logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Chłodna kalkulacja

Czwartek, 30 kwietnia 2026 (20:00)

Aktualizacja: Czwartek, 30 kwietnia 2026 (20:02)

Z prof. Bogdanem Musiałem, historykiem,
ekspertem do spraw stosunków polsko-niemieckich, rozmawia Rafał Stefaniuk

Jak odczytywać słowa kanclerza Niemiec Friedricha Merza o ewentualnym powiązaniu kwestii terytorialnych Ukrainy z jej drogą
do Unii Europejskiej? Czy to sygnał szerszego politycznego zwrotu i kolejny rozdział w relacjach z Niemcami?

– Trzeba zacząć od tego, że takie wypowiedzi, gdy padają w przestrzeni publicznej w tym kształcie, to pokazują brutalną prawdę o polityce europejskiej: ona rzadko kiedy jest oparta na sentymencie czy deklaracjach moralnych,
a znacznie częściej na chłodnej kalkulacji interesów.
Jeżeli w ogóle pojawia się sugestia, że przyszłość integracyjna Ukrainy mogłaby być w jakikolwiek sposób powiązana z utratą kontroli nad częścią terytorium, to jest to sygnał bardzo twardy. Nie tyle dotyczący samej Ukrainy, ile tego, że w europejskiej grze politycznej zaczyna dominować logika „realpolitik”, w której kompromisy terytorialne przestają być tematem tabu, a stają się elementem negocjacyjnym. To oczywiście otwiera ogromnie niebezpieczne pole interpretacyjne, bo dotyka fundamentów prawa międzynarodowego i zasady nienaruszalności granic.

W tym sensie trudno mówić o jakiejś prostolinijnej, „romantycznej” wizji integracji europejskiej?

– Unia Europejska od dawna nie funkcjonuje w sferze moralnej, tylko w świecie geopolitycznych nacisków,
a wojna w Ukrainie tylko to brutalnie obnażyła. Druga kwestia to relacje Ukrainy z jej kluczowymi partnerami. Widać wyraźnie, że Kijów od początku wojny porusza się między różnymi ośrodkami wsparcia: USA, Niemcami, Francją czy instytucjami unijnymi. I każda z tych relacji
ma swoją cenę polityczną. Problem zaczyna się wtedy,
gdy oczekiwania jednej strony rozmijają się z realnymi możliwościami drugiej. W przypadku Niemiec i szerzej 
– Europy Zachodniej można odnieść wrażenie, że wsparcie dla Ukrainy jest jednocześnie silne i warunkowe.
To znaczy: tak, pomoc jest udzielana, ale w tle zawsze pojawia się pytanie o „koszt polityczny”, także w wymiarze przyszłej architektury bezpieczeństwa w Europie.
I tu dochodzimy do sedna.

Zaufanie w polityce międzynarodowej nie jest kategorią emocjonalną, tylko strategiczną. Jeśli ktoś zakłada,
że partnerzy będą działać wyłącznie w duchu solidarności, to bardzo szybko zderza się z rzeczywistością, w której każdy pilnuje własnych interesów. W tym sensie nie chodzi o „naiwność wobec Niemiec” jako taką, tylko o klasyczny błąd polityczny, który popełnia wiele państw w momentach kryzysowych: nadmierne oczekiwanie, że sojusznicy będą działać ponad własnym rachunkiem zysków i strat. Ukraina znajduje się dziś w sytuacji skrajnie trudnej i siłą rzeczy musi szukać wsparcia tam, gdzie ono realnie istnieje.
Ale jednocześnie każda taka relacja jest transakcyjna, nawet jeśli nie mówi się tego wprost. I to jest najważniejsza lekcja tej całej układanki: w polityce międzynarodowej nie ma stałych emocji, są tylko stałe interesy, które czasem się pokrywają, a czasem brutalnie rozchodzą.

Czy słowa Friedricha Merza o ewentualnym powiązaniu akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej z kwestią terytorialną oznaczają coś więcej niż tylko polityczną kalkulację? Czy to sygnał, że Niemcy znów myślą o powrocie do dawnych układów
z Rosją?

– Trzeba oddzielić dwie warstwy: oficjalną narrację dyplomatyczną i to, co w polityce naprawdę „pracuje
pod spodem”. W wypowiedziach tego typu nie chodzi wyłącznie o Ukrainę, tylko o znacznie szerszą układankę geopolityczną, w której Europa – a zwłaszcza Niemcy
– próbuje odnaleźć się po wstrząsie wywołanym wojną. Jeżeli ktoś dziś mówi o „realistycznym rozwiązaniu konfliktu” w kontekście ustępstw terytorialnych, to de facto przesuwa granicę tego, co jeszcze niedawno było
w europejskim dyskursie absolutnie nie do zaakceptowania. I to jest moment, w którym zaczyna się twarda polityka, a kończą się deklaracje. Niemcy przez dekady budowały swoją pozycję gospodarczą w oparciu
o stabilne, tanie dostawy surowców ze Wschodu,
przede wszystkim z Rosji. To był fundament ich modelu przemysłowego. I tego nie da się wymazać jedną decyzją polityczną ani jedną wojną. Po 2022 r. ten model został brutalnie przerwany, ale nie zniknął z pamięci strategicznej. Stąd wrażenie, że gdzieś w tle cały czas istnieje myślenie o „powrocie do równowagi”, czyli do sytuacji, w której relacje gospodarcze z Rosją znów stają się przewidywalne i opłacalne. Oczywiście dziś nikt tego oficjalnie nie powie wprost, bo politycznie byłoby to niemożliwe. Ale logika interesów nie znika tylko dlatego,
że zmienia się klimat polityczny.

I teraz kluczowe pytanie: czy wypowiedzi tego typu oznaczają chęć powrotu
do dawnych relacji?

– Nie wprost. Ale pokazują coś innego, bardziej subtelnego i jednocześnie ważniejszego – że w europejskich stolicach zaczyna się myślenie o „nowym porządku”, w którym Rosja nie jest już wyłącznie przeciwnikiem, ale potencjalnym elementem przyszłej równowagi. To oczywiście bardzo ryzykowna gra, bo każda taka sugestia jest natychmiast odczytywana w Moskwie jako sygnał, że Zachód może
być skłonny do rozmowy na warunkach, które jeszcze niedawno były nie do przyjęcia. W polityce międzynarodowej nie ma niewinnych słów – każde zdanie potrafi zmienić dynamikę relacji. Dlatego problem nie polega na tym, że ktoś „chce powrotu do interesów
z Rosją”, tylko na tym, że sama możliwość takiego myślenia wraca do debaty publicznej. A to już zmienia atmosferę strategiczną w Europie. I tu nie ma prostych ocen. To nie jest świat czarno-biały. To raczej przestrzeń,
w której interesy gospodarcze, bezpieczeństwo i polityka energetyczna cały czas się ścierają. Niemcy, jako największa gospodarka Europy, naturalnie szukają stabilności dla własnego przemysłu. Ukraina z kolei
walczy o przetrwanie i integralność terytorialną.
Te dwa cele nie zawsze idą w tym samym kierunku.

Niemcy mogą być wiarygodnym partnerem dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej?

– Nie. W żadnym wypadku. W DNA Niemiec wpisana
jest współpraca z Rosją kosztem państw naszego regionu. Trudno mi dziś mówić o Niemczech jako o partnerze
w klasycznym, równorzędnym sensie tego słowa,
w relacjach z Polską, Ukrainą, państwami bałtyckimi
czy szerzej – regionem Europy Środkowo-Wschodniej. Partnerstwo zakłada pewną symetrię interesów, wzajemny szacunek i przewidywalność. A tego, w moim przekonaniu, w tych relacjach po prostu nie ma. Historia pokazuje bardzo wyraźny schemat. Niemcy przez dekady budowały swoją pozycję gospodarczą i polityczną w oparciu o układ
z Rosją, w którym dostęp do surowców energetycznych
był jednym z kluczowych elementów. Tanie surowce ze Wschodu, w zamian za określoną elastyczność polityczną wobec Moskwy – to był fundament, który wielokrotnie powracał w różnych konfiguracjach historycznych – od czasów sowieckich po współczesność. Oczywiście zdarzały się okresy odstępstw od tej logiki, momenty większego dystansu czy napięć, ale one nigdy nie zmieniały ogólnego kierunku myślenia strategicznego. I to jest sedno problemu: ta struktura relacji nie była epizodem,
tylko pewnym trwałym wzorcem. W tym sensie nie chodzi o emocje czy polityczne sympatie, tylko o powtarzalność pewnych decyzji i kalkulacji. Niemiecka polityka
– niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę
– bardzo często wraca do logiki stabilizacji relacji z Rosją jako elementu równowagi europejskiej. I to jest fakt,
który w Europie Środkowo-Wschodniej jest po prostu dobrze rozumiany, nawet jeśli nie zawsze głośno wypowiadany.

Dziś oczywiście sytuacja jest bardziej skomplikowana niż jeszcze kilka lat temu?

– Wojna w Ukrainie zmieniła wiele rzeczy, ale nie zmieniła całkowicie sposobu myślenia o długim horyzoncie strategicznym. W niemieckiej debacie politycznej wciąż widać różne nurty – od twardego dystansu wobec Moskwy po bardziej pragmatyczne podejście, które zakłada,
że kiedyś trzeba będzie do jakiejś formy relacji wrócić.
I teraz ważna rzecz: to nie jest wyłącznie problem
Niemiec jako państwa. To jest problem całej architektury europejskiej, w której interesy gospodarcze, bezpieczeństwo energetyczne i polityka zagraniczna często idą w różnych kierunkach. Dlatego z perspektywy regionu Europy Środkowo-Wschodniej kluczowe jest nie tyle pytanie – czy Niemcy są partnerem, tylko – na jakich warunkach i w jakim momencie stają się partnerem?
Bo doświadczenie uczy, że te warunki potrafią się zmieniać szybciej, niż zmienia się retoryka polityczna. I jeszcze jedno – warto unikać uproszczeń. Niemiecka scena polityczna nie jest monolitem. Są tam różne siły, różne wrażliwości i różne interesy. Ale jeśli spojrzeć na całość historycznie i strukturalnie, to rzeczywiście widać pewną ciągłość myślenia o relacjach ze Wschodem, która dla wielu państw regionu pozostaje źródłem głębokiej ostrożności.
I ta ostrożność nie bierze się z ideologii, tylko
z doświadczenia.

Oburzenie w Europie spowodowane kupnem rosyjskich surowców przez Węgry to realna polityka czy raczej polityczny teatr?

– Trudno dziś mówić o jednolitym podejściu Europy
do rosyjskich surowców, bo gdy zejść z poziomu deklaracji na poziomu faktów, obraz robi się znacznie mniej wygodny. Węgry są najczęściej wskazywane palcem, ale jeśli spojrzeć na przepływy surowców i infrastrukturę energetyczną, sprawa przestaje być tak jednoznaczna,
jak w oficjalnych komunikatach. Weźmy przykład Niemiec
i rafinerii PCK w Schwedt nad Odrą. To jeden z kluczowych punktów przetwarzania ropy dla Berlina i całego regionu wschodnich Niemiec. I przez długi czas ta rafineria była
w dużej mierze uzależniona od surowca pochodzącego
z kierunku rosyjskiego, choć formalnie – po zmianach geopolitycznych – rozliczenia zaczęto prowadzić w sposób pośredni, często przez surowiec deklarowany jako kazachski.

Problem w tym, że rynek ropy nie działa
w próżni dyplomatycznej.

 – Tak, skład chemiczny surowca nie zmienia się od tego, co wpisze się w dokumentach handlowych. W branży energetycznej dobrze wiadomo, że część tego „kazachskiego” wolumenu w praktyce ma swoje źródło
w rosyjskich regionach wydobywczych, takich jak Tatarstan czy Baszkiria. To nie jest tajemnica technologiczna,
raczej dobrze znany mechanizm obchodzenia politycznych ograniczeń poprzez łańcuch pośredników. I teraz dochodzimy do sedna. Gdy Moskwa w pewnym momencie sygnalizuje ograniczenia lub zmiany w dostawach,
w Niemczech natychmiast pojawia się nerwowość,
bo infrastruktura w takich miejscach jak Schwedt jest nadal wrażliwa na zakłócenia. Wystarczy komunikat, przeciek lub decyzja polityczna i zaczyna się napięcie
w mediach oraz administracji. W tym sensie europejska dyskusja o „oburzeniu” na Węgry bywa selektywna.
Jedne zależności są głośno krytykowane, inne funkcjonują w bardziej technicznej, mniej widocznej warstwie systemu energetycznego. I to tworzy pewną nierównowagę
w debacie publicznej.

Nie chodzi o to, żeby stawiać znaki równości między wszystkimi przypadkami, bo kontekst polityczny i prawny jest różny. Chodzi raczej o to, że europejski system energetyczny wciąż nosi w sobie ślady dawnych powiązań, których nie da się odciąć z dnia na dzień bez kosztów gospodarczych i społecznych. Dlatego część emocji w tej dyskusji rzeczywiście ma charakter polityczny, ale za nią stoją bardzo konkretne, materialne zależności infrastrukturalne. I dopóki one istnieją, dopóty europejska polityka energetyczna będzie balansować między deklarowaną spójnością a praktyczną koniecznością utrzymania stabilnych dostaw. Jeżeli pyta pan o zakupy rosyjskiej ropy przez Węgry, to ja odpowiadam: Niemcy kupują jej dużo więcej, ale księgują ją jako kazachską.

Jak interpretować działania Rosji i napięcia wokół dostaw surowców do Niemiec?

– To jest temat, w którym łatwo o nadinterpretacje,
bo większość informacji, które trafiają do opinii publicznej, ma charakter fragmentaryczny. My widzimy pojedyncze komunikaty, przecieki, komentarze polityków, ale rzadko kiedy mamy pełny obraz tego, co dzieje się na zapleczu dyplomacji i energetyki. Jeśli chodzi o Rosję i ewentualne „przykręcanie kurka” Niemcom, to trzeba bardzo ostrożnie podchodzić do jednoznacznych wniosków. Część tych doniesień to sygnały medialne, część to gra polityczna,
a część może być realnym narzędziem nacisku, ale trudno dziś rozstrzygnąć, gdzie dokładnie przebiega granica między nimi.

Można natomiast próbować czytać
to w szerszym kontekście.

– Jeżeli rzeczywiście dochodzi do zmian w przepływach surowców albo ich ograniczania, to zawsze ma to jakiś
cel strategiczny. W grze energetycznej nic nie dzieje się przypadkiem w sensie czysto technicznym. To narzędzie wpływu, które bywa używane w różnych kierunkach
– czasem wobec Europy Zachodniej, czasem wobec poszczególnych państw, a czasem w sposób pośredni, przez presję ekonomiczną. Jeżeli spojrzeć na to
z perspektywy politycznej, każda taka zmiana może być interpretowana jako element szerszego układu nacisków. W jednym scenariuszu może to być próba osłabienia pozycji negocjacyjnej Niemiec, w innym – sygnał wysyłany do Ukrainy, że pewne kwestie terytorialne pozostają punktem spornym i będą wracać w rozmowach międzynarodowych. Ale to nadal są interpretacje,
nie twarde fakty. Warto też pamiętać, że polityka niemiecka wobec Rosji i Ukrainy od lat jest balansowaniem między różnymi interesami – energetycznymi, gospodarczymi i geopolitycznymi. I w tym sensie każde gwałtowne zdarzenie w przepływie surowców natychmiast rezonuje politycznie, niezależnie od tego, czy było planowane, czy wynikało z bieżących decyzji operacyjnych.

Można na podstawie tego budować spójną chronologię wydarzeń, w której wszystko układa się w zamierzony scenariusz?

– Teoretycznie można, ale wtedy łatwo wejść w obszar uproszczeń. W praktyce mamy raczej do czynienia
z nakładającymi się interesami i reakcjami, które nie zawsze są ze sobą idealnie zsynchronizowane. I jeszcze jedna rzecz – oczekiwanie, że Niemcy będą prowadzić wobec Ukrainy jednolitą, „twardą” linię w każdym wymiarze, jest po prostu oderwane od realiów europejskiej polityki. To państwo o ogromnych powiązaniach gospodarczych i historycznych zależnościach, które
wciąż wpływają na sposób podejmowania decyzji. Dlatego zamiast szukać prostych scenariuszy, lepiej patrzeć na
to jak na dynamiczną grę interesów, w której sygnały
z Moskwy, Berlina i Kijowa nakładają się na siebie,
tworząc układ dużo bardziej niejednoznaczny,
niż mogłoby się wydawać.

Ukraina może oddać terytoria Rosji
i jednocześnie wejść do Unii Europejskiej?

– Taki scenariusz w teorii jest możliwy, bo polityka międzynarodowa rzadko działa w kategoriach moralnych, częściej w kategoriach chłodnej kalkulacji interesów. Natomiast od razu trzeba powiedzieć jedno: to byłaby konstrukcja niezwykle trudna do zaakceptowania zarówno politycznie, jak i prawnie w samej Unii Europejskiej. Jeśli spojrzeć na to z perspektywy europejskich stolic, kluczowe pytanie brzmi nie tyle, czy Ukraina spełnia kryteria członkostwa, ile – w jakich granicach i w jakim stanie politycznym miałaby do tej Unii wejść? Każde rozwiązanie, które zakładałoby trwałe ustępstwa terytorialne wobec Rosji, automatycznie wprowadzałoby ogromne napięcie
w ramach Wspólnoty. W tym kontekście często pojawia
się wątek niemieckiej polityki i jej potencjalnych interesów gospodarczych. Faktem jest, że Ukraina nie jest dla Niemiec bezpośrednim konkurentem w kluczowych sektorach przemysłowych, takich jak motoryzacja, chemia czy produkcja maszyn. To są obszary, które od dekad stanowią fundament niemieckiej gospodarki. Ukraina natomiast ma znaczenie przede wszystkim w rolnictwie
i surowcach, czyli w zupełnie innej części łańcucha wartości.

To jest gra na interesy Niemiec?

– Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że integracja Ukrainy z rynkiem europejskim nie musi być dla Niemiec problemem konkurencyjnym, o ile zachowane zostaną odpowiednie warunki równowagi gospodarczej. Ale to
tylko jedna strona układanki. Druga, znacznie bardziej skomplikowana to relacje z Rosją. I tu pojawia się historyczny ciężar całego układu europejskiego.
W relacjach niemiecko-rosyjskich od lat widoczna jest pewna logika: z jednej strony gospodarcza współzależność, z drugiej polityczne napięcia wynikające z ambicji i stref wpływów. Te dwie płaszczyzny nigdy nie były idealnie zsynchronizowane, ale często współistniały obok siebie.
Po 1945 r. Niemcy faktycznie zrezygnowały z jakiejkolwiek logiki ekspansji terytorialnej, przesuwając ciężar swojej polityki na gospodarkę i wpływy ekonomiczne. Rosja natomiast wciąż funkcjonuje w modelu, w którym terytorium i kontrola polityczna pozostają kluczowymi narzędziami budowania pozycji międzynarodowej.
I właśnie dlatego pojawia się pozorna sprzeczność,
która w praktyce bywa bardziej układem równoległych interesów niż realnym konfliktem celów.

Niemcy są zainteresowane stabilnym rynkiem
i przewidywalnością wschodniej Europy, Rosja natomiast dąży do utrzymania swojej strefy wpływów. W pewnych okresach te cele mogą się częściowo pokrywać, w innych wchodzić ze sobą w napięcie. Problem polega na tym, że Ukraina znajduje się dokładnie na styku tych dwóch logik. Z jednej strony aspiruje do integracji z Zachodem,
z drugiej pozostaje przedmiotem strategicznej rywalizacji. I dlatego każdy scenariusz dotyczący jej przyszłości – czy to terytorialny, czy integracyjny – jest w gruncie rzeczy elementem większej gry, w której nie ma prostych rozwiązań ani czystych podziałów na „tak” i „nie”. Ostatecznie więc nie chodzi tylko o to, co jest możliwe formalnie, ale o to, co jest politycznie do utrzymania
w dłuższym czasie bez wywołania kolejnych kryzysów
w Europie. A to już zupełnie inna kategoria ryzyka
niż same zapisy traktatowe.

Dla Polski każda rosyjska zdobycz terytorialna na Ukrainie byłaby
fatalnym scenariuszem?

– Każde rozszerzenie wpływów Rosji na zachód,
a szczególnie na Ukrainę, oznacza pogorszenie sytuacji bezpieczeństwa w regionie. I to nie w teorii, tylko w bardzo konkretnym, strategicznym sensie. Geopolityka w tej części Europy działa w prostym układzie naczyń połączonych: im bliżej rosyjskiej strefy wpływów przesuwa się granica, tym większa presja polityczna, militarna
i gospodarcza pojawia się na państwa sąsiednie.
Polska znajduje się w pierwszym kręgu oddziaływania
tego układu, co sprawia, że każdy ruch Rosji na zachód automatycznie zmienia równowagę sił.

Warto też pamiętać o kontekście historycznym
i geograficznym. Obecność Białorusi jako państwa
silnie powiązanego z Moskwą oraz rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego sprawia, że Polska już dziś funkcjonuje
w bezpośrednim sąsiedztwie rosyjskich struktur militarnych i politycznych. To nie jest abstrakcyjna mapa, tylko realna oś napięć, która wpływa na decyzje strategiczne
w Warszawie i w całym regionie. Dlatego z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa polskiego im dalej od naszych granic znajduje się rosyjska projekcja siły,
tym stabilniejsza jest sytuacja. To nie wynika z emocji
czy uprzedzeń, tylko z twardej analizy układu sił, który
od dekad pozostaje w zasadzie niezmienny. Oczywiście można zakładać, że w dłuższej perspektywie charakter rosyjskiej polityki może się zmienić, tak jak zmieniały
się systemy polityczne w Europie w przeszłości. Natomiast w obecnych realiach trudno znaleźć przesłanki, które wskazywałyby na rychłą zmianę tej logiki działania. Dlatego każde przesunięcie rosyjskiej kontroli terytorialnej bliżej zachodniej granicy Ukrainy jest dla Polski sygnałem ostrzegawczym. I to sygnałem bardzo czytelnym: zwiększa się poziom ryzyka, a przestrzeń bezpieczeństwa ulega zawężeniu.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl