Panie doktorze, Pentagon ogłosił, że w ciągu najbliższych 6–12 miesięcy wycofa 5 tysięcy żołnierzy z Niemiec. To zaskakujący ruch?
- Zaskakujący o tyle, że jeszcze niedawno wielu traktowało takie zapowiedzi jak element gry negocjacyjnej, a nie realny plan. Tymczasem dziś coraz wyraźniej widać, że to nie jest już retoryka na użytek wewnętrzny czy dyplomatyczny straszak, tylko decyzja, która zaczyna nabierać konkretnych kształtów. Warto przypomnieć, że wcześniej w przestrzeni publicznej pojawiały się scenariusze znacznie dalej idące, mówiące nawet o redukcji rzędu kilkunastu tysięcy żołnierzy. Na tym tle pięć tysięcy może wyglądać skromniej, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z ruchem o poważnych konsekwencjach. Bo nie chodzi wyłącznie o liczby, lecz o sygnał. Obecność wojsk amerykańskich w Niemczech od dekad pełni funkcję nie tylko operacyjną, ale przede wszystkim polityczną. To fundament wiarygodności gwarancji bezpieczeństwa w ramach NATO. Każde ograniczenie tej obecności, nawet jeśli z militarnego punktu widzenia nie wywraca układu sił do góry nogami, jest czytane w Moskwie bardzo uważnie i – co tu dużo mówić – bez sentymentów.
Czy to osłabienie Sojuszu?
- W sensie symbolicznym na pewno tak, bo zmienia się percepcja zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Europie. W sensie czysto wojskowym - to bardziej korekta niż rewolucja, ale w polityce bezpieczeństwa często właśnie symbole ważą najwięcej. Kreml nie potrzebuje wielkich przesunięć, wystarczy mu sygnał, że Zachód zaczyna się wahać albo redefiniować swoje priorytety.
Pozostaje pytanie o motywację Waszyngtonu. Czy to element szerszej strategii przesuwania ciężaru na inne teatry działań, choćby w kierunku Indo-Pacyfiku?
- Bardzo możliwe. Czy to forma nacisku na europejskich sojuszników, by wreszcie zaczęli poważnie traktować własne wydatki na obronność? Równie prawdopodobne. A może po części także polityczny komunikat pod adresem Berlina, który - mówiąc delikatnie - nie zawsze potrafi utrzymać spójną linię w relacjach transatlantyckich. W tym kontekście trudno nie zauważyć, że wypowiedzi części niemieckich polityków, w tym kanclerza Friedricha Merza, bywają odbierane w Waszyngtonie jako co najmniej niefortunne. Publiczne sugestie o „upokorzeniu” Stanów Zjednoczonych w kontekście napięć z Iranem to nie jest język, który buduje zaufanie między sojusznikami.
Raczej odwrotnie - podkopuje je i dostarcza argumentów tym, którzy w USA i tak uważają, że Europa korzysta z parasola bezpieczeństwa, nie ponosząc adekwatnych kosztów. Dlatego ten ruch trudno sprowadzić do jednego powodu. To raczej wypadkowa kilku procesów: zmiany globalnych priorytetów USA, rosnącej irytacji wobec części europejskich partnerów i chłodnej kalkulacji, gdzie amerykańska obecność wojskowa jest dziś najbardziej potrzebna. Problem w tym, że dla Europy - a zwłaszcza dla jej wschodniej flanki - każdy taki sygnał oznacza jedno: trzeba szybciej dorastać do własnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo. I to już nie jest kwestia deklaracji, tylko twardych decyzji.
To co robią Niemcy – te komentarze Fridricha Merza - to podgrzewanie atmosfery?
- To podgrzewa - i to momentami w sposób aż nadto czytelny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że część tych gestów i wypowiedzi nie jest przypadkowa, tylko wpisuje się w szerszą grę polityczną: pokazać dystans wobec Waszyngtonu, a przy okazji zarysować wyraźną linię podziału wobec samego Donald Trump. Problem w tym, że taka demonstracyjna asertywność łatwo przeradza się w coś, co po drugiej stronie Atlantyku bywa odbierane jako zwykła prowokacja. W tej układance Niemcy od dłuższego czasu grają dość ryzykownie. Z jednej strony składają deklaracje o zwiększaniu wydatków na obronność, próbując nadrobić lata zaniedbań, z drugiej - w sferze komunikacyjnej wysyłają sygnały, które tę wiarygodność podkopują.
Wystarczy przypomnieć te niefortunne komentarze kanclerza Friedricha Merza czy ton części niemieckiej debaty publicznej, który coraz częściej ociera się o antyamerykańską ironię. To nie jest język partnerstwa, tylko raczej zaczepki, które w polityce bezpieczeństwa kosztują więcej, niż się wydaje. Do tego dochodzą ruchy innych stolic. Wywiad Donalda Tuska dla „Financial Times” – choć nie dotyczył bezpośrednio Iranu – również wpisał się w tę atmosferę chłodu i dystansu wobec Stanów Zjednoczonych. W efekcie tworzy się klimat, w którym zamiast spokojnej, rzeczowej współpracy mamy serię drobnych uszczypliwości, półuśmiechów i politycznych aluzji.
A to jest najgorszy możliwy moment na takie gry?
- Kulminacją tej nerwowości były reakcje wokół napięć na Bliskim Wschodzie, w tym sytuacji w rejonie cieśniny Ormuz. Zamiast powściągliwości – która w dyplomacji bywa największą cnotą – pojawiły się komentarze balansujące na granicy złośliwości. To krótkowzroczne. Bo jeśli ktoś naprawdę chce utrzymać spójność Zachodu, to wie, że w takich momentach lepiej milczeć, niż dolewać oliwy do ognia. Trzeba też pamiętać o jednym: Donald Trump nie jest politykiem, który przechodzi obojętnie obok takich sygnałów. Reaguje szybko i często ostro, czego przykładem są jego wypowiedzi pod adresem Hiszpanii czy nawet Włoch. Nawet jeśli relacje z premier Giorgią Meloni pozostają poprawne, to i tak pojawiają się ostrzeżenia, sugestie sankcji, sygnały, że cierpliwość ma swoje granice.
I tu dochodzimy do sedna: Europa zaczyna testować granice amerykańskiej tolerancji, jednocześnie nadal opierając na niej własne bezpieczeństwo?
- To niebezpieczna gra. Bo jeśli za słowami nie pójdą czyny - realne zwiększenie zdolności obronnych i odpowiedzialności za własny region - to prędzej czy później ktoś po drugiej stronie oceanu uzna, że rachunek przestaje się zgadzać. A wtedy konsekwencje przestaną być tylko retoryczne.
A to, panie doktorze, czy Madryt może coś zyskać na tym konflikcie ze Stanami Zjednoczonymi?
- Szczerze mówiąc - niewiele, a jeśli już, to raczej krótkoterminowe iluzje niż realne korzyści. W polityce bezpieczeństwa takie napięcia rzadko przynoszą dywidendy tym, którzy próbują grać na ostro z silniejszym partnerem. Hiszpania może oczywiście próbować budować własną pozycję w europejskiej układance, pokazywać większą autonomię wobec Waszyngtonu, ale w praktyce ryzykuje więcej, niż może ugrać. Bo tu nie chodzi o retorykę, tylko o twarde gwarancje bezpieczeństwa, a te - czy się to komuś podoba, czy nie - wciąż w ogromnym stopniu opierają się na obecności Stanów Zjednoczonych.
Natomiast z polskiej perspektywy to jest moment, który można było, a wciąż jeszcze można, rozegrać znacznie odważniej. Jeśli rzeczywiście pojawia się przestrzeń po wycofywanych jednostkach z Niemiec, to nie wystarczy powiedzieć „chcemy je u siebie”. To za mało. Trzeba wyjść z konkretem: gotową ofertą infrastrukturalną, planem finansowania, wskazaniem lokalizacji, które spełniają amerykańskie standardy. Innymi słowy – pokazać, że nie tylko jesteśmy zainteresowani, ale też przygotowani. Bo dziś problem jest dość prozaiczny: Polska politycznie jest dla Waszyngtonu atrakcyjna, ale infrastrukturalnie wciąż nie w pełni gotowa na przyjęcie większych sił. I to jest ta luka, którą należało zamknąć już wczoraj.
Inwestycje w bazy, logistykę, zaplecze dla żołnierzy – to nie są rzeczy, które robi się z dnia na dzień. To wymaga decyzji, pieniędzy i konsekwencji, a nie deklaracji na konferencjach prasowych. Warto też spojrzeć na skalę. Mówimy o pięciu tysiącach żołnierzy, czyli liczbie znaczącej, ale wciąż niewielkiej w porównaniu z całym amerykańskim kontyngentem w Europie, który oscyluje wokół kilkudziesięciu tysięcy. To oznacza, że Waszyngton będzie bardzo uważnie ważył, gdzie te siły ulokować. I wybierze nie tych, którzy najgłośniej proszą, tylko tych, którzy są najbardziej wiarygodni operacyjnie. Dlatego zamiast zastanawiać się, co zyska Madryt w sporze ze Stanami Zjednoczonymi, lepiej zadać sobie pytanie, co może zrobić Polska, żeby tę sytuację przekuć w realne wzmocnienie własnego bezpieczeństwa. Bo okazje w geopolityce nie zdarzają się często, a jeszcze rzadziej czekają na spóźnionych. Tu wciąż jest czas, ale to już nie jest moment na dyskusje – to jest moment na decyzje.
No tak, ale premier odniósł się do wycofania tych pięciu tysięcy żołnierzy i stwierdził, że nie pozwoli na łamanie solidarności Unii Europejskiej. Jak to rozumieć?
- Jeśli mam być brutalnie szczery, to brzmi efektownie, ale niewiele znaczy w realnym świecie bezpieczeństwa. Hasło „solidarności europejskiej” dobrze wygląda w nagłówkach i przemówieniach, tylko że mówimy o dwóch zupełnie różnych porządkach. Jedno to polityczna wspólnota w ramach Unii Europejskiej, drugie to twarde gwarancje wojskowe wynikające z NATO. I nie ma sensu tego mieszać, bo to prowadzi do fałszywych wniosków.
Europa - w sensie czysto militarnym - nadal nie jest w stanie zastąpić Stanów Zjednoczonych. Można oczywiście mówić o autonomii strategicznej, można budować narrację o uniezależnianiu się od Waszyngtonu, ale kiedy schodzimy na poziom konkretów, czyli zdolności odstraszania, logistyki, projekcji siły, to różnice są po prostu miażdżące. Stany Zjednoczone mają instrumenty, które realnie powstrzymują przeciwnika. Europa - przynajmniej dziś - takich narzędzi w wystarczającej skali nie posiada. Dlatego sprowadzanie decyzji o relokacji kilku tysięcy żołnierzy do rzekomego „łamania solidarności” jest wygodną zasłoną dymną. To raczej próba przykrycia faktu, że w tej układance to nie Bruksela rozdaje karty, tylko Waszyngton. A Waszyngton kieruje się własnym rachunkiem strategicznym, nie europejskimi deklaracjami.
Co więcej, warto pamiętać o historycznym kontekście obecności amerykańskich wojsk w Niemczech. To nie jest przypadkowe rozmieszczenie jednostek, tylko efekt powojennego porządku, który ukształtował Europę po 1945 roku.
- Te siły pełnią dziś inną funkcję niż kilkadziesiąt lat temu, ale ich obecność wciąż jest elementem stabilizującym cały kontynent. Każde przesunięcie – nawet relatywnie niewielkie – jest więc czytane jako sygnał zmiany priorytetów. Polityka bezpieczeństwa nie znosi sloganów. Można mówić o jedności, solidarności, wspólnych wartościach – i dobrze, że się o tym mówi – ale w momencie próby liczy się coś zupełnie innego: kto ma zdolności, kto jest gotów ich użyć i kto bierze odpowiedzialność. Dziś odpowiedź na wszystkie trzy pytania wciąż prowadzi do jednego adresu. I żadna retoryka tego nie zmieni.
Czy teraz Amerykanie będą zmniejszać swoje wpływy w regionie? Czy to oznacza de facto rezygnację z obecności, która trwa od 1945 roku?
- Nie, i zacznijmy od uporządkowania jednego podstawowego nieporozumienia. Obecność Stanów Zjednoczonych w Niemczech nie ma nic wspólnego z żadną „okupacją” w klasycznym sensie tego słowa. To jest sojusznicza obecność wojskowa, osadzona w ramach NATO, a nie narzucona siłą kontrola terytorium. Gdybyśmy faktycznie mówili o strukturze okupacyjnej, to trudno sobie wyobrazić, żeby państwo takie jak Niemcy współfinansowało infrastrukturę, utrzymywało zaplecze logistyczne i aktywnie uczestniczyło w organizacji całego systemu obecności wojskowej. A właśnie tak to wygląda w praktyce. To jest model współpracy, w którym obie strony mają swoje interesy i obie je realizują.
Stany Zjednoczone utrzymują swoje siły w Europie nie dlatego, że ktoś im to narzucił, tylko dlatego, że jest to element ich globalnej strategii odstraszania i stabilizacji. Europa z kolei korzysta z tego parasola bezpieczeństwa, bo – mówiąc wprost – sama nie wypracowała jeszcze w pełni porównywalnych zdolności obronnych. Oczywiście można dyskutować o skali tej obecności, o jej przyszłości, o ewentualnych przesunięciach jednostek. I takie decyzje rzeczywiście zapadają, bo każda administracja w Waszyngtonie dostosowuje rozmieszczenie sił do aktualnych priorytetów. Ale to nie jest żaden nagły zwrot ani „wycofywanie się z Europy”. To raczej korekta w ramach długoterminowej strategii. Warto też pamiętać o jeszcze jednej rzeczy: ta obecność ma wymiar nie tylko militarny, ale też polityczny i gospodarczy. To system naczyń połączonych, w którym bezpieczeństwo, logistyka i infrastruktura są wspólnym przedsięwzięciem sojuszników. I dlatego uproszczenia w rodzaju „okupacji” po prostu nie oddają rzeczywistości. Jeśli więc szukać sensownego opisu tej sytuacji, to nie jest to historia o wycofywaniu się Ameryki, tylko raczej o ciągłym dostosowywaniu jej obecności do zmieniającego się świata. A Europa - czy to się komuś podoba, czy nie - wciąż pozostaje jednym z kluczowych punktów tej układanki.
Wydaje się panu, że to dopiero początek i że na tych pięciu tysiącach się nie skończy?
- Tu trzeba rozdzielić dwie rzeczy: polityczne zapowiedzi i realne możliwości ich wykonania. Wokół Donalda Trumpa, który faktycznie sygnalizuje korekty w rozmieszczeniu sił, zawsze jest sporo politycznego hałasu, ale nie wszystko, co brzmi ostro w komunikatach, da się po prostu wdrożyć jednym podpisem. Rzeczywiście pojawiają się sygnały, że w grze jest przegląd obecności wojskowej w Europie, także w krajach takich jak Hiszpania czy Włochy. Ale to nie jest proces dowolny, bo amerykański system bezpieczeństwa jest obudowany bardzo konkretnymi ograniczeniami legislacyjnymi. Kluczowy jest tu Kongres Stanów Zjednoczonych i jego decyzje dotyczące minimalnego poziomu obecności wojskowej w Europie. W praktyce oznacza to, że Pentagon nie może swobodnie zejść poniżej określonych progów liczbowych bez zgody ustawodawców. To nie jest administracyjna korekta, tylko decyzja o randze systemowej, która wymaga szerokiego konsensusu politycznego.
I właśnie dlatego mówienie o szybkim, głębokim cięciu sił trzeba traktować ostrożnie?
- Owszem, można przesuwać jednostki, zmieniać ich rozmieszczenie, dostosowywać strukturę do bieżących zagrożeń. Ale całkowita redefinicja obecności w Europie to zupełnie inna skala operacji. Warto też pamiętać, że amerykańska obecność w Europie nie jest przypadkowym zbiorem baz, tylko elementem szerszej architektury NATO. Każda większa zmiana musi być więc skoordynowana nie tylko wewnątrz USA, ale również z partnerami sojuszniczymi. A to naturalnie spowalnia cały proces i ogranicza możliwość gwałtownych ruchów. Czy to się może rozszerzyć poza wspomniane pięć tysięcy? Teoretycznie tak, bo każda administracja ma prawo do rewizji strategii.
Ale w praktyce to raczej będzie seria korekt niż jeden duży, spektakularny krok. Amerykanie rzadko wywracają system bezpieczeństwa w Europie do góry nogami. Oni go raczej stroją na nowo, zgodnie z tym, jak zmienia się globalna sytuacja. I to jest najważniejsze w tej całej dyskusji: nie mamy do czynienia z nagłym odwróceniem sojuszy, tylko z ich okresowym przestawianiem. A to, jak daleko te zmiany zajdą, zależy już nie od deklaracji, tylko od bardzo twardych ograniczeń politycznych i strategicznych.
Panie doktorze, jeśli rzeczywiście dojdzie do redukcji sił, to gdzie te wojska mogą zostać przerzucone? Dokąd one w ogóle trafią?
- To jest dobre pytanie, bo ono dotyka sedna całej układanki. Amerykanie nie funkcjonują w próżni. Każde przesunięcie ich wojsk to nie jest „zabranie z punktu A i wrzucenie w punkt B”, tylko element większej strategii globalnej obecności. Jeśli spojrzymy na to chłodno, Europa wciąż pozostaje dla Stanów Zjednoczonych kluczowym obszarem w systemie bezpieczeństwa NATO. I to nie dlatego, że ktoś ma sentyment, tylko dlatego, że tu przecinają się interesy polityczne, militarne i gospodarcze. Dlatego nawet jeśli pojawiają się ruchy korekcyjne, to nie oznacza to wycofania, tylko raczej przesuwanie akcentów. W praktyce takie decyzje zwykle prowadzą do dwóch rzeczy. Po pierwsze, część sił może zostać relokowana tam, gdzie USA chcą wzmocnić swoją obecność operacyjną. Po drugie, część infrastruktury jest „przeformatowywana” – czyli zmienia się jej funkcja, ale nie znika z mapy. Europa Środkowa, w tym Polska, naturalnie pojawia się w takich dyskusjach, bo jest postrzegana jako przestrzeń o rosnącym znaczeniu strategicznym. I to nie jest przypadek.
To efekt przesunięcia środka ciężkości bezpieczeństwa w stronę wschodniej flanki. W tym sensie można mówić o pewnym oknie możliwości. Nie chodzi o spektakularne deklaracje, tylko o bardzo konkretną grę interesów. Jeśli państwo potrafi zaoferować infrastrukturę, stabilność i polityczną przewidywalność, to staje się naturalnym kandydatem do przyjęcia części takich zdolności wojskowych. Tyle, że to nie dzieje się z dnia na dzień. To proces, który wymaga planowania, inwestycji i – co równie ważne – konsekwencji politycznej. W tle zawsze jest też Waszyngton i jego wewnętrzna dynamika. Bo każda decyzja dotycząca rozmieszczenia wojsk musi przejść przez filtr Kongresu i Pentagonu, a to oznacza, że nie ma tu miejsca na improwizację.
Warto też uczciwie powiedzieć: Amerykanie lubią mieć możliwość „wyjścia z twarzą” z każdej zmiany strategicznej. To znaczy, że nawet jeśli coś ograniczają, to szukają takiego rozwiązania, które nie wygląda jak utrata wpływów, tylko jak ich uporządkowanie. I właśnie dlatego rozmowy o relokacji, a nie o prostym wycofaniu, są dziś kluczowe. Dla Europy i dla Polski to może być moment, który łatwo przegapić, jeśli zostanie zredukowany do politycznych sloganów. A w rzeczywistości chodzi o bardzo konkretne rzeczy: infrastrukturę, obecność wojskową i realną zdolność odstraszania. I to właśnie te elementy, a nie deklaracje, decydują o tym, jak wygląda bezpieczeństwo w regionie.
Doktorze, na koniec: czy Europa jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo?
- Szczerze? Na dziś to bardziej deklaracja niż realny stan rzeczy. Europa od lat mówi o „strategicznej autonomii”, o budowaniu własnych zdolności obronnych, ale kiedy schodzi się z poziomu konferencji na poziom twardej logistyki, finansów i decyzji politycznych, to ten obraz zaczyna się rozjeżdżać. Weźmy choćby NATO. W praktyce to wciąż fundament europejskiego bezpieczeństwa. I mimo że państwa europejskie zwiększają wydatki obronne, modernizują armie, rozwijają przemysł zbrojeniowy, to w kluczowych obszarach nadal widać zależność od Stanów Zjednoczonych – zarówno jeśli chodzi o odstraszanie, jak i realne zdolności operacyjne.
W tle mamy też duże państwa europejskie, jak Niemcy, które deklarują większą odpowiedzialność, ale jednocześnie działają ostrożnie, często wręcz zachowawczo. To nie wynika z braku ambicji, tylko z bardzo twardej kalkulacji politycznej i gospodarczej. Europa jest zbyt zróżnicowana, żeby mówić jednym głosem w sprawach bezpieczeństwa w sposób tak spójny, jak robią to Stany Zjednoczone. Jeśli chodzi o te spekulacje dotyczące globalnych ustaleń między mocarstwami, trzeba uważać z daleko idącymi wnioskami. W dyplomacji wiele rzeczy jest testowaniem reakcji, sondowaniem granic i budowaniem narracji. Czasem pojedyncze wypowiedzi są interpretowane szerzej, niż pozwalają na to fakty. Natomiast jedna rzecz jest dość czytelna: Stany Zjednoczone od lat sygnalizują, że Europa powinna stopniowo przejmować większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. To nie jest nowy temat, tylko proces, który trwa od dawna. I każda kolejna administracja w Waszyngtonie tylko go przestawia, nie odwraca. Problem w tym, że między deklaracją a zdolnością wykonawczą jest ogromna przestrzeń. I dziś Europa wciąż tę przestrzeń dopiero próbuje wypełnić. Czy jest to niemożliwe? Nie. Czy jest to szybkie? Zdecydowanie nie. Dlatego w krótkiej perspektywie bezpieczeństwo Europy nadal opiera się na układzie transatlantyckim. A wszelkie zmiany, nawet jeśli są zapowiadane, będą miały charakter ewolucyjny, a nie rewolucyjny. I to jest chyba najuczciwszy opis sytuacji, bez złudzeń i bez politycznych uproszczeń.

