Wielu z nas zastanawia się nad tym, jakich polityków dziś potrzeba dla dobra naszej Ojczyzny. Że potrzeba ich prawdziwie, nie można w to wątpić. Przecież każda wspólnota ludzka musi mieć instytucję władzy, musi mieć osoby, które troszczą się i skutecznie realizują dobro wspólne, godząc przeróżne interesy i nadając życiu zbiorowemu właściwy ład. To przecież politycy stanowią ów ład i to oni tworzą dziś gremia władzy publicznej. Bez nich nie będzie istniała normalna wspólnota państwowa, także narodowa, w której rozwija się człowiek. Tak jak okręt nie może płynąć bezpiecznie bez sternika, tak też nie może trwać nasze życie zbiorowe bez tych, którzy nim kierują.
Do polityki wielu dziś „ciągnie” i nawet wielu głęboko przeżywa swe do niej przywiązanie, wykazując się nie lada uporem, inwencją, zdolnością przyciągania ku sobie uwagi. Ale czy są oni zdatni do polityki prawdziwej, normalnej, która służy człowiekowi i jest skuteczną i roztropną realizacją dobra wspólnego?
Współcześni nasi politycy poznali naturę tzw. demokracji, mechanizmów wyborczych i dobrze wiedzą, że trzeba na sobie skupić uwagę, by wygrać, by zdobyć mandat dający możność sprawowania władzy. Jednocześnie odkryli, iż jest obok nich wielu im podobnych, którzy nie mniej pragną tego samego mandatu. Zrozumieli także, że pozyskanie zwycięstwa w wyborach oznacza nie tylko zabiegi
o przekonanie do siebie wyborców, ale również pokonanie konkurentów. To drugie często wydaje się być dla nich
nie mniej ważne niż perswazja kierowana ku wyborcom.
Z racji tego, że politycy najczęściej reprezentują nie tylko siebie, lecz także partie polityczne, w których zawsze obecna jest walka o wpływy, zasadnicza część ich energii musi zostać spożytkowana na partyjne układy, wojny wewnętrzne oraz szemrane kompromisy, bez których
nie można się znaleźć na listach wyborczych.
Wszystko to ostatecznie sprawia, że dla polityka autentyczna troska o dobro wspólne schodzi gdzieś na plan dalszy, a na realizację samej działalności publicznej pozostaje politykowi już naprawdę bardzo mało sił, czasu
i środków. Jakim staje się więc on politykiem? Przede wszystkim kimś skorym do prezentacji i obrony jakichś poruszających planów – projektów, skorym do udzielania wywiadów medialnych i ukazywania deficytów swych przeciwników. Nie ma on najczęściej już pełnego swego życia rodzinnego ani osobistego, nie poznaje świata i ludzi, ale staje się zakładnikiem i niewolnikiem gry, w której bierze udział. Co może taki polityk uczynić z naszym życiem zbiorowym, jeśli wraz z mandatem zdobędzie władzę? Nietrudno na to pytanie sobie odpowiedzieć. Należy tu dostrzec, że osłabienie oraz zwyrodnienie polityków i samej polityki, a w tym również osłabienie naszej Ojczyzny, wypływa nie tylko z „grzechów” konkretnych polityków, lecz także z chorej partyjnej demokracji, w której tak mało jest miejsca dla prawdy, dobra, piękna. Słowem – normalności, a tak wiele jest okazji do symulacji, hipokryzji, różnych ukrytych gierek.

