W Londynie przy jednym stole zasiedli Keir Starmer, Wołodymyr Zełenski, Emmanuel Macron i Friedrich Merz, aby rozmawiać o zakończeniu wojny rosyjsko-ukraińskiej. Spotkali się – bez udziału Polski – by dyskutować o sprawach, które dotyczą także nas. Czy brak Donalda Tuska w tym gronie nie jest symbolem głębszego problemu?
– Jesteśmy jedynym państwem należącym jednocześnie do NATO i Unii Europejskiej, które graniczy zarówno z Ukrainą, jak i Rosją. Przez nasze terytorium przechodzi zdecydowana większość wsparcia dla ukraińskiej armii. To z Polski popłynęła natychmiastowa, realna pomoc, bez której Ukraina mogłaby się nie utrzymać w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach pełnoskalowego ataku. Jesteśmy jednym z największych krajów Unii, naturalnym liderem regionu i państwem, które powinno być współarchitektem polityki wobec Wschodu, a nie jej statystą. A jednak – mimo całej tej oczywistej roli – nie zaproszono nas do stolika. To nie jest drobny zgrzyt dyplomatyczny, lecz czytelny sygnał, że polityka zagraniczna duetu Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego poniosła dotkliwą porażkę. I mówię to bez cienia satysfakcji, bo nie jest to moment, aby ktokolwiek triumfował. To powód do poważnego niepokoju, bo z takiego stołu wyklucza się tylko tych, których uznaje się za nieistotnych. A Polska nie może sobie pozwolić na bycie nieistotną.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym.

