzo podobne, ale odrębność pochodzenia ciągle była silna.
Bobolowy zasiew na dawnych polskich Kresach na nowo w naszych czasach rozkwita i wzrasta.
Duszochwat
Już współcześni, widząc u św. Andrzeja Boboli żarliwe zaangażowanie apostolskie i bezgraniczne oddanie się Bogu i ludziom, nazwali go ”duszochwatem„ – łowcą dusz. Bobola zawsze i ze wszystkich sił chciał jednoczyć ludzi z Chrystusem i pomiędzy sobą. Jak można przeczytać w jezuickich kronikach, pałał niezwykłą żarliwością ewangelizacyjną i apostolską, zwłaszcza wśród najbiedniejszych. Posiadał nieczęstą umiejętność przyprowadzania ludzi – szczególnie duchowo zaniedbanych – do Boga, do Kościoła i życia prawdziwie chrześcijańskiego. Swą żarliwością apostolską i zapałem ewangelizacyjnym zdumiewał nie tylko praktykujących wiernych, ale też osoby dalekie od życia wiarą. Zyskiwał przez to podziw i uznanie u swoich przełożonych.
W pracy kapłańskiej Andrzej Bobola nie czekał, by ludzie do niego przychodzili i prosili o posługę sakramentalną, ale sam ich szukał, głównie w miejscach oddalonych od świątyń o kilkanaście kilometrów. Z pozytywnym skutkiem – jak zanotowano w kronikach – wielu wahających się utwierdził w wierze i pomógł im wrócić do praktyk religijnych. Skutecznie też pracował nad ludźmi szczególnego autoramentu: lichwiarzami, złodziejami, rozbójnikami i skazańcami.
Kaznodziejstwo było żywiołem Boboli. Chrystusowe ”Idźcie i nauczajcie„ wypełniało duszę i serce świętego. W Łomży do dziś możemy patrzeć na ambonę, z której przemawiał z żarliwością proroka w obronie wiary, Kościoła i nauki katolickiej. Był to przecież w Rzeczypospolitej czas ekspansji protestantyzmu i różnych sekt chrześcijańskich.
Posługę ewangelizacyjną Boboli tak podsumował w historycznej encyklice ”Invicti athletae Christi„ (Niezwyciężony mocarz Chrystusa) kandydat na ołtarze, Sługa Boży Pius XII: ”A że we wschodnich zwłaszcza częściach kraju zagrażało wierze wielkie niebezpieczeństwo od odszczepieńców, którzy usiłowali na wszelki sposób oderwać wiernych od jedności Kościoła i swoimi błędami ich zarazić, na rozkaz swoich przełożonych udał się Andrzej w te właśnie strony [tzn. na Pińszczyznę] i tam po miastach, miasteczkach i wioskach już to przez kazania, już to przez prywatne rozmowy, a zwłaszcza przez urok swej świętości i przez płomienny zapał apostolski zachwianą u wielu katolików wiarę od błędnych naleciałości oczyścił, na mocnych podstawach oparł i na powrót doprowadził do jedynej Chrystusowej owczarni. A nie poprzestając na samym podźwignięciu i umocnieniu słabnącej lub upadłej wiary, wszędzie – gdzie tylko mógł – rozbudzał żal za grzechy, łagodził niezgody i rozterki, wprowadzał na powrót dobre obyczaje, tak, że miejsca, przez które wzorem Boskiego Mistrza ’czyniąc dobrze’ przechodził, zaczynały jakby pod tchnieniem wiosny niebiańskiej wydawać śliczne kwiaty i owoce cnoty. Dlatego też, jak to przechowało się w pamięci, zarówno wierni, jak i schizmatycy nadali mu charakterystyczną nazwę ’duszochwata’, czyli łowcy dusz nieśmiertelnych„.
Sednem życia chrześcijańskiego jest zasada: ”Nie żyć tylko dla siebie„. Święty Andrzej – duszochwat, ukazuje nam, że jest to możliwe. Kościołowi i Polsce na obecnym etapie naszych dziejów potrzebni są właśnie duszochwaci na wzór Boboli. Potrzeba pilnie tych, którzy idą do ludzi, szukają ich, a nie tylko obsługują w kancelariach. Możemy ich sprowadzić modlitwą, a zwłaszcza cierpieniem, tak duchowym, jak i fizycznym. Nowych Bobolów przyślij, wzbudź nam, o Panie.
Umacniał polskość
Ostatnie pięć, a w sumie dziesięć lat swego ofiarnego, apostolskiego życia – wszystkie swoje siły i serce oddał Andrzej Bobola najbiedniejszym z biednych, czyli rodakom żyjącym na Pińszczyźnie. Był tam i żył wśród nich i z nimi, z wielką misją – nie tylko kapłańską i patriotyczną, lecz także kulturową. Pracował w środowisku wieloetnicznym i wielowyznaniowym, z ludźmi o odmiennych tradycjach religijnych i kulturowych głosił Jedynego Boga Zbawiciela i Odkupiciela wszystkich. Absolutnym fenomenem było to, że na jego długie modlitwy, kazania i nabożeństwa przychodzili też – co wtedy było aktem odwagi – wierni katoliccy i prawosławni oraz unici. W świecie podzielonym licznymi konfliktami etnicznymi i sporami konfesyjnymi potrafił wszystkich jednoczyć i zasiewać pokój Boży między sąsiadami.
Umacniał polskość Kresów, które już po nim wydały tak wielu wielkich mężów Ojczyzny. Kresy są ciągle do dziś w sercu i pamięci przynajmniej sześciu milionów Polaków, którzy – jak wcześniej Tadeusz Kościuszko, Jan Sobieski, Józef Piłsudski, a także Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Kornel Makuszyński, Józef Konrad Korzeniowski, Zbigniew Herbert czy Karol Szymanowski – sięgają swymi korzeniami tej ziemi. Świętego Andrzeja Bobolę należy pilnie uznać za szczególnego patrona Kresów, na których on i liczni jemu podobni przelali swą męczeńską krew tylko dlatego, że byli Polakami. Pamiętajmy choćby, że samych tylko jezuitów w służbie Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie zamordowanych zostało na Kresach w latach 1648-1655 kilkudziesięciu. Ksiądz Jan Poplatek w swej książce ”Święty Andrzej Bobola. Łowca dusz„ cytuje wstrząsający list księcia Dominika Zasławskiego opisujący straszne gwałty Kozaków w czasie powstania Chmielnickiego: ”Jako w kościołach wielkie nieuszanowanie samego Boga, a szczególnie w kościele jezuickim w Winnicy, gdzie wyrzuciwszy Najświętszy Sakrament nogami deptali, a kielichami do siebie, poubierawszy się w aparamenty kościelne, gorzałkę pili, kapłanów okrutnie pomordowali, nawet i trupów z grobów dobywając, a rozsiekawszy je w sztuki, psom rozciskali„. Ta krew – świadectwo woła o pamięć, pomoc i troskę o pełny powrót Kościoła na te ziemie.

