Organizacje rolnicze apelują o dwuletnie moratorium na nowe regulacje, które dodatkowo obciążają sektor – głównie w kontekście chaosu legislacyjnego i rosnących kosztów produkcji. Jak poważny jest to problem i jakie realne konsekwencje niesie dla polskiej wsi?
– Komuna wróciła na polską wieś, a rolnik znów traktowany jest jak kułak – i proszę, żeby to dobrze wybrzmiało. Sama wojna w Iranie podniosła koszty produkcji, ale nie można lekceważyć również działań Komisji Europejskiej, takich jak podatek od nawozów czy mechanizm CBAM – Graniczny Podatek Węglowy, który od tego roku miałby dodatkowo uderzać w polskich producentów. Komisja na razie rozważa jakieś środki ochronne, ale realnych propozycji nikt jeszcze nie widział i nie usłyszał. Efekt jest taki, że cały sektor rolniczy znajduje się pod ogromną presją kosztów, a każdy dzień przynosi nowe wyzwania – od paliwa po nawozy, od regulacji po presję rynku. Dlatego potrzebne są konkretne działania, które nie będą tylko pustymi deklaracjami, ale faktycznym wsparciem dla producentów. Jako NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność” jesteśmy gotowi naciskać na realne rozwiązania i – jeśli będzie trzeba – walczyć o czas, który pozwoli rolnikom odetchnąć i przygotować się do przyszłości w warunkach choćby minimalnej stabilności ekonomicznej.
W jakim stopniu wzrost cen dotyka rolników faktycznie przez wojnę w Iranie, a na ile jest to efekt działań firm, które po prostu chcą na tym zarobić?
– Sama wojna w opinii publicznej wygląda jak główna przyczyna podwyżek, ale kiedy się przyjrzeć realiom, widać, że to w dużej mierze tylko pretekst. Rolnicy patrzą na sytuację i mówią: „Przecież nawozy były wyprodukowane przed wojną, zanim ceny gazu poszły w górę”. Podobnie z paliwem – to, które trafia do naszych zbiorników, pochodziło z dostaw sprzed wybuchu konfliktu. Tankowce nie płyną z dnia na dzień, żeby natychmiast przynieść gaz czy ropę. Tymczasem po raz kolejny rolę winowajców przyjęły spółki skarbu państwa, które pod pretekstem wojny ustawiają ceny tak, żeby zarobić na rolnikach. Do tego dochodzą dystrybutorzy, którzy w tym chaosie dokładają swoje marże. Efekt jest jeden: na garbie polskiego rolnika ktoś próbuje dorobić ogromne pieniądze, a państwo w tym wszystkim tylko potwierdza, że rolnik dla niego pozostaje źródłem łatwego zysku. To nie teoria – to codzienna, brutalna rzeczywistość polskiej wsi.
A do jakiego poziomu polskie gospodarstwa rolne są w stanie udźwignąć wzrost kosztów paliwa i nawozów, zanim sytuacja stanie się nie do opanowania?
– Panie redaktorze, odpowiedź jest brutalnie prosta – ten poziom już został osiągnięty. Rozmawiam z rolnikami i słyszę codziennie te same dramatyczne historie: „Nie mogliśmy kupić nawozu na jesień, bo nie mieliśmy pieniędzy, sprzedaż zboża nie przynosiła zysku, dopłaty nie wpływały, a teraz nie ma skąd kupić nawozu. Co mamy wysiać na polu?”. To nie są teoretyczne problemy – to realne, palące sytuacje, w których gospodarstwa po prostu nie są w stanie kontynuować produkcji. Już na jesieni widzieliśmy konsekwencje tej dysproporcji między cenami płodów rolnych a kosztami ich produkcji: pola pozostawały puste, część upraw po prostu została porzucona. Można więc powiedzieć wprost – polska wieś osiągnęła dno. Dalsze czekanie na „nowy poziom kryzysu” nie ma sensu, bo on już jest, a skutki będą dramatyczne, jeśli nie zostaną podjęte natychmiastowe działania.
Cały sektor rolniczy, cała polska wieś dzisiaj – jak Pan podkreśla – szoruje na totalnym dnie?
– Sytuacja jest dramatyczna i nie ma co udawać, że jest inaczej. Historia lubi się powtarzać – rządy PSL-u, a de facto ZSL-u, jak za czasów pokomunistycznych, znów pokazują, że prywatne rolnictwo w Polsce praktycznie nie istnieje w świadomości władzy. Dostaje się rykoszetem, bo państwo potrafi hojnie wspierać swoje kolosy – gospodarstwa Skarbu Państwa, spółki rolne, które już teraz są solidnie dotowane. Widzimy więc klarowną dysproporcję: jeśli w grę wchodzi prywatny rolnik, strata zostaje po jego stronie, a jeśli państwowa machina generuje deficyty, państwo wyrównuje. Prywatny sektor praktycznie nie istnieje, a polska wieś pozostaje na lodzie. I tu jest problem – państwo przechodzi obok tego jakby bokiem, nie dostrzega dramatycznych konsekwencji dla setek tysięcy gospodarstw, które dziś balansują na granicy opłacalności i przetrwania. To jest moment, w którym potrzebny jest realny plan i ochrona, bo bez tego cała polska wieś dryfuje w stronę katastrofy.
W tej sytuacji można jeszcze mówić o jakiejkolwiek realnej kontroli politycznej nad tym, co dzieje się dziś w rolnictwie?
– Szczerze mówiąc, coraz trudniej w to uwierzyć. Wystarczy przypomnieć głośny wyjazd wiceministra Michała Kołodziejczaka do Japonii. Miał to być dyplomatyczno-handlowy przełom, podróż, która – jak zapowiadano – otworzy przed polską żywnością drzwi do japońskiego rynku. Minister spędził tam kilka dni, składano deklaracje, padały wielkie słowa o eksporcie i nowych możliwościach. Dziś każdy może sam odpowiedzieć na pytanie, jaki był rzeczywisty efekt tej wyprawy. Bo jeśli spojrzymy na sytuację w kraju, to trudno dostrzec jakiekolwiek realne korzyści dla polskich producentów. Tymczasem rzeczywistość na wsi jest brutalna i nie ma sensu jej pudrować. Kolejne przedsiębiorstwa zajmujące się skupem płodów rolnych popadają w poważne kłopoty finansowe, a rolnicy zostają z problemem sami. Najnowszy przykład to firma Mondry, która znajduje się w restrukturyzacji. Ponad 100 rolników wciąż czeka na pieniądze za sprzedane zboże. Mówimy o kwocie rzędu 22,5 mln zł – ogromnej sumie, która dla wielu gospodarstw oznacza być albo nie być. Ci ludzie nie dostali zapłaty za swoją pracę, a część z nich próbuje dziś ratować sytuację w sposób wręcz absurdalny: jadą na skupy, by odzyskać własne zboże, które wcześniej sprzedali. Cieszą się, że w ogóle mogą je jeszcze zabrać i przywieźć z powrotem do gospodarstw, bo przynajmniej wtedy nie tracą wszystkiego.
To pokazuje skalę chaosu?
– Rolnicy znaleźli się w sytuacji paradoksalnej – państwo, które powinno stać po ich stronie, sprawia wrażenie, jakby nie dostrzegało problemu. Albo żyje w jakiejś medialnej bańce, w której wszystko wygląda dobrze, albo po prostu udaje, że kryzysu nie ma. A kiedy człowiek patrzy na to z boku, zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie realizujemy – świadomie lub nie – scenariusza pisanego gdzieś indziej. Bo jeżeli decyzje polityczne i brak reakcji instytucji państwa prowadzą do systematycznego osłabiania polskiego rolnictwa, to trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś właśnie doprowadza do jego powolnej likwidacji. I robi to rękami tych, którzy powinni być jego pierwszymi obrońcami. Dla mnie sprawa jest oczywista: niszczenie rolnictwa odbywa się na życzenie Komisji Europejskiej rękami rządu Donalda Tuska i przy aktywnym udziale Polskiego Stronnictwa Ludowego.
W których gospodarstwach jest największy problem?
– Paradoks polega na tym, że największe trudności wcale nie dotykają tych najmniejszych gospodarstw. Wiele z nich funkcjonuje w modelu półzawodowym – ktoś z domowników pracuje poza rolnictwem, jest dodatkowy dochód, który pozwala jakoś łatać budżet gospodarstwa. Dzięki temu część rolników była w stanie wcześniej kupić nawozy, zabezpieczyć podstawowe środki do produkcji czy po prostu przetrwać trudniejszy sezon. Oczywiście to nie jest komfortowa sytuacja, ale daje pewien margines bezpieczeństwa. Prawdziwy kryzys widać gdzie indziej – w gospodarstwach towarowych, czyli tych, które faktycznie produkują żywność na rynek i stanowią fundament polskiego rolnictwa. Mówimy o areałach rzędu 30, 40, 50 ha i więcej. Tam skala problemów jest dziś największa. To są gospodarstwa, które w ostatnich latach inwestowały, kupowały sprzęt, modernizowały produkcję, często brały kredyty na maszyny czy rozwój infrastruktury. I właśnie do tych ludzi zaczynają dziś pukać banki, domagając się spłaty zobowiązań. Rolnik, który zainwestował w nowy kombajn, ciągnik czy linię technologiczną, liczył na stabilny rynek i uczciwe ceny skupu. Tymczasem rzeczywistość brutalnie to zweryfikowała. Spadające ceny płodów rolnych, problemy ze sprzedażą, nieuczciwi pośrednicy i brak realnej reakcji państwa sprawiają, że wielu producentów znalazło się dziś pod ścianą. I właśnie dlatego uważam, że największy problem nie dotyczy marginesu rolnictwa, tylko jego kręgosłupa. Jeśli te gospodarstwa zaczną się chwiać, to wstrząs odczuje cały system produkcji żywności w Polsce.
Skoro coraz częściej mówi się o możliwym wzroście cen żywności, to pojawia się naturalne pytanie: czy rolnicy w ogóle zobaczą z tego choćby kawałek tortu?
– Doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że ten tort rzadko trafia do tych, którzy naprawdę produkują żywność. I dziś wszystko wskazuje na to, że może być dokładnie tak samo. Teoretycznie mamy sytuację, która powinna windować ceny surowców rolnych. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się na rynkach energii – ropa drożeje, napięcia geopolityczne rosną, a w takich warunkach notowania zbóż czy oleistych zazwyczaj reagują bardzo gwałtownie. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Na giełdach nie widać żadnego spektakularnego odbicia. Poniedziałkowa sesja na paryskim parkiecie Matif pokazała to aż nadto wyraźnie: pszenica i kukurydza praktycznie stoją w miejscu, rzepak odbił jedynie symbolicznie, o jakieś kilkadziesiąt czy sto kilkadziesiąt złotych. To są ruchy kosmetyczne, które w żaden sposób nie zmieniają sytuacji producentów.
Obecny konflikt na Bliskim Wschodzie, z którym wielu analityków wiązało scenariusz drożejącej żywności, na razie w ogóle nie przekłada się na ceny płodów rolnych?
– Jeśli w sklepach zaczniemy wkrótce widzieć wyższe ceny za jedzenie, to wcale nie oznacza, że skorzystają na tym rolnicy. Historia pokazuje coś zupełnie odwrotnego: kiedy ceny rosną na półkach, największe zyski zgarniają pośrednicy, firmy logistyczne i sieci handlowe. Oni bez problemu doliczą sobie droższe paliwo, wyższe koszty transportu czy energii. Rolnik natomiast zostaje z tą samą, często wciąż zbyt niską ceną skupu. Najbardziej zdumiewa jednak coś innego – kompletny brak reakcji ze strony państwa. W sytuacji gdy koszty produkcji wciąż są wysokie, a dochody gospodarstw spadają, rząd powinien uruchamiać instrumenty osłonowe. Tymczasem nie widać żadnych poważnych działań: ani nowej tarczy kryzysowej dla rolnictwa, ani realnych mechanizmów wyrównywania strat, ani nawet prób systemowego wsparcia poprzez dopłaty do paliwa czy nawozów. W przeszłości – w czasach Prawa i Sprawiedliwości – takie decyzje potrafiono podejmować szybko, reagując na kryzys w czasie rzeczywistym. Dziś natomiast rolnicy mają coraz silniejsze wrażenie, że zostali z problemem sami. I to jest chyba najbardziej gorzka konkluzja całej tej sytuacji.
Czy gdyby wreszcie wyhamować legislacyjną lawinę przepisów, część problemów polskiego rolnictwa po prostu by zniknęła?
– W dużej mierze tak. Problem polega jednak na tym, że od lat uderzamy głową w ten sam mur. Nawet jeśli z Brukseli przychodzą konkretne regulacje, które państwa członkowskie mają wdrożyć, to w Polsce bardzo często kończy się to klasycznym „nadregulowaniem”. Innymi słowy: do jednego unijnego przepisu dokładamy jeszcze całe stosy własnych rozporządzeń, wytycznych i interpretacji. Rolnik zamiast pracować w polu zaczyna funkcjonować w gąszczu papierów, formularzy i kolejnych obowiązków administracyjnych. Czasem te regulacje przybierają wręcz absurdalny charakter. Wystarczy przypomnieć przepisy, które w pewnym momencie wymagały, by nawet osoba posiadająca jedną sztukę bydła musiała zarejestrować ją w systemie jak pełnoprawne stado, zgłosić do agencji, prowadzić ewidencję i spełniać wszystkie formalne wymogi, jakby prowadziła duże gospodarstwo hodowlane. Takich przykładów jest więcej i każdy z nich pokazuje, jak bardzo system potrafi oderwać się od rzeczywistości.
Źródło problemu jest chyba głębsze i sięga wielu lat wstecz?
– Polska administracja rolna rozrosła się do ogromnych rozmiarów, a każdy kolejny minister wchodzący do resortu stawał przed tym samym dylematem: jak odchudzić biurokrację, nie wywołując politycznej burzy. Zwolnienia w instytucjach, reorganizacja urzędów czy likwidacja zbędnych stanowisk zawsze oznaczały konflikt – czy to z politycznymi zapleczami, czy to z ludźmi powiązanymi z różnymi środowiskami partyjnymi. W efekcie przez lata nikt nie miał odwagi zrobić prawdziwego porządku z tym systemem. Dziś widzimy konsekwencję tego zaniechania. Powstała ogromna administracyjna machina, która – mówiąc brutalnie – musi czymś się zajmować. A jeśli urzędnik ma pracę polegającą na tworzeniu regulacji, to naturalną konsekwencją jest produkowanie kolejnych przepisów, rozporządzeń i wytycznych. W rezultacie rolnik zamiast prostych zasad funkcjonowania rynku dostaje coraz bardziej skomplikowany labirynt regulacyjny. I to właśnie ten labirynt jest dziś jednym z największych hamulców dla polskiego rolnictwa.
Dziękuję za rozmowę.

