logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Priorytetem bezpieczeństwo obywateli

Poniedziałek, 8 grudnia 2025 (12:00)

Aktualizacja: Poniedziałek, 8 grudnia 2025 (12:37)

Rozmowa z dr. Marcinem Romanowskim, posłem Prawa
i Sprawiedliwości, byłym wiceministrem sprawiedliwości

Negocjatorzy z Rady UE, Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej uzgodnili projekt nowych przepisów ograniczających korzyści handlowe dla państw rozwijających się, które odmawiają przyjmowania obywateli uznanych w UE za nielegalnych migrantów. Czy taka konstrukcja prawna – uzależniająca preferencyjny dostęp do rynku od współpracy ws. readmisji – jest Pana zdaniem właściwym kierunkiem?

– To jest krok zbyt słaby i spóźniony o co najmniej 10 lat. To powinno być od samego początku oczywiste: jeżeli państwo czerpie korzyści z dostępu do europejskiego rynku, a jednocześnie odmawia przyjęcia własnych obywateli, którzy nielegalnie przebywają w Europie, to nie jest „partner”, tylko wróg: kraj zachowujący się wrogo także wobec Polski i naszych obywateli – bo przez mechanizm przymusowej relokacji, który Tusk wbrew interesowi Polski zaakceptował, jesteśmy wystawieni na wszystkie niebezpieczeństwa będące konsekwencją niekontrolowanej imigracji do UE. Podatnicy z państw europejskich nie mają żadnego moralnego ani politycznego obowiązku finansowania takiej polityki, czy to w formie preferencji handlowych, czy „pomocy rozwojowej”. Jeśli Bruksela dopiero teraz na to zwraca uwagę, to świadczy tylko o tym, z jak oderwanymi od rzeczywistości europejskimi „elitami” mamy do czynienia. Preferencyjny dostęp do rynku nie jest prawem człowieka, tylko przywilejem, który musi być uzależniony od elementarnych warunków, do których bez wątpienia należy respektowanie naszych granic, przyjmowanie z powrotem własnych obywateli i współpraca w zwalczaniu przemytu ludzi.

W ogóle dostęp do europejskiego rynku, programów, reżim wizowy powinny być bezwzględnie powiązane z realną współpracą w dziedzinie readmisji i zwalczania nielegalnej migracji.

Już od tygodni pojawiają się opinie, że takie rozwiązanie może osłabić relacje UE z partnerami w innych regionach świata. Czy ten argument jest zasadny? Jakie skutki polityczne – Pana zdaniem – mogą wywołać te regulacje?

– Jeżeli relacje z danym państwem „załamują się” tylko dlatego, że Europa domaga się przyjęcia z powrotem jego własnych obywateli, to oznacza, że te relacje były chore od samego początku i nie mają racji bytu. Oczywiście, krótkoterminowo będą napięcia dyplomatyczne. Ale długoterminowo taki twardszy – jak na mentalność lewicowo-liberalną – sygnał po pierwsze, pokaże, że Europa zaczyna traktować poważnie własne granice i własnych obywateli – tak jak robią to Stany Zjednoczone, tak jak robi Viktor Orbán, a wcześniej Zjednoczona Prawica. Po drugie, wymusi na państwach trzecich wybór: albo współpraca i realne partnerstwo, albo utrata przywilejów. Ale musimy dopilnować, żeby nie tylko dotychczasowe propozycje były realizowane, ale też konsekwentnie wzmacniane o kolejne elementy. Bezpieczeństwo naszych obywateli jest priorytetem i nie może być składane na ołtarzu lewackich ideologii. A poza tym zaufanie i szacunek w polityce międzynarodowej buduje się nie poprzez naiwne ustępstwa, tylko poprzez konsekwentną obronę własnych interesów. Ci, którzy chcą uczciwej współpracy, dostosują się. Ci, którzy liczyli na europejską naiwność, niech poszukają kogoś innego do wykorzystywania.

Obecnie jedynie niewielka część osób podlegających wydaleniu z UE jest faktycznie deportowana, m.in. z powodu odmowy współpracy ze strony ich krajów pochodzenia. Co to mówi o obecnej pozycji politycznej Unii i skuteczności jej instytucji?

– Bo dotychczasowe elity europejskie same sprowadziły na nas falę nielegalnych imigrantów, aby zniszczyć narodową, chrześcijańską tożsamość społeczeństw takich jak Polska, Węgry, Bawaria czy Hiszpania. I zagraniczne ośrodki to wiedzą i nadal chcą wykorzystywać, licząc, że komunikowana zmiana jest pozorna. Unia jest postrzegana jako słaby gracz, który sam siebie krępuje. Jeżeli większość osób objętych decyzją o wydaleniu pozostaje na terytorium UE – bo ich kraje pochodzenia odmawiają współpracy, a europejskie instytucje i sądy mnożą przeszkody – to sygnał dla całego świata jest prosty: „Do Europy można wejść nielegalnie, a potem i tak pozostanie się bez większego ryzyka deportacji”. Zadaniem patriotów w Europie jest dopilnowanie, aby polityka reimigracji była wdrożona z całą stanowczością, wzorując się na Orbánie i Trumpie.

Instrumenty gospodarcze – takie jak dostęp do rynku, polityka rozwojowa czy współpraca handlowa – są dziś najważniejszym narzędziem nacisku, jakim dysponuje UE?

– Są jednym z ważniejszych – ale dopiero wtedy, kiedy zaczniemy ich używać w sposób poważny, a nie ideologiczny. Dostęp do europejskiego rynku, system preferencji, programy rozwojowe – to ogromna dźwignia. Problem polega na tym, że przez lata używano jej nie po to, by chronić europejskie społeczeństwa, ale po to, by eksportować ideologiczne pakiety: gender, „prawa reprodukcyjne”, rozpuszczoną wizję „praw człowieka” oderwaną od odpowiedzialności. Instrumenty gospodarcze muszą być podporządkowane celom bezpieczeństwa i ochrony granic. Nie odwrotnie. Najpierw bezpieczeństwo narodów Europy, potem abstrakcyjne projekty globalne.

Przez lata UE promowała w krajach trzecich swoją ideologiczną wizję świata, często kosztem twardej ochrony własnych interesów w Afryce, Azji czy Ameryce Południowej. Brak realistycznej polityki wobec tych regionów jest jednym z czynników obecnych problemów migracyjnych?

– Tak, to jest jeden z centralnych problemów. Zamiast realistycznej polityki – twardych umów o readmisji, wsparcia dla lokalnych struktur bezpieczeństwa, porozumień dotyczących ochrony granic – UE bardzo często uprawiała moralizatorski eksport ideologii. Warunkiem pomocy bywała zgoda na agendę obyczajową, klimatyczną, genderową, ale nie realna współpraca w walce z nielegalną migracją. Jednocześnie Europa sama brała udział w destabilizowaniu niektórych regionów. Katastrofalny brak realizmu polegał na tym, że wmawiano obywatelom, iż Europa może być „otwarta dla wszystkich”, a jednocześnie utrzyma bezpieczeństwo, tożsamość narodową i spójność kulturową. Dziś widzimy, jak bardzo była to iluzja. Ale czego spodziewać się po Brukseli, która na każdym polu podcina gałąź, na której wszyscy siedzimy? Przez 30 lat zdewastowali Europę moralnie i gospodarczo.

W najbliższy poniedziałek ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych mają omówić sposoby zwiększenia skuteczności powrotów, w tym możliwość tworzenia centrów powrotowych w państwach trzecich. Czy działania w tym obszarze nie są podejmowane zbyt wolno? Czy Pana zdaniem decyzje tego typu powinny zostać wdrożone już po kryzysie migracyjnym z lat 2015-2016?

– Oczywiście, że są podejmowane zbyt wolno. Takie decyzje powinny były zapaść najpóźniej po 2015 roku. My straciliśmy dekadę. Logika powinna być prosta: procedury azylowe i powrotowe muszą odbywać się poza terytorium UE, w bezpiecznych państwach trzecich, a sama nielegalna obecność w Europie nie może nigdy dawać przewagi wobec tych, którzy czekają w kolejkach legalnie. Dopóki sygnał jest taki, że kto się przedostanie przez granicę, ma duże szanse zostać – dopóty kryzys będzie trwał. Modele, które budowały konserwatywne rządy – jak rozwiązania australijskie czy plany deportacji do krajów trzecich – idą w słusznym kierunku.

Państwa członkowskie wskazują, że istotnym hamulcem skutecznych deportacji są wyroki sądów krajowych oraz trybunałów międzynarodowych, które powołują się na obowiązujące przepisy. Czy Europa potrzebuje dostosowania ram prawnych dotyczących bezpieczeństwa i migracji do realiów połowy XXI wieku?

– A jeśli politycy w togach w ETPC czy w jakimkolwiek innym organie podającym się za sąd mają inne zdanie na temat polityki reimigracji niż ta, o której mówimy, to w mojej ocenie należy im po prostu podziękować za współpracę i niech dalej zajmują się potwierdzaniem swojej moralnej wyższości cudzym kosztem. Ale nie mogą tego robić za pieniądze państw, które chcą chronić swoich obywateli. Bez głębokiej reformy ram prawnych – legislacji i stosowania prawa – nie będzie realnej ochrony granic. Prawo nie może być narzędziem samobójstwa cywilizacyjnego. Ma chronić tożsamość, bezpieczeństwo rodzin i ciągłość państw narodowych.

Zgodziłby się Pan z oceną, że bez konserwatywnego zwrotu w polityce wielu państw członkowskich trudno będzie zbudować realnie skuteczny system ochrony granic i zarządzania migracją?

– Absolutnie, choć nazwałbym to zwrotem w kierunku zdrowego rozsądku. Tak długo, jak większość rządów będzie wyznawać ideologię „otwartych granic”, wielokulturowości bez granic, praw do obywatelstwa dla kolejnych pokoleń imigrantów – żaden system prawny i żadna agencja ochrony granic nie uratują sytuacji. Obywatelstwo wraz z prawem do wyboru władz wspólnoty oraz własność nieruchomości to kluczowy element, który musi pozostać w rękach danej wspólnoty, jeśli ta chce przetrwać. Migranci zarobkowi? Jeśli potrzeba, proszę bardzo, ale bez żadnej ekspektatywy obywatelstwa do któregokolwiek pokolenia i z pełnym poszanowaniem wszystkich zasad. Jeżeli Europa ma przetrwać jako wspólnota narodów zakorzenionych w cywilizacji chrześcijańskiej, to taki zwrot w polityce migracyjnej nie jest opcją. Jest warunkiem koniecznym. Jedyne pytanie, czy dla niektórych państw zachodu nie jest już nawet na to za późno. Dla Polski na pewno nie, ale to ostatni dzwonek.

 

 

RS, „Nasz Dziennik”

NaszDziennik.pl